Wierzę w słuszność powiedzenia: „Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś”. Nie zaprzyjaźnię się z osobą, która książkę taką, jak „Imię róży” określa mianem chłamu, napisanego przez nawiedzonego idiotę, a cykl „Pan lodowego ogrodu” Jarosława Grzędowicza zbywa wzruszeniem ramion.
Odkąd pamiętam, w moim domu nigdy nie brakowało książek. Zbierali je dziadkowie, zbierają rodzice, zbieram ja. Na półkach męczą się w ogromnym ścisku powieści historyczne, fantastyka, literatura o zabarwieniu religijnym, panoszą się powieści i zbiory opowiadań Stephena Kinga oraz innych autorów grozy, a gdzieś pod zwałami papieru giną zaczytane prawie na strzępy komiksy: „Thorgal”, „Tytus, Romek i a’Tomek”, „Kapitan Żbik”, uchowały się, wysępione od starszego kolegi, numery czasopisma „Relax”. W sypialni, w bliżej nieokreślonej przestrzeni szafy poukrywały się książki kucharskie, podręczniki z lat szkolnych, książki z bajkami. Są jeszcze pudła na strychu i w piwnicy, gdzie upchnęłam niechlubne wspomnienia dziecięcych fascynacji („Sagę o ludziach lodu”)
Czasami znajomi, odwiedzający mnie w celach rozrywkowo-rozmownych pytają: „Czemu nie oddasz części książek do biblioteki? Przecież wszystkie chyba nie są ci potrzebne?”
A właśnie, że są! Instynkt czytelniczy nie pozwala mi się ich pozbyć. Kto wie, w czyje ręce trafiłyby lubiane przeze mnie egzemplarze. Może skazano by je na powolną dewastację w trzewiach jakiejś biblioteki-molocha, albo, co gorsza, zostałyby wrzucone do makulatury, potraktowane jak zwykłe śmieci. Widziałam kilka razy, jak ludzie wynoszą do śmietnika wielotomowe wydania prac Dostojewskiego, Bratnego, Byrona. Tylko dlatego, że zajmują za dużo miejsca w mieszkaniu lub nieco się podniszczyły i nie wyglądają już atrakcyjnie na półkach, strasząc swoich właścicieli podniszczonymi obwolutami lub przytartymi okładkami.
Szkoda mi książek. Szkoda tym bardziej, że słowo drukowane powoli odchodzi do lamusa. Być może jesteśmy ostatnim pokoleniem, które znajduje radość z trzymania w dłoniach zadrukowanych kart? Dziś modne są czytniki elektroniczne, na których można skompletować kilka tysięcy wspaniałych, różnorodnych pozycji i mieć je zawsze przy sobie, niczym przenośną bibliotekę. Rozumiem miłośników elektronicznych gadżetów, bo sama nie wyobrażam sobie życia bez czytnika e-booków, laptopa i tableta. To powszechne „zboczenie cywilizacyjne”, które dotykać będzie coraz młodszych „obywateli świata”. Ważność tradycyjnych, papierowych książek zminimalizuje się na rzecz ich cyfrowych odpowiedników.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko cyfryzacji życia, stanowiącej znak XXI wieku. Dzięki niej (to paradoks) zdobyłam dostęp do zasobów sprzed wieków. Utworzenie Federacji Bibliotek Cyfrowych (http://fbc.pionier.net.pl) było dla mnie wydarzeniem o doniosłości równej wynalezieniu koła. Nie zmienia to faktu, że po prostu czasami mi żal odchodzącej w dal przeszłości.
– – –
By przerwać ten smętny nastrój zapraszam do zmiany tematu i obejrzenia zdjęć miłej, ciemnoskórej lali. Choć niedawno zarzekałam się, że nie chcę już zbierać „superstarów”, to jak zwykle nie byłam w stanie się powstrzymać.
W czekoladowym wydaniu Barbie „superstar” wygląda bardzo miło, choć oczywiście rysy jej buziaka nijak się mają do typowych twarzy ciemnoskórych ludzi.
Chyba będę musiała odwołać swoje wcześniejsze stwierdzenie, że Barbie „superstar” są najnudniejsze wśród lalek od Mattel. One wcale nie są nudne, tylko wyprodukowano ich strasznie dużo, stąd wrażenie przesytu.
Jedynym elementem który mnie odrzuca od lalki jest jej suknia. Po pierwsze – wygląda jak koszula nocna (spójrzcie tylko na rozwiązanie w okolicach stanika – toż to typowa babska, nocna koszula!), ozdobiona nędzną imitacją etoli, a po drugie – nie pasuje kolorystycznie do ogólnego wyglądu lalki. W przyszłości pójdzie do wymiany.
Ładna dziewczyna nawet w paskudnej kiecce wygląda miło, tak więc pomimo usilnych starań stylistów Mattela, którzy wybrali jej tę ohydną sukienkę, laleczka prezentuje się dobrze.
Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze spodoba mi się superstar. Jak to człowiek słabo zna sam siebie 😛