Zwyklaski

Coraz częściej łapię się na myśli o tym, że gdy tylko wypatrzę w sklepie z zabawkami jakąś ciekawą lalkę płci brzydkiej, to powinnam ją jak najszybciej kupić, bo za rok nigdzie już nie będzie po niej śladu, a nowości, które zajmą jej miejsce, będą miały siłę rażenia niedosolonej wody po ziemniakach.



Z każdą wizytą w pobliskich sklepach z zabawkami widzę coraz mniej atrakcyjnych dla siebie opcji. To, co zalega na półkach, to jakaś straszna bida z nędzą. Nie ma na czym zawiesić oka. Tęsknię za czasami, kiedy słowo lalka, oznaczało zabawkę bez wmoldowanych części garderoby i posiadającą w pudełku co najmniej jeden dodatek (choćby miał to być i symboliczny grzebyk).



Podczas ostatnich zakupów aż do przesytu napatrzyłam się na nowych Kenów-Fashionistów i powiem Wam, nie jest dobrze! Nie tak dawno temu chłopcy z tej serii zginali jeszcze ręce i nogi, a na głowach mieli „prawdziwe” włosy, ale ktoś „z góry” postanowił, że to zbyteczny luksus i zmienił ich w smętnych nieruchawców o plastikowych koafiurach. Nie przypuszczam, aby matellowscy panowie, nie będący lalkami kolekcjonerskimi, mieli w najbliższym czasie odzyskać mobilność. Przepowiadam im przyszłość równie świetlaną, co kołkom w płocie. Ładnym kołkom, bo buziaki mają przez cały czas ujmujące, ale bądźmy szczerzy – gładkie liczko to bardzo mało, jeśli nie idą za nim inne przymioty.



Jako zbieracz zafiksowany na lalkach płci brzydkiej zawczasu zadbałam, żeby wzbogacić swój „męski harem” wczesnymi wypustami Fashionistów. Uzbierałam zaledwie cztery lalki, bo nie zależało mi aby zastawić półki wszystkimi dostępnymi typami, a jedynie o to, by móc za kilka lat popatrzeć na zachomikowanych Kenów i za ich sprawą przypomnieć sobie, co było kiedyś na topie. Dlatego w witrynie znalazło się miejsce dla małej garstki nowożytnych młodzieńców. Czterech, to, jak na moje warunki, i tak całkiem sporo. Dla kontrastu napomknę, że Kenów z lat 80-tych w ogóle nie mam, bo szkoda mi zagracać mieszkanie lalkami, które kompletnie mi się nie podobają (w moim odczuciu doskonała większość „starych” Kenów idealnie oddaje prymitywną krzepę głupawych wiejskich parobków i nie zmieni tego fakt, że Mattel często ubierał ich, z uporem godnym lepszej sprawy, w stroje wieczorowe, które pasowały im jak krowie cylinder).

 



Wiele osób sarka na to, że nowożytni Kenowie przypominają wymoczkowatych, boysbandowych lalusiów, ale ja się z tą opinią nie zgadzam. Ich twarze bez wątpienia nie są twarzami nastolatków, a młodych i atrakcyjnych mężczyzn. Także ciała noszą znamiona „dorosłości”. Szczeniacki sznyt bierze się z pastelowych ciuchów i fryzur, mających nawiązywać stylem do nowoczesnych uczesań (nawiasem mówiąc, w bardzo nieudany sposób). Item – wystarczy zabrać Kenikom gimnazjalne szmatki i nieco przygładzić gniazda na ich głowach, a w mig robią się z nich eleganccy dżentelmeni.

 

 

Życzyłabym sobie, aby tak miłych dla oka młodzieńców było więcej i w świecie realnym, tak aby każde wyjście na ulicę powodowało zawrót głowy i zafiksowanie oczu na jakiejś świeżej, atrakcyjnej mordce i figurze. I jeszcze, żeby za takim wyglądam szły odpowiednie cechy charakteru: życzliwość dla ludzi i zwierząt, uprzejmość w codziennych kontaktach, bezkonfliktowość, znajomość podstaw grzecznego zachowania. Ufff, ale się rozmarzyłam! No ale mamy wiosnę. Ta pora roku wywołuje kocenie się myśli w głowie, a że kocenie jest przyjemne, więc zamierzam folgować wyobraźni i wymyślać ile wlezie.  


 

1

 

* * *


2

 

* * *

 

3

 

* * *


4

 

* * *

 

6

 

* * *


7 

 

* * *

 

5

 

* * *

 8


Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2

Ojeju, ojeju, ojeju! Dzisiejszy dzień zaczął się tak po lalkowemu cudnie, że już bardziej się nie dało. Koleżanka z Facebookowej grupy opublikowała zdjęcie laleczki, której szukałam bez powodzenia od kilku lat. Zamieszczałam nawet w tej sprawie apel na blogu: http://dolland.blox.pl/2011/09/Sprawa-dla-Sherlocka-Holmesa.html Wpis z prośbą o pomoc datowany jest 23 września 2011 roku, czyli gonitwa za wspomnieniem zajęła mi 6 lat, macie pojęcie?

 


W mojej interpretacji malarskiej poszukiwana wyglądała tak:


01

 

 

A naprawdę, tak:


2

Zdjęcie dzięki ogromnej życzliwości i wsparciu koleżanki z Facebooka: Magdaleny Mroczek-Stachowiak. Magdalena jest autorką zdjęcia i właścicielką laleczki.

 

 

Nie bardzo wierzyłam, że jeszcze kiedyś zobaczę laleczkę z tej serii, a tymczasem możliwe jest, że wśród znajomych mają ją aż trzy osoby, i to w różnych wersjach kolorystycznych włosów!


 

Z rok temu, kiedy któraś z koleżanek napomknęła, że laleczki te pojawiły się na Olx, przeszukałam ten serwis wzdłuż i wszerz, wracając co kilka dni do haseł: mini Fleur, minnie Fleur, mała lalka, mała laleczka, drobna laleczka, malutka laleczka, laleczka PRL, laleczka pamiątka, laleczka kioskowiec, pamiątka PRL, zabawki PRL, stara lalka, stara laleczka itd. itp. Desperacja podpowiadała coraz to nowe kombinacje słowne, które, jak i poprzednie, wiodły na manowce.

 

 

Tymczasem ociupinka nie chciała dać się odszukać. Dopiero teraz uśmiechnęła się do mnie ze zdjęcia i spowodowała, że moje serce zrobiło fikołka. Strasznie tęskniłam za jej widokiem. Wiem, że ta drobinka jest najprawdopodobniej naszym krajowym klonikiem serii „Little kiddles”, co stawia ją o stopień niżej niż pełnoprawny wzór, ale jest moim wspomnieniem z dzieciństwa i gdybym mogła, to dałabym za nią i sto oryginałów.


 

To wszystko dlatego, że taką samą kupiła mi za ostatni grosz mama. Pamiętam to jak dziś – była zima, a my brnęłyśmy w śniegu na przystanek autobusowy ze szpitala lub przychodni. Po drodze był kiosk ruchu, do którego, z jakiegoś powodu weszłyśmy. Chyba chodziło o zapałki. W tym kiosku przy kasie stał kosz, wypełniony po brzegi malutkimi laleczkami. Pamiętam, że nie mogłam od niego oderwać wzroku i że sprzedawczyni zrobiła uwagę, że małej księżniczce podobają się laleczki, a potem zaproponowała „A może pani córci kupi?” Pamiętam jak mama sprawdzała zawartość portfela i wygrzebała z niego kilka monet, które starczyły na jedną panienkę. Pamiętam też, jak ostrożnie wybierałam laleczkę z kosza, chcąc znaleźć najładniejszą i jak nagle trzeba było się spieszyć, bo autobus ucieknie, a drugi będzie nieprędko. Nie pamiętam tylko gdzie zgubiłam swoją białowłosą drobinę w białej sukienusi. Myślę, że tamtej, starutkiej już nie odnajdę, ale może kiedyś zdarzy się jeszcze cud i te śmieszne calineczki gdzieś wypłyną. Na wszelki wypadek od czasu do czasu sprawdzam znajome serwisy, wpisując hasło „mała laleczka PRL”.

Aplauz dla Dzwoneczka

Trwa adwent z jego wyrzeczeniami i „suchymi”, postnymi dniami. Lubię ten okres, bo pomaga okiełznać rozbuchane apetyty (nie tylko mięsno-czekoladowe), i świetnie przygotowuje do wybuchu wielkanocnej radości. Schlebianie swoim zachciankom to rzecz przyjemna, ale tylko do czasu, gdy nie zorientujemy się, że wieczna pogoń za nowościami zobojętnia na to, co mamy wprost pod nosem. Zatem, korzystając z dobrodziejstw adwentowego wyciszenia, wstrzymałam nieustające lalkowe polowania, koncentrując się na posiadanych zbiorach. Przecież one też są fajne, choć opadły już z nich fajerwerki nowości.


W związku z powyższym zadecydowałam, że najwyższy czas rozpocząć cykl wpisów o „wykopkach archeologicznych”, czyli lalkach zamieszkujących ze mną już szmat czasu, ale dotychczas nie rozpieszczanych ani seriami z aparatu (fotograficznego) ani ciepłymi słowami na blogu. Przygotujcie się, proszę, na starocie. Dziś, przykładowo, pochylimy się nad Dzwoneczkiem z firmy Applause Inc.


 

1


O firmie-matce Dzwoneczka nie wiem zbyt dużo. Wikipedia podpowiada, że ma ona za sobą dość długą historię, której początki sięgają zamierzchłego 1966 roku. Firma trwa prężnie do dziś i jak u praźródeł swojego istnienia zajmuje się zabawkotwórstwem,  wypuszczając na rynek klocki, pluszaki, plastikowe figurki, lalki, jak również zestawy różnokształtnych ustrojstw wspomagających rozwój  najmłodszych. Przekrój jest szeroki, ale mnie interesuje tylko wąski wycinek, znaczy lalki.


Lalki od Applause Inc. są w większości słusznych rozmiarów (skala 16′) i dość wyraziste z twarzy. Wystarczy zrobić szybki przegląd eBaya, żeby zauważyć, że spora część z nich emanuje obłąkańczym czarem filmowego Jokera. Uśmiechy jak rozwarta paszcza rekina, szaleńczy wzrok, artystycznie stargany włos. Weźmy taką Arielkę. Jej uśmiech toczka w toczkę przypomina mi złowieszcze grymasy klauna-mordercy z filmu „To!”


2

 

 

Reszta towarzystwa, sygnowanego logo Applause Inc., wcale nie wypada mniej intrygująco. Moją faworytką jest przedziwnej urody Esmeralda – babsko duże i tęgie, promieniujące z oczu czystym bzikiem. Jest w tej lalce coś chorobliwego, co przywodzi mi na myśl pensjonariuszy zamkniętych zakładów psychiatrycznych, których  w dowód zasług uznano za szczególnie niebezpiecznych.


 

2

 

Za to applausowska Pocahontas jest śliczna i gdybym tylko mogła, to wzięłabym ją do siebie, nie bacząc na to, że głowę ma nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty ciała.


3

 

 

Mój Dzwoneczek wyrodził się z tej szajki dziwotworów i nie zaznał upiększeń typu wywalone z orbit gały i wyszczerz dentystyczny. Stało się tak najpewniej dlatego, że trudno byłoby upchnąć te okropieństwa w jej malutkiej twarzyczce. Kiedy Panbuczek rozdawał wzrost, Dzwoneczek stał na końcu kolejki i w związku z tym oszczędzono mu brzydoty większych, lalkowych sióstr. Wróżeczka jest karlicą (Prawie jak Tyrion Lannister. Osoby, które wiedzą kto zacz, mają u mnie chody) i mierzy  dokładnie tyle samo, co Skipper z lat 80-tych, choć jest nieco obfitsza w kobiece krągłości i znacznie cięższa. Od matellowskiej koleżanki różni się też materiałem, z którego ją wykonano – wszystkie jej części poza głową zostały odlane z twardego plastiku, tak więc jej zginalność jest symboliczna.


 

4



Niewielki rozmiar sprawia, że Dzwoneczek gładko wciska się w ubranka potworów z Monster High. Niestety ich buty już na nią nie pasują, bo stopy ma jak kajaki i w dodatku płaskie. Nieciekawie przedstawia się też sprawa jej włosów, które wszyte są tylko dookoła głowy, co zostawia na środku gładki, smutny placek (którego Wam nie pokażę, żeby nie kusić do wieczornego podjadania).


 

5



Choć w założeniu lalka ma oddawać drobną i delikatną istotę, jej tężyzna nijak nie przystaje do fruwającej między kwiatami wróżki. To już raczej lekkoatletka uprawiająca jakąś wymagającą krzepy dyscyplinę sportu – rzut młotem, rwanie ciężarów lub zapasy. Nie mogę wygnać z głowy myśli, że mój Dzwoneczek to dziewczę po  odżywkach białkowych, któremu marzy się kariera na igrzyskach ;P



Bardzo lubię swojego „spasionego” Dzwoneczka. Może to kwestia odruchu warunkowego jak u psów Pawłowa – jak coś jest małe i napakowane, to uruchamia się we mnie miłosne połączenie na trasie: oczy-serce-mózg, a przystanki na tym szlaku mają znamienne nazwy: „Zobaczyłam”, „Zaśliniłam się z chcicy”, „Kupiłam”, „Trzymam na półce”, „Dalej w świat nie puszczę”.


 

6


 

7



Wszystkie zdjęcia Disneyowskich księżniczek – z eBaya!

Uparciuszysko

Mam w domu kilka lalek, z którymi non-stop bawimy się w złą macochę i Kopciuszka – ja ze wszelkich sił próbuję wygonić je w świat, a one jak ten rzep na psim ogonie, trzymają się półek i za nic dają się stamtąd zegnać. Wypróbowałam już kilka sposobów usuwania tego plastikowego balastu, ale żaden nie poskutkował. Kiedy wrzucam takie lale na Allegro, to mogę mieć pewność, że pojawi się kilku obserwatorów, ale ani jeden licytujący, a kiedy proponuję komuś wymianę, to finalnie i tak kończę w punkcie wyjścia, bo ludzie w ostatniej chwili wycofują swoje propozycje. Czego by nie zrobić – te zdradliwe, plastikowe zarazy i tak postawią na swoim i nie dadzą się wykurzyć za próg (co najwyżej zagnać do „pudła hańby”).

 

Stare, chińskie przysłowie głosi: „Skoro nie możesz pozbyć się wroga, to spróbuj zwyciężyć go miłością”* Inaczej mówiąc – skoro już jesteś na coś skazany, to obrażaj się na nielubiany przedmiot a spróbuj go polubić. To, że  każda rzecz dysponuje pewnymi chwalebnymi przymiotami, trochę ułatwi sprawę.

 

Wychodząc z tego  punktu widzenia spróbuję zacząć od pochwał w kierunku przedstawianej dziś, wielce nielubianej laleczki. Mogę na przykład napisać, i zrobię to zupełnie szczerze, że ma ładne oczy. Fioletowe tęczówki z purpurową plamką nie są powszechne wśród Barbie, a ona ma to szczęście, że dostała właśnie takie urokliwe kolorystycznie patrzałki. Gdyby przebrać ją w dothracki strój i dać na ramię smoka, to może mogłaby nawet udawać Daenerys Targaryen (tu pozdrawiam fanów cyklu „Pieśń lodu i ognia”. A żeby nie było, że mi się na blogu zagnieździła nierówność społeczna i wykluczenie, to wszystkich pozostałych też pozdrawiam).

 

 

32549577301_00fb0239c2_z

 

 

32518874122_f4888b3922_z

 

 

32518939442_3651db675c_z

 

Plusik należy się jej także za długie, platynowo-słomkowe włosy. To trudny kolor i nie każdej przedstawicielce płci pięknej pasuje. Dobrze wiem co mówię, bo przez pewien czas miałam taką bladą łepetynę i w opinii znajomych i bliskich wyglądałam jak śmierć na chorągwi. Dlatego teraz szczerze doceniam każdą kobitkę, która umie z sukcesem nosić na sobie taką barwę.

 

Gdyby te obłędne włosy skombinowano z mleczną cerą, to już dawno jęczałabym z zachwytu, ale nie – twarz i ciało laleczki są różowiutkie jak skórka na małym prosiaku. Niby żaden wielki zarzut, ale o szlachetności wyglądu w takim kontekście mówić się już raczej nie da.

 

Nie da się też ukryć, że lalka należy do serii świątecznej (Holiday Barbie), w której przez lata trafiały się szlachetniejsze i mniej szlachetne wypusty. Moja Barbie należy do pośledniejszych lalek, które nie są zbytnio cenione przez kolekcjonerów. Szperając po Internecie znalazłam stronę poświęconą wycenom Holidayek (http://happyholidaybarbies.blogspot.com/p/blog-page_8.html), gdzie moja platynowłosa plasuje się na najniższych miejscach listy. Czy jest brzydsza od pozostałych koleżanek z serii? Chyba nie. Znaczenie może mieć to, że wydano ją w dużej liczbie egzemplarzy, bardzo rzutującej na popularność lalek.

 

 

31828877114_7f9c398d5f_z

 

 

32631140116_ae701bbc9c_z

 

 

31828955244_c509897640_z

 

Holidayka jest dla mnie lalkowym symbolem zimy i świąt, które odeszły od nas wraz z choinkami kilka dni temu. Zgodnie z tradycją tradycji ustrojone drzewka mogą stać w domach do 2 lutego, czyli Święta Ofiarowania Pańskiego, zwanego popularnie świętem Matki Boskiej Gromnicznej. Tego dnia rozbiera się choinkę stojącą na Placu św. Piotra w Watykanie, zamykając symbolicznie okres bożonarodzeniowy.

 

Moja choinka wyprowadziła się już do ogródka, a Holidayka – no cóż – wlazła z powrotem do witryny, aby za rok znów dać mi powód do jojczenia jak to za nic nie mogę usunąć jej z domu 😉

 

 

32631244486_accd3e5de8_z

 

 

32292651510_162bdaf28d_z

 

* – stare, chińskie przysłowie zostało wymyślone na potrzeby dzisiejszej notki 😛

Roszpunka

Jak to z bajkami Disneya jest dziwnie – wizualnie są piękne, a treściowo – mdłe. Ostatnią, na której zatrzymałam się w animacyjnym rozwoju była „Piękna i bestia”, która, o zgrozo, niedługo trafi znów na ekrany kin; tym razem w wersji aktorskiej. Już czuję swąd odgrzewanego kotleta, choć może jest to tylko dusząca woń smogu, który od ponad miesiąca panuje w majestacie nad Warszawą.

 

 

W zasadzie nie śledzę już disnejowskich nowości, ale czasami coś tam sobie jednak obejrzę, jak choćby „Zaplątanych”, którzy zaskoczyli mnie ponadprzeciętnie przystojnym bohaterem i popsutą jak wnętrze próchniczego zęba, złą macochą. Tego pierwszego ściągnęłam do domu, tej drugiej jakoś się nie udało. No i ku mojemu ubolewaniu, mam poważne braki w zakresie Roszpunki.


 

1

 

 

Julek/Flynn bez Roszpunki robi wrażenie zagubionego, więc podrzucenie mu partnerki jest, w pewnym sensie, sprawą kluczową i nie cierpiącą zwłoki. Idąc na łatwiznę mogłabym przysposobić którąkolwiek z łatwo dostępnych Roszpunek od Hasbro, ale co na jakąś spojrzę w sklepie, to mi się łeb sam w drugą stronę odwraca. Księżniczek od Simby nawet nie biorę pod uwagę, a oryginalne, disney-storowskie „Raszple” były i nadal są drogie, więc mój melancholijnie skrzywiony Julisław Flynnowicz Bezroszpunkow musi póki co tolerować substytut.


Substytut w ogóle nie jest podobny do oryginału, ba, nawet nie jest lalkową kobietą, ale ma bezsprzecznie najdłuższe włosy w lalkowym towarzystwie i lubi od czasu do czasu nosić warkocz, więc imię pasuje do niego jak ulał.


 

32528212496_04a059de49_z

 

 

Zanim Roszpunka został ochrzczony Roszpunką, przekradał się przez życie pod innymi imionami. Na początku miał być z niego Lolo, ale brzmiało to niepoważnie i pachniało mi tanią knajpą, gdzie non-stop serwuje się  grochówkę, więc został przemianowany na Jerzego. Jerzy utrzymał się w siodle z miesiąc czy dwa, czyli do czasu, kiedy znajoma osoba nie rzuciła w jego kierunku imieniem: „Jarosław”, które na jakiś czas przylgnęło do jego skóry, ale opadło jesienią na rzecz Piętaszka. Piętaszek zmył się razem z listopadowymi deszczami i nastało imienne bezkrólewie, które zakończyło się w momencie, gdy bezimienny założył na głowę nową perukę. Po jej zapleceniu w warkocz stało się jasne, że były Piętaszek od zawsze był Roszpunką i Roszpunką już zostanie.


 

32416258502_5eeccaacb8_z

 

 

Roszpunka z racji swoich gabarytów, nijak nie nadaje się dla Julka, więc stoi półkę niżej niż on, w towarzystwie innych gigantów, udając, że jest dobrotliwą i przyjacielską lalką. Trochę mu to nie wychodzi, bo twarz ma osowiałą, jakby cierpiał na jakieś kompromitujące dolegliwości gastryczne. Znajoma, z którą bardzo, ale to bardzo się nie lubimy, twierdzi, że to zbolała mina kota, który nażarł się za dużo wątróbki i dostał zatwardzenia. Ja wolę mówić, że Roszpunkę gnębi ból zęba i polip w nosie, ewentualnie naoglądał się za dużo „Zmierzchu”, co spowodowało u niego permanentny smutek i zniechęcenie.


 

32416239292_de3f931e4e_z

 

 

Roszpunka pławi się w swoim ponuractwie jak rybka w stawie i nie ma zamiaru przywoływać na twarz uśmiechu. Co ciekawe, taką tendencję przejawia większość moich lalek. Chyba najbardziej lubię właśnie te o neutralnym wyrazie twarzy, choć u początków mojej działalności zbieraczej prym oddawałam wesoło wyszczerzonym superstarom. Dziś moje półki goszczą głównie smutnych panów i panie, a radosnych lalek ubywa z każdym rokiem. Uśmiechnięte są dla mnie za mało uniwersalne. Smutasy lepiej wypadają w  obiektywie aparatu i często do nich wracam, podczas gdy wesołe, jedna za drugą, wskakują na Allegro i odpływają w nieznane.


 

31725222464_c4c42bd878_z

 

 

Zastanawiając się, co właściwie chciałam przekazać Wam w dzisiejszej notce, spojrzałam w lustro – i już wiem! Czy te wszystkie melancholijnie – smutne lalki, które u nas rezydują, nie przypominają nas samych, tuż po porannym zerwaniu się z łóżka, kiedy trzeba szybko wyszykować się do pracy? Daję głowę, że o szóstej rano w poniedziałek wyglądam toczka w toczkę jak Roszpunka (nawet stawy skrzypią mi prawie tak jak jemu), z tym że nieco bardziej przypominam zombie. Z odrętwienia budzę się dopiero w biurze, w okolicy godziny ósmej, już po wlaniu w siebie kubka kawy i przegryzieniu jakichś kalorii. Poranne wstawanie zimą nie jest moją ulubioną formą rozrywki, oj nie, ale jeszcze mniej ciepła w sercu żywię dla dojazdów komunikacją miejską, kiedy trzeba się kisić w towarzystwie ludzi o smutno wyciągniętych w dół twarzach. W porannych autobusach śmiało można by kręcić film o depresji. Dlatego wolę te wieczorne, choć można się w nich często natknąć na panie i panów, którzy popijali napoje rozweselające. Komunikacja miejska to temat na dłuuugie opowieści, które już plączą mi się pod językiem, ale ja tu przecież powinnam nawijać krótko i na temat, czyli o lalkach, a nie o bzdetach i bólach okołoporodowych 🙂 Obiecuję poprawę, szczerze i zdecydowanie, tyle, że jeszcze nie teraz, bo jeśli od czasu do czasu nie dostanę słowotoku, to się zaduszę.

 

 

32189982630_e752f58994_z

Maroko

Krążąc paluchem po mapie świata nigdy nie zatrzymałam się dłużej na Maroko. Wolałam wyobrażać sobie inne kraje, do których kiedyś pojadę – Indie, Japonię, Chiny, ale przede wszystkim Peru, przez które płynie rzeka Ukajali, gdzie wieczorami dzieciom do snu śpiewają ryby. To sprawka Arkadego Fiedlera, który wzbudził we mnie namiętność do południowych, porośniętych tropikalną puszczą krain, nadal zamieszkiwanych przez plemiona, którym nie są potrzebne do szczęścia wynalazki współczesności.


Na razie nie mogę pochwalić się, że płynęłam po Ukajali, tropiąc ślady Fiedlera (swoją drogą, jakież on miał ekscentrycznie piękne imię – Arkady!), ale na pocieszenie obracam w ręku lalkę z serii „Dolls of the World”, która reprezentuje, jakże by inaczej, Maroko 🙂


 

1


Marokanka jest jedyną lalką Barbie z facemoldem Christie, którą mam na stanie. Choć typ twarzy, którym czaruje, jest bardzo lubiany przez kolekcjonerów, nadspodziewanie długo nie umiałam go zaaprobować. Myślę, że wydawał mi się zbyt ciężki, a przez to odpychający niczym socrealistyczna rzeźba z sierpem w dłoni. Zmiana opinii nastąpiła dopiero w momencie, gdy zobaczyłam po raz pierwszy Christie o jaśniejszej, niż zwykle to bywa, karnacji. To właśnie był klucz do zrozumienia sprawy – bo to wcale nie mold był brzydki, tylko ja nie lubię mattelek o bardzo ciemnej skórze. Ta zasada w ogóle nie działa, jeśli chodzi o lalki od innych producentów. Dajcie mi pierwszą lepszą Adele Makeda i będę śpiewać o swojej radości z najwyższego dachu w Warszawie, ale lalki od Mattel – nie, te lalki lubię co najwyżej w wersji „mulatka/mulat”.


Marokanka wygląda, jakby wybielał ją w mydlinach sam wielki mistrz zakonu praczy, Zygmunt Chajzer, a co za tym idzie, z sukcesem wychodzi naprzeciw moim wymaganiom co do odpowiedniego odcienia skóry. Głęboka czerń skryła się tylko w jej włosach i obramowaniu oczu, które na wschodnią modłę pociągnięte zostały kohlem.


1

 

 

Biblijna maksyma, przełamana przez moją niepamięć do klasycznych tekstów, głosi: „Temu, kto ma, będzie dane jeszcze więcej” – i rzeczywiście, laleczka oprócz urody dostała jeszcze wyróżniający się strój. Można powiedzieć, że jej ubiór wręcz rwie oczy, a to przez nasycenie jaskrawym, różowym kolorem, przełamanym w niektórych miejscach złotym błyskiem ornamentu lub biżuterii.

 

Bogactwo wizualne nie przepada za konkurencją – Marokanka wymaga stosownego wyeksponowania, bo schowana w tłumie, zamieszkującym moją witrynę, niknie i gaśnie, tracąc swoje właściwości ozdobne. A tu klops – bo od zawsze brakowało mi w domu półeczki, na której mogłabym ją z honorami umieścić. Głowiąc się nad nową lokalizacją, której nie byłam w stanie zapewnić, dałam się już ze dwa razy ponieść emocjom i wrzuciłam Marokankę na Allegro. Wtedy przyszły rozterki, bo przecież lalka jest urodziwa i możliwe, że tęskniłabym po jej utracie. Już ja dobrze znam to uczucie! Nieraz przez decyzje „na szybko” pozbywałam się fajnych okazów z kolekcji, a później śniły mi się one nocami, doprowadzając mnie do stanu wrzenia. Dlatego,  zamiast podejmować po raz kolejny pochopną decyzję, schowałam powód rozterek do pudła z nieużywanymi lalkami i pozwoliłam sobie zapomnieć o nim na pół roku.  Przez ten czas umysł ochłódł na tyle, by powrócić do stanu równowagi, w którym problemy związane z brakiem porządnego lokum dla lalek nie popychają do bezmyślnego trzebienia stada.


Myślę, że stało się dobrze. Marokanka co prawda nadal kisi się w ciasnocie witryny, ale od pewnego czasu ma u swego boku „mrocznego krzyżowca”, który wbrew swojemu powołaniu nie tylko nie planuje walk z saraceńskimi rycerzami, ale za sprawą hożej dziewoi myśli raczej o zapuszczeniu korzeni i otoczeniu się rodziną. Tak to już z plastikami bywa – ani się obejrzysz, a one już połączyły się w pary 🙂



1

 

* * *


1

 

* * *


1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 1

 

* * *

 

1

 

* * *


1

Jaka brzydka!

Wierzcie mi, drodzy czytelnicy, lub nie wierzcie, ale gdybyście poznali mnie ładnych kilka lat temu, to pewnie uznalibyście, że jestem członkiem subkultury gotyckiej. I bardzo słusznie! Dziś po dawnym wyglądzie zostało już tylko wspomnienie, ale w szafie nadal wisi kilka czarnych sukienek, w których zadawałam szyku na Castle Party i zlotach DarkPlanet, czyli pierwszego i największego chyba w Polsce portalu zrzeszającego wielbicieli ciężkich brzmień, dań z kota i potańcówek w zadymionych i pitnym miodem płynących poznańskich klubach.

 

Lata buntu i biegania po mieście w skórzanych płaszczach i glanach mam już dawno za sobą, ale serce nadal pika mi w szybszym rytmie, gdy w polu widzenia objawi się obraz nawiązujący do młodzieńczej stylistyki, a już szczególnie, jeśli jest to obraz lalkowy podobny poniższemu:

 

01

 

„Hola, hola!” – zakrzykniecie – „Ale co wspólnego ma to niewyględne lalkowe oblicze ze stylistyką gotycką?”

 

Tak na dobrą sprawę, to niewiele (poza ekspresyjnym makijażem oczu, bliskim niejednemu goth-artyście), ale wiecie-rozumiecie, chciałam zacząć dzisiejszy blogo-wpis od jakiegoś fajnego wstępu, a że wstępów pisać nie umiem, to po raz kolejny włączyłam tematykę wspominkową. Wybaczcie mnie nieszczęsnej (i obżartej do granic wytrzymałości sernikiem, makowcem i keksem)! Obiecuję, że dalej będzie w miarę logicznie i bez wtrętów nie na temat (baju, baju…).

 

A zatem – lalka jaka jest, każdy widzi. Miała być zapewne pełnoprawnym matellowskim superstarem, ale coś poszło nie tak i zamiast ślicznej księżniczki/królewny/astronautki/baletnicy/dżokejki narodziło się coś zupełnie innego, mającego wyraźne ciągoty ku czerwonym szminkom i artystycznie rozmazanej kredce do oczu.

 

Dziwolążek został odkryty na Allegro, skąd przyjechał do mnie bez żadnych przeszkód, bo nikt inny go nie chciał. W zaufaniu przyznam się Wam, że liczyłam na to, że brzydula okaże się jakimś niezmiernie rzadkim meksykańskim, barbiowatym wypustem, ale jednak nie – ta lalka to zwykły, nikomu nie znany klon.

 

Tu muszę zrobić wyznanie: „Ach, jakże kocham klony!” Nie są one z pewnością trzonem kolekcji, ale trzymają się w niej mocno. Klony to tajemnicze stworzenia – w większości przypadków nie wiadomo kto powołał je do życia i skąd przybyły. Można je oceniać na podstawie tego, co się widzi, słyszy i (ewentualnie) wyczuje nosem. W przypadku mojej paskudy zapach niczego nie podpowiada, za to wrażenia wzrokowe są ciekawe, bo lalka jest strasznie dziwaczna 🙂

 

Nietypowy makijaż to tylko pierwsza z jej „zalet”. Kolejnymi są:

 

1. Wysokie czoło:

 

 

1

Oj, można by o takim czole pisać pieśni lub wiersze. Lub poematy epickie.  Trzynastozgłoskowcem. Jak prawdziwy mistrz 🙂

 

2. Pusty, „dmuchany” korpus:

 

 

1

Mówi się, że piękne kobiety (czyli „lalki”!) są puste w środku. No to ja mam złą wiadomość dla tych, co wierzyli, że te brzydkie są inne. Otóż nie! One także mogą być pustymi lalami z ubogim wnętrzem, jak widać na zaprezentowanym przykładzie 😛

 

 

3. Rąsie, które umieją miękko, niczym płatek śniegu, opaść na biodra, bo są z gumy:

 

 

1

 

 

4. Egipskie hieroglify na plecach, będące zapewne śladem nieśmiałych prób oznaczenia lalki nazwą producenta. Niewiele da się z nich odczytać. Być może są to jakieś znaki dla niewidomych (bo wypukłe).

 

 

1

 

 

5. Nóżki zginane na dwa kliknięcia, niczym u starych Barbie. W dobie MtM nie jest to żadna szczególna umiejętność, ale lepsza taka niż żadna, a zresztą lalkowym starowinkom pewnych spraw się nie wypomina (no chyba, że śmierdzą kocim sikiem, ale to temat na inny wpis).

 

 

1

 

Szczerze mówiąc nie wiem po co mi taka piękna inaczej laleczka. Gdyby osądzać ją na trzeźwo, to powinna z powrotem trafić na Allegro. A jednak w związku z tym, że przy okazji świąt urżnęłam się okrutnie kompotem z suszu, grzybkami z bigosu i makiem z makowca (jak wiadomo wszystkie te potrawy wprowadzają w stan nadzwyczajnej błogości i połączenia z niebem), gwoli czego nie jestem w stanie myśleć jasno, skazuję ją na bycie drugą połówką dla sztywniaka, który wczoraj wyskoczył mi spod choinki. Są, co prawda, z innych epok i bajek, ale to błahe przeszkody dla miłości, prawda?

 

 

1

 

No i wydało się, po co ja tę notkę pisałam. Toż chciałam Wam Kenika od Mikołaja pokazać, ot co! A siliłam się na to przez całą długość wpisu 😉

 

 

1

 

EDIT! Jest 29 stycznia 2017 roku, a ja właśnie dowiedziałam się, dzięki dobremu człowiekowi z Flickr’a, kim jest moja paskuda. To niejaka Betty! Poniżej wklejam jej zdjęcia w zapudełkowanej wersji, ściągnięte za zgodą ich autora z eBay. Ochhh, czuję się, jakbym była Kolumbem odkrywającym Amerykę!

 


 


Callum i Callum

Kocham lalki, ale nie zmienia to faktu, że patrzę na nie krytycznym okiem i oceniam w większości negatywnie. Najbardziej lubię pastwić się nad schodzącymi na psy pod względem jakości barbiopodobnymi (Mattel już na całość poszedł w sztywne cielska, wtłaczane w coraz to brzydsze stroje, którym skąpi się nie tylko wcięcia w talii, lecz nawet estetycznego obrębienia brzegów), ale nie stosuję żadnej taryfy ulgowej i dla innych gatunków. Na równi wyżywam się choćby na dostępnych obecnie lalkach od Integrity Toys, których elitarność jest li wyłącznie sprawą mniejszych nakładów poszczególnych serii.


Wyraz swojemu rozczarowaniu dałam już w notce o Poppy Parker, a teraz pociągnę temat dalej, bo mimo licznych zarzutów zapraszam przecież do siebie kolejne twory wypchnięte z fabryki Integrity Toys, i, co bardzo mnie śmieszy, są to kolejne „całuśnice”. Przez całuśnice rozumiem lalki o specyficznym, ssąco-cmokającym ułożeniu ust, które sugeruje, że za chwilę, niczym stare ciotki, zaatakują kogoś mokrym całusem w policzek lub w czółko. Z lat dziecinnych pamiętam, że szczerze nie cierpiałam takich oznak rodzinnych afektów i próbowałam się od nich wykręcić, gdy tylko mogłam.


Ponieważ obecność Poppy w pełni zaspokaja moją próżność posiadania całuśnicy-kobitki, dla zachowania przeciwwagi „płciowej” zaopatrzyłam się w dwóch całuśnych typków z męskich wybiegów mody, czyli Callumów Windsorów.


Callumowie wyszli z łona tej samej matki, ale ojców musieli mieć różnych, bo choć gęby są z tego samego odlewu, to zupełnie niepodobne. Cieszy mnie to niepomiernie, bo mogą być używani przy różnych okazjach – ciemnowłosy, gdy podniesie mi się poziom zapotrzebowania na klasyczną ładność, a blondyn w chwilach, gdy po głowie kocić się będzie obraz zarośniętego drwala 😉


księciunio

 

* * *


drwal

 

 

W związku z tym, że towarzystwo zjechało na włości w stanie gołym i wesołym, zostałam zmuszona do poszukiwań jakiejś znośnej konfekcji męskiej, co okazało się dość trudne, z braku takowej na rynku. Na początku, łudząc się, że jakoś to będzie, zapakowałam dziadygi w oryginalne ubrania zrabowane matellowskim Fashionistom, które okazały się, jak to było do przewidzenia, sporo za ciasne. Nawet biorąc pod uwagę stopień mojego ubraniowego zboczenia, które dopuszcza w orbitę zainteresowań naprawdę obcisłe stroje, to upychanie lalek w spodnie, nie dopinające się w okolicy rozporka, było nie do przyjęcia. Co innego ubiór podkreślający seksapil, a co innego, kiedy z dziury na siedzeniu lub innej lokalizacji wygląda coś, co nie powinno.

 

Na ratunek przybyło Allegro, które co jakiś czas kokietuje nieprzewidzianymi okazjami zakupowymi. Tym razem były to zestawy dla nowszej generacji Kenów „Basics”, które przy użyciu odpowiedniej siły, zaprawionej desperacją, dały się wciągnąć na obydwu młodzieńców i zakryć rejony cielesnego rozpasania.

 

Sukces odzieżowy sprawił, że spoczęłam wdzięcznie na laurach, a sporządzenie notki o chłopakach odłożyłam na zaś. Minęło pół roku, a mnie olśniło, że właściwie mogłabym coś o nich skrobnąć, bo idą grudniowe święta, a chciałam pokazać ich jeszcze w tym roku, więc jeśli się nie zbiorę za robotę, to więcej już takiej okazji nie będzie. Przez głowę przechodziły mi nawet myśli, żeby zasponsorować Callumom porządną sesję na śniegu, ale że białego puchu mieliśmy tyle, co kot napłakał, więc mi się odechciało i poszłam na łatwiznę, czyli jak zwykle strzeliłam fotki „z łapy” przy sztucznym oświetleniu i na tle jakiejś przypadkowej szmaty (wywyższenia do roli tła fotograficznego doznała zasłonka w przedpokoju).


Z całego serca chciałam ukazać urodę obydwu obwiesi, ale im bardziej gnębiłam ich zdjęciami, tym bardziej docierało do mnie, że wyglądają niczym sfochane karpie maszerujące w pochodzie pod tęczową flagą. Mnie ten stan rzeczy nie przeszkadza, ale nie obrażę się, jeśli ktoś zasugeruje, że Callumowie wyglądają z deczka (albo i z kilogramka) jak transwestyci.

 

Jakościowo panowie nie odbiegają od bieżącej produkcji IT, czyli nie ma się czym zachwycać. Oszpecono ich zarówno liniami odlewowymi na ciele jak i niską jakością kompletnie nie układającego się włosia. Właśnie dlatego tak starannie zakryłam jak największe połacie ich ciał, aby zgodnie z wczesnodziecięcym przekonaniem „jak czegoś nie widać, to tego nie ma”, udawać, że są znacznie fajniejsi niż w rzeczywistości. Dla potwierdzenia tej tezy sypnę garścią zdjęć. A nuż ktoś z Was da się trochę oszukać i stwierdzi, że chłopcy nie są wcale tacy najgorsi, a nawet mogą budzić ciepłe uczucia 🙂


 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *


1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

 

* * *

 

1

Smutek Agaty

Wszyscy mamy w swoich zbiorach lalki tak ładne, że na ich widok robi się ciepło w sercu i przednówek w portfelu. Kochamy je za nieprzemijającą urodę, za klasę czy awangardę stroju. Ulubienice stoją na naszych półkach latami, zrastając się z wystrojem domu tak bardzo, że nie do pomyślenia jest usunięcie ich z miejsca zasiedzenia.

 

Kiedy myślę o lalkach, które nigdy nie zawiodły mnie pod względem urody i prezencji, to nie mam wątpliwości, że prym wiodą wśród nich mattelki z moldem „Goddess”. Dzięki Bogu nie dano im twarzy, która wołałyby natarczywie: „Patrz na mnie, jestem olśniewająca”, a oblicze, które robi wrażenie ze względu na swoją łagodność, klasę i harmonijność. Ich melancholijny wzrok sugeruje czystą i niewinną naturę, lecz prawdziwy charakter zdradzają zmysłowe usta. Te lalki stworzono po to, by kusiły do grzechu! Mnie kuszą nieodmiennie od wielu lat.

 

01

 

Goddeskę z powyższego zdjęcia już widzieliście – była w paczce z innymi zaplamionymi lalkami, które cierpliwie ratowałam Benzacne. Ona najdłużej opierała się działaniu specyfiku, ale koniec końców uległa, transformując ze smutnego brudasa w pewną swej urody królową. Ze smutkiem stwierdzam, że jedyną suknią, która pasowała do niej kolorystycznie jest retro-beza, w której drobne ciało lalki nabiera niezdrowej ciężkości.

 

1

 

1

 

W co by jej jednak nie ubrać, to Goddeska i tak będzie olśniewać doskonałą twarzą. Nie to, co prawdziwa bohaterka tej notki – czyli lalka Agata.

 

1

 

Agata jest smutnym reliktem z czasów, kiedy na sklepowych półkach w Polsce królowały sól i ocet. Choć rości sobie prawo do miana oryginalnej polskiej lalki, to jest zaledwie klonem Fleur i to klonem o bardzo niskiej jakości.


Nie wyobrażam sobie, że coś tak paskudnego mogło mieć kiedykolwiek wzięcie wśród dzieci. Moje przypuszczenia potwierdzają się, gdy buszuję wśród ogłoszeń na Allegro, lub po Waszych blogach. Szpetna Agata wypływa w tych miejscach nader rzadko.

 

1

 

Pod względem estetycznym Agata plasuje się poniżej poziomu rozkładającego się kota. Aby odkryć jej urok trzeba być albo szaleńcem z kilkuletnim stażem, albo zaopatrzyć się w dużą ilość napojów wyskokowych i lać je w gardło, póki cały świat, łącznie z nią, nie zrobi się piękniejszy. Moim zdaniem Agata jest tak brzydka, że przegrałaby bitwę nawet z niesławną Lizą od firmy Marbella.

 

1

 

Choć nie zachowały się żadne informacje, w jakich warunkach odbywała się produkcja Agaty, to łatwo wyobrazić sobie, jak mogło to wyglądać: smutny garaż na przedmieściach któregoś z miast, samodzielnie skonstruowane formy odlewnicze, kadzie ze śmierdzącym plastikiem niewiadomego pochodzenia, pijany w sztok artysta malarz, który nigdy w życiu nie miał pędzla w ręku oraz krążący gdzieś w tle autor przedsięwzięcia, który widział już przed sobą góry złota i wietrzył interes życia 😛 (żaden ze mnie czarownik, ale moja szklana kula mówi mi, że Agata nie zapoczątkowała kariery żadnego Rockefellera)

 

Współdziałanie powyższych czynników zrodziło zabawkowego potwora Frankensteina, który, tak jak literackie monstrum, zarażony jest śmiertelnym smutkiem, bo każdy, kto go ujrzy, z niesmakiem krzywi twarz. 

 

Dostać taką lalkę to jak dostać karę, bo ani się nią pochwalić przyjaciołom, ani postawić koło bardziej estetycznych zabawek. Najwłaściwszym miejscem dla Agaty byłoby zapewne muzeum osobliwości, gdzie mogłaby swobodnie straszyć wśród podobnych jej eksponatów.

 

Agata jest zlepkiem niewspółgrających z sobą i smętnie taniutkich elementów. Jej włosy to nalepiony na czubku głowy, watopodobny kołtun. Kolor ciała walczy drapieżnie z kolorem twarzy, a rączki i nóżki to już prędzej nibyrączki i nibynóżki. Nawet majteczki, będące częścią oryginalnego stroju, uszyto jakoś na wyrost. Nie pomogą płomienne różyczki, jeśli na chudą dupkę wpycha się namiot o rozmiarach „mama size”. Jako-tako bronią się właściwie tylko buciki. Tu klonowanie oryginału odbyło się z sukcesem – pantofelki leżą na stopach całkiem ściśle i ani myślą z nich spadać.

 

1

 

1

 

1

 

 1

 

 1

 

 

1

 

 

1

 

 

Żal mi Agaty. Dostała ładne imię i nic poza tym. Przez jakiś czas myślałam, że dobrze byłoby przemalować jej twarz i zafundować perukę, ale wnet przyszło otrzeźwienie. Potworków, podobnych do niej jest niewiele. Właściciele tych lalek najprawdopodobniej pozbywali się ich, wyrzucając brzydule na śmietnik. Agaty nie dawały pewności, że po latach ktokolwiek zaliczy je w rzędy lalek kolekcjonerskich, co pozwoli im nabrać wartości w pieniądzu. Pozbywano się ich, bo były koszmarnie nieatrakcyjne, a rynek dawał możliwości znacznie ciekawsze pod względem estetycznym.

 

Tu apel: jeśli znajdziecie gdzieś takie potworki, to uratujcie je przed zniszczeniem. To prawda, że nie wynagrodzą właściciela widokiem ślicznej buzi, ale jest ich tak strasznie mało, że grzechem byłoby pozwolić którejkolwiek zginąć.



1

Za mundurem panny sznurem, za rycerzem panny jeżem

01

 

 

O Boże, jak mi się go chciało! Śliniłam się do niego od momentu, kiedy firma Pangaea pokazała prototyp na targach w Pekinie. Nie przerażało mnie nawet to, że miał dostać twarz średnio lubianego przeze mnie Orlando Blooma, bo nawet Bloom miewa od czasu do czasu zacne role, a występu w filmie „Królestwo niebieskie”, na podstawie którego stworzono tę figurkę, wcale nie musi się wstydzić.


01

 

 

Najważniejsze było to, że pan figurek będzie rycerzem w „prawdziwej” zbroi. Bijcie mnie, gryźcie i drapcie, ale będę twardo obstawać przy tym, że nic tak nie dodaje chłopu seksapilu, jak dobrze skrojony strój bojowy. Czym byłby Superman bez swojego kultowego, obcisłego wdzianka lub Batman bez zbroi?* No właśnie! Nikim szczególnym. Panowie w ich typie robią się nieodparcie pociągający dopiero w chwili, gdy wciągają na grzbiet stosowne przebranie i ruszają do walki o słuszną sprawę. Takoż rzecz ma się i z rycerzami. Zakuci w stal herosi stanowią widok nad wyraz ponętny i skłaniający serce do czułych potknięć.


 

01

 * * *

 

01

 

* * *


01

 

* * *

 

01

 

* * *


01

 

 

Balian z Ibelinu jest moją pierwszą figurką, która nie została wyprodukowana przez firmę Hot Toys.  Miałam w związku z tym lekkie obawy, które okazały się zupełnie niesłuszne, bo Pangaea wypuściła produkt równie wypieszczony, co figurkowy gigant, a może nawet i lepszy, bo tańszy (a jak wiadomo Stare Zgredy lubią to, co najlepsze i najdorodniejsze, a jednocześnie najtańsze i w największej obfitości).

 

 

01

 

 

Rycerz, jak przystało na ciężkozbrojnego wojownika, przyjechał w pełnym rynsztunku i z mieczem w dłoni, gotowy, by spuścić komuś łomot, lecz jego chęć walki z Saracenami przerodziła się gwałtownie w miłosne gruchanie, bo zamiast brodatych rycerzy Saladyna bitny templariusz natknął się na urodziwą Saracenkę i stało się – Amor po raz kolejny odniósł sukces nad Marsem.


 

01

Oto hoża Saracenka. Będę o niej pisać w jednej z kolejnych notek 🙂


Pudło, z którego wyłuskałam Baliana, jak to z opakowaniami od figurek bywa, jest wielkie i nieporęczne, co po raz kolejny wymusza na mnie główkowanie, jak upchnąć taki kawał tektury w ograniczonym metrażu, tak, aby nikomu nie wadził. Właściwie to mogłabym się go pozbyć, ale nie zrobię tego ze względu na jego funkcjonalność – dzięki systemowi plastikowych przegródek pudełko mieści w sobie dużą ilość drobnych akcesoriów, które lubią się gubić lub walać po nieodpowiednich miejscach.



Design pudła jest bardzo prosty, ale za to mylący. Otóż zdjęcie, zdobiące frontową ścianę, przedstawia prototyp figurki, który znacznie różni się od produktu finalnego. Muszę przyznać, że do zakupu skusił mnie właśnie wygląd prototypu, przedstawiającego mężczyznę po trzydziestce, o ostrej i wyrazistej twarzy, pełnej zacięcia i bojowego ducha. Rycerz, skrywający się w czeluściach opakowania, ma natomiast twarz łagodną i melancholijną. Gdyby wygolić mu na czubku głowy tonsurę i przebrać w habit, to byłby z niego sympatyczny braciszek zakonny. 

 

Oto twarz prototypu:


 

prototyp

 

A tu już na powrót „the real deal”:


 

01

 

* * *

 

01

 

* * *


01

 


Podobieństwo do Orlando Blooma, którego tak się bałam, jest, ku mojej radości, dość nikłe. Wiele osób, które oglądały figurkę z bliska, rozpoznało w niej zupełnie innego hollywoodzkiego aktora, a mianowicie Kita Harringtona, gwiazdę serialu „Gra o tron”. Niektórzy wysuwali nawet tezę, że jest to przebrany w rycerski strój Jezus Chrystus. Być może miałoby to pewien sens w świecie Mortimera Madderdina, wykreowanym przez Jacka Piekarę (pamiętacie obrazoburczy cytat z okładki, promujący cykl?)



01

 

 


Tak czy siak krzyżowiec dostał twarz dość przyjemną dla oka, w dodatku okoloną „prawdziwymi”, lubiącymi się puszyć włosami. Ponieważ moja cierpliwość do powiewających frywolnie kosmyków jest nadzwyczaj niska, Balian był zmuszony przejść wieczystą stylizację fryzury za pomocą pianki i lakieru do włosów. Gąszcz na głowie został ulizany, przyklepany i związany gustownym rzemykiem. Fryzura poprawiła się na jakieś pół godziny, a później samoistnie powróciła do stanu pierwotnego. Strasznie nieusłuchane te kłaki. Nie mam do nich siły. Jeśli chcą fruwać na wszystkie strony, to ja im wolności ograniczać nie będę.


 

01

 


Myślę, że prawdziwy że Balian z Ibelinu, czyli postać historyczna, której oddano hołd filmem „Królestwo niebieskie” i później przekuto na figurkę, nie nosił aż tak długich włosów, no i nie był młodzieniaszkiem o pyszczku zatroskanego yorkshire terriera, ale że do dziś zachowało się niewiele jego podobizn, więc i tak nie da się tego sprawdzić.

 

01

 

* * *

 

01

 

* * *

 

01

 

„*” Dość oczywista odpowiedź na tak postawione pytanie brzmi: „Byliby bardzo przystojnymi golasami”