Coraz częściej łapię się na myśli o tym, że gdy tylko wypatrzę w sklepie z zabawkami jakąś ciekawą lalkę płci brzydkiej, to powinnam ją jak najszybciej kupić, bo za rok nigdzie już nie będzie po niej śladu, a nowości, które zajmą jej miejsce, będą miały siłę rażenia niedosolonej wody po ziemniakach.
Z każdą wizytą w pobliskich sklepach z zabawkami widzę coraz mniej atrakcyjnych dla siebie opcji. To, co zalega na półkach, to jakaś straszna bida z nędzą. Nie ma na czym zawiesić oka. Tęsknię za czasami, kiedy słowo lalka, oznaczało zabawkę bez wmoldowanych części garderoby i posiadającą w pudełku co najmniej jeden dodatek (choćby miał to być i symboliczny grzebyk).
Podczas ostatnich zakupów aż do przesytu napatrzyłam się na nowych Kenów-Fashionistów i powiem Wam, nie jest dobrze! Nie tak dawno temu chłopcy z tej serii zginali jeszcze ręce i nogi, a na głowach mieli „prawdziwe” włosy, ale ktoś „z góry” postanowił, że to zbyteczny luksus i zmienił ich w smętnych nieruchawców o plastikowych koafiurach. Nie przypuszczam, aby matellowscy panowie, nie będący lalkami kolekcjonerskimi, mieli w najbliższym czasie odzyskać mobilność. Przepowiadam im przyszłość równie świetlaną, co kołkom w płocie. Ładnym kołkom, bo buziaki mają przez cały czas ujmujące, ale bądźmy szczerzy – gładkie liczko to bardzo mało, jeśli nie idą za nim inne przymioty.
Jako zbieracz zafiksowany na lalkach płci brzydkiej zawczasu zadbałam, żeby wzbogacić swój „męski harem” wczesnymi wypustami Fashionistów. Uzbierałam zaledwie cztery lalki, bo nie zależało mi aby zastawić półki wszystkimi dostępnymi typami, a jedynie o to, by móc za kilka lat popatrzeć na zachomikowanych Kenów i za ich sprawą przypomnieć sobie, co było kiedyś na topie. Dlatego w witrynie znalazło się miejsce dla małej garstki nowożytnych młodzieńców. Czterech, to, jak na moje warunki, i tak całkiem sporo. Dla kontrastu napomknę, że Kenów z lat 80-tych w ogóle nie mam, bo szkoda mi zagracać mieszkanie lalkami, które kompletnie mi się nie podobają (w moim odczuciu doskonała większość „starych” Kenów idealnie oddaje prymitywną krzepę głupawych wiejskich parobków i nie zmieni tego fakt, że Mattel często ubierał ich, z uporem godnym lepszej sprawy, w stroje wieczorowe, które pasowały im jak krowie cylinder).
Wiele osób sarka na to, że nowożytni Kenowie przypominają wymoczkowatych, boysbandowych lalusiów, ale ja się z tą opinią nie zgadzam. Ich twarze bez wątpienia nie są twarzami nastolatków, a młodych i atrakcyjnych mężczyzn. Także ciała noszą znamiona „dorosłości”. Szczeniacki sznyt bierze się z pastelowych ciuchów i fryzur, mających nawiązywać stylem do nowoczesnych uczesań (nawiasem mówiąc, w bardzo nieudany sposób). Item – wystarczy zabrać Kenikom gimnazjalne szmatki i nieco przygładzić gniazda na ich głowach, a w mig robią się z nich eleganccy dżentelmeni.
Życzyłabym sobie, aby tak miłych dla oka młodzieńców było więcej i w świecie realnym, tak aby każde wyjście na ulicę powodowało zawrót głowy i zafiksowanie oczu na jakiejś świeżej, atrakcyjnej mordce i figurze. I jeszcze, żeby za takim wyglądam szły odpowiednie cechy charakteru: życzliwość dla ludzi i zwierząt, uprzejmość w codziennych kontaktach, bezkonfliktowość, znajomość podstaw grzecznego zachowania. Ufff, ale się rozmarzyłam! No ale mamy wiosnę. Ta pora roku wywołuje kocenie się myśli w głowie, a że kocenie jest przyjemne, więc zamierzam folgować wyobraźni i wymyślać ile wlezie.

* * *

* * *

* * *

* * *

* * *
* * *

* * *





















































































