Lalki-dziewczyny są wspaniałe, urocze i kochane, ale kiedy robi się ich za dużo, to automatycznie włącza mi się myślenie o plastikowych samcach. Bez nich mój lalkowy świat zastyga w bezruchu i wyzbywa się sensu. Bez chłopów „Dolland” nie istnieje. Więc dziś – będzie chłop! Z babą u boku.
W świecie Mattel często jest tak, że sympatyczni panowie są do kupienia wyłącznie w zestawach z towarzyszkami. Dla mnie te zestawy są średnio atrakcyjne, bo w większości przypadków Barbie z giftsetów nie są mi do niczego potrzebne. Są trudne do sprzedania, zajmują miejsce w pudełkach i w ogóle nie wiadomo po co istnieją. W dodatku podbijają cenę zestawów do góry, co powoduje u mnie płacz i zgrzytanie zębów, bo to takie niechciane „gratisy”, za które trzeba zapłacić swoją krwawicą.
Jak widać żywot zbieracza Kenów jest ciężki, niewdzięczny i męczący jak droga pod górę w klapkach kąpielowych. Promienny uśmiech zakwita na stroskanych licach kolekcjonera nadzwyczaj rzadko, ale kiedy już się pojawia, to oślepia swoją mocą.

Dzieje się to, gdy do rąk spragnionej „kenizmu” osoby wpada jakiś atrakcyjny, plastikowy młodzieniec, którego bez żadnych konsekwencji można rozebrać, wymacać, obfotografować i obwąchać, co, nawiasem mówiąc, właśnie czynię, bo dotarł do mnie dość długo wyczekiwany zestaw „Barbie tango”. Wyprodukowano go jako „eks-klusiw” (w tłumaczeniu: ex-klusek) dla popularnego sklepu zabawkarskiego „FAO Schwarz”.
Taneczna tematyka zestawu jest mi kompletnie obojętna, stroje obydwu lalek zbywam wzruszeniem ramion. Jedynym elementem, dla którego zdecydowałam się na kupno pudła z zawartością jest buziak Kena. Swojego czasu, w rankingu najprzystojniejszych lalkowych mężczyzn od Mattel, uplasowałam go na siódmym miejscu. Teraz, po obejrzeniu lalusia z bliska, stwierdzam, że mogłabym dać mu wyższą notę, bo udał mi się chłopak nad podziw.
Chciałabym to samo napisać o towarzyszce pana ładnego, ale jakoś nie mogę, bo to nie moja bajka. Zresztą, zaraz zobaczycie, co i jak, bo sparło mnie na dłuższy opis zestawu (Hahahahaha – tu włącza się złowieszczy śmiech – będziecie cierpieć męki, podczas jego czytania):
Pudełko – typowe, duże, z szybką. Na tylnej ściance widnieje fotografia obydwu lalek, nieco przekłamująca rzeczywistość, bo prezentująca prototypy oraz kilka bełkotliwych zdań o genezie tańca „tango”. Jak dla mnie, to Mattel mógłby sobie odpuścić te pseudonaukowe notki na pudłach. Osoba dorosła niewiele się z nich dowie, a dziecko – no cóż – dzieciom raczej nie daje się takich lalek do zabawy, bo „zaraz zepsują”.
Bla, bla, bla, bla, bla ….
Lalki w środku pudła – przyspawane, jak to u Mattel bywa. Okropna okropność. Ponieważ nie cierpię „uwięzionych” lalek, to czym prędzej uwolniłam je z pudła i objawiła mi się (czego się spodziewałam), pierwszorzędna fuszerka. Łocz dis:
Na zdjęciu widać druciki, które utrzymywały lalki w opakowaniu. Ich fragmenty są pokryte czerwoną farbą. To miejsca styku z garderobą lalek. A teraz – pytanie za sto punktów: skoro ubranka pofarbowały druciki, to czy pofarbowały też ciało Barbie i jej towarzysza? Z przykrością stwierdzam, że tak. Niech to gęś kopnie! W końcu doszły do mnie wymarzone lale, a jeszcze przed otwarciem pudła były felerne!
Jęków i stęków ciąg dalszy: boli mnie róża, wetknięta na siłę w usta Barbie i dziurawiąca jej twarz. Lubię piercing, ale to przecież piercing nie jest. Wrrrr, osobie, która wymyśliła patent z kwiatem w ustach z chęcią wetknęłabym tę różyczkę w ![]()
Kwiat daje się usunąć z buziaka, ale dziurki jednak zostają! Szkoda mi lalki. Rozumiem, że w zamyśle twórców jej wizerunek tworzy spójną całość, ale na ich miejscu wymyśliłabym jakiś mniej inwazyjny sposób dołączania akcesoriów.
Dziura, dziura, dziura!
Barbie została w mojej opinii potraktowana strasznie po macoszemu – ubrano ją w okropną kieckę i rajstopy – antygwałty, które tak mają się do zwiększenia seksapilu lalki jak Jarosław Kaczyński do atrakcyjności Brada Pitta.
Rajstopy miały w zamyśle twórców udawać kabaretki. Niestety wyglądają jak pozszywane na kształt rajstop sieci rybackie. Zero subtelności.
A tutaj mamy dół kiecki. Kompletny chaos. Frędzle, pióra i bóg wie co jeszcze. Można byłoby to nazwać artystycznym nieładem lub klęską urodzaju, ale, szczerze mówiąc, wolę określenie SNAFU. Situation normal, all fucked up ![]()
![]()
![]()
W tej kupie nieszczęścia jest jednak mały promyczek – wszystkich tych piórkofrędzli można się bezboleśnie pozbyć, bo są elementami schowanej pod suknią halki. Uffff!
W ostatecznym rozrachunku nie jest tragicznie, ale przyznacie, że mogło by być lepiej. Na plus zaliczam fakt, że Barbie jest całkowicie zginalna, ma miłą, choć nie olśniewającą urodą twarz i ciekawą fryzurę a’la „kopiec kreta”.
„Średniość” zestawu ratuje uroda Kena. Gdyby nie ona, to po wyjęciu lalek z pudła, chyba kompletnie bym się załamała i wytoczyła Mattelowi proces.
No ale! Ale on JEST ŁADNIUTKI i ze względu na przyjemność, czerpaną z gapienia się na jego buziaka, litościwie wybaczam. Mattelu, znaj Zgreda!
A ti ti ti, cukiereczku słodziutki, choć tu, to cię ciocia poczochra.
Kenik bardzo kojarzy mi się z bohaterem cyklu „detektywistycznego” Borisa Akunina – Erastem Pietrowiczem Fandorinem, który nie dość, że był bardzo przystojny i rwał niewieście serca jak zawodowy żigolak, ale i porażał elegancją. W lalku jest coś z wyrafinowanego dandysa, co pozwala mi mieć nadzieję na to, że po zmianie ubranek Ken zmieni się w super eleganckiego gentlemana w stylu angielskim.
Możliwości ruchowe obu lalek oceniam na poziomie popularnych Fashionistek, choć brakuje mi brdzo zginalnych nadgarstków. Mimo to parę można ustawiać w dość frywolne pozy, przypominające nieco układy taneczne.
W przyszłości planuję rozdzielić tancerzy i połączyć ich w pary z innymi lalkami. Chwilowo pozostają jeszcze razem, w tym samym pudle, ciesząc się ostatnimi chwilami wspólnego życia, ale to nie potrwa już długo. Cóż, mam w sobie psuja, który cieszy się, gdy może wprowadzać zmiany w oryginalne stylizacje. Choć w przypadku lalkowych kolekcjonerów nie jest to pożądana cecha, to za bardzo ją cenię, by się jej pozbyć. Dlatego w przyszłości postaram się wam jeszcze pokazać parę „Tango” w nieco innym wcieleniu.