Kilka tygodni temu kolega podesłał mi link do aukcji na eBayu, na której można było kupić dziwny zestaw, składający się z lalki w pudełku. Sądząc po zdjęciach lalczynej twarzy, była to Betty Teen, jednak logo, widoczne na opakowaniu, jasno wskazywało na Steffi Love.


Wiedziałam, że firma Simba miała w swej historii okres, kiedy jej lalki korzystały z facemoldu Betty Teen. Najlepszy tego przykład można znaleźć na blogu Lunarh, która dokładnie opisała dwie Stefcie z moldem Betty i zrobiła im mnóstwo zdjęć oraz zaprezentowała grafiki widoczne na ich oryginalnym pudełku.
Steffi znaleziona na eBayu różniła się jednak od Stefek, zamieszkałych u Lunarh. Po pierwsze – miała „prawdziwe” rzęsy jak typowa Betty Teen (Steffi z kolekcji Lunarh miały je namalowane, a nie wszyte), a po drugie, jej twarzyczka w dużo wyraźniejszy sposób nawiązywała do oryginału, unikając drobnych zmian proporcji twarzy, które widać na zdjęciach Lunarh (jej laleczki są szalenie podobne do Betty, ale nie da się uznać ich za identyczne, a to za przyczyną drobniejszych nosków i bardziej pucołowatych policzków).
Lalka z eBayowej aukcji wyglądała tak:

Śliczna brunetka ogromnie mnie zaintrygowała, choć muszę przyznać się, że podejrzewałam, że sprzedawca włożył do simbowego pudełka zwykłą Betty Teen i zrobił cichy szacher-macher, żeby nabrać klientów. To brzydkie i niskie myśli. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że jestem z natury bardzo nieufnym człowiekiem i instynkt każe mi w wątpliwych sprawach postępować ze zdwojoną czujnością.
Podejrzewając szwindel początkowo nie ośmieliłam się wziąć udziału w licytacji. Jednak sprawa nietypowej Steffi nie dawała mi spokoju. Zaczęłam wypytywać na zaprzyjaźnionych forach i grupach facebookowych, czy ktoś miał do czynienia z podobną lalką i mógłby potwierdzić, że to rzeczywiście Steffi, a nie Betty.
Pomoc przyszła z dwóch źródeł. Jako pierwsza odezwała się na Facebooku Lunarh, która znała już ten typ lalek i podejrzewała, że zestaw może być oryginalny. Niedługo później zgłosiła się do mnie koleżanka z rosyjskiego forum „Dollplanet”, podsyłając mi zdjęcie, które nie pozostawiało już żadnych wątpliwości, że Simba miała w swojej ofercie lalki nie tylko podobne do Betty, ale będące ich idealnymi kopiami. Zamieszczam tę rewolucyjną fotkę poniżej:

Pomoc z zewnątrz doprowadziła do „przełomu w sprawie” oraz pomogła mi rozwiać wątpliwości. Dla przyzwoitości spytałam jeszcze sprzedawcę, czy byłby w stanie potwierdzić, że lalka i pudełko stanowią oryginalny zestaw i dostałam odpowiedź pozytywną. Sprzedawca oświadczył, że ma lalkę od nowości, że dotarła do niego w stanie NRFB i że wszystko, co jest dostępne na aukcji, to elementy tego samego setu. Lalka była, co prawda, wyjmowana z pudełka, jednak dzięki starannemu przechowywaniu zachowała wszystkie swoje akcesoria oraz dodatkowy strój.



Że też nie skontaktowałam się ze sprzedawcą na samym początku swych „poszukiwań prawdy”! Jak widać najprostsze rozwiązania są dla niektórych najmniej oczywiste (facepalm). Takie gżdyle wolą hodować w sobie paskudną podejrzliwość zamiast trochę zaufać światu. No cóż, ilu ludzi tyle charakterów.
Po tych zupełnie niepotrzebnych podchodach sprawa była w końcu przesądzona – lalka przeszła w moje ręce. Po przylocie z Bułgarii nietypowa Stefka dołączyła do panoszącej się po moim domu hordy oryginalnych Betty Teen oraz lalek betkopodobnych. Myślę, że ta grupa nigdy chyba nie stanie się zbiorem zamkniętym. Te lalki są zbyt śliczne, żeby ich do siebie nie zapraszać. Betty teen mają nade mną straszną władzę, spod której nie umiem się wyrwać (i, przede wszystkim, nie chcę).
Choć pudełko mojej laleczki jest już podniszczone, to wyraźnie widać na nim logo „Steffi love”, nazwę serii (Meine erste Steffi) oraz oznaczenie producenta. Co dla mnie jednak najważniejsze, na pudełku uwieczniono zdjęcie blond-Stefki, która na sto procent wyszła z matrycy Tong, co finalnie potwierdza, że Simba jest firmą kompletnie szajbniętą i produkującą swoje lalki na wariackich papierach.




Gdyby nie pudełko, nie dałabym wiary, że mam w ręku Steffi, bo lalkę otagowano nazwą „Tong”, zaś logo na jej grzebyku to „M&C” (a więc oznaczenia pierwotnych producentów, a nie Simby). Oszaleć można przez takie pokiełbaszone oznakowanie!


Na koniec – szybkie porównanie prawdziwej Betty z jej simbową odpowiedniczką. Widzicie różnicę? Bo ja nie bardzo. Gdybym znalazła te lalki nagie, to nie umiałabym stwierdzić która to Steffi, a która Betty.

