Prawo dżungli

Święta Wielkanocne, a także poprzedzający je okres przedświąteczny, wiążą się z ogólnospołeczną psychozą, zwaną „SZAŁ ZAKUPOWY”. Świecka tradycja, sięgająca korzeniami Polski szlacheckiej, każe okres wielkich uroczystości przeżywać jak najpełniej i … najbogaciej. Przysłowie „zastaw się a postaw się” jest w narodzie ciągle żywe. Hojnie nakryty stół wielkanocny, uginający się pod samodzielnie przygotowanymi smakowitościami, to najbardziej i najdłużej oblegane w Niedzielę Zmartwychwstania miejsce. Trudno się dziwić, wszak po długim okresie Wielkiego Postu zgłodniałe i wyjałowione żołądki domagają się treściwych i fantazyjnie podanych potraw. Zanim jednak bigosy, gołąbki, sałatki warzywne i serniki wyjadą triumfalnie na śnieżnobiałe obrusy, by dać się schrupać armii żarłoków, trzeba udać się, po potrzebne do ich sporządzenie ingrediencje do hipermarketu, na targowisko, lub w inne miejsce, obfitujące w potrzebne składniki. I tu zaczyna się kłopot, ponieważ w okresie przedświątecznym sklepy i bazarki oblegane są przez hordy Hunów, to jest dzikich i wściekłych klientów. Uzbrojeni w ciężkie, sklepowe wózki, twarde łokcie i z widmem krwawego obłędu w oczach cisną się ludzie tam, gdzie najsmaczniej i najtaniej. Nierzadko dążą do upatrzonego celu „po trupach”. Aby zdobyć ostatnią puszkę brzoskwiń w syropie, która jakimś cudem uchowała się na sklepowej półce, łagodne i uprzejme na co dzień staruszki zmieniają się w rozjuszone lwice, gotowe ukatrupić laską każdego, kto stanie im na drodze do zdobyczy. Sympatyczni gentlemani, z galanterią przepuszczający niewiasty w drzwiach, zdenerwowani długimi kolejkami starają wpychać się na początek „ogonków”, czym doprowadzają do histerii stateczne matki z dziećmi w wózkach, które wznosząc oczy ku górze, jakby wzywając Boga na świadka swojej krzywdy, wykrzykują w świętym oburzeniu magiczną frazę „Pan tu nie stał!”. W sklepowym mikrokosmosie rządzi jednak prawo dżungli – do najlepszych produktów dorwie się ten, kto ma najszybsze nogi, najtwardsze łokcie i nie ogląda się na „konkurencję”. Zgroza to straszliwa, ale cóż zrobić, przedświąteczny szał rządzi się swoimi prawami.



Święta, mające wyzwalać w ludziach ciepło serc, radość i miłość bliźniego, w przepełnionych hipermarketach przyjmują jakieś monstrualne i groteskowe formy. Na szczęście szaleństwo kończy się w momencie, gdy objuczeni wszelkimi (potrzebnymi i niepotrzebnymi) dobrami, śpieszymy triumfalnie do domów. Myślę, że po zakończeniu zakupów ogarniają nas uczucia podobne do tych, które żywili prehistoryczni myśliwi, gdy wracali z udanego polowania. Mając w domu wszystkie (czy aby na pewno?) potrzebne składniki, możemy w końcu, w spokoju ducha, poświęcić się przygotowaniu wielkiego obżarstwa, wspominanego jeszcze wiele dni po jego zakończeniu (ach, te mamine gołąbki!).


 

A gdy święta się kończą, można z łezką w oku powspominać wspaniałości wielkanocnego stołu, zapomnieć o stresie, związanym z ich przygotowaniem i zacząć myśleć o skutecznym odchudzaniu po wielkanocnym obżarstwie 🙂 


– – –


Żeby oderwać Was od okołoświątecznych klimatów, zapraszam do tyciej, tyciutkiej, barbioszkowej galerii, w której pozwalam sobie przedstawić sympatyczną, plażową P.J. Niech ta opalona, lalkowa dzieweczka, skieruje Wasze myśli ku lecie, wieczorom spędzonym nad morzem lub jeziorem i leniwemu odpoczynkowi w promieniach słońca. Wszak lato – już niedługo 🙂

 


Obiecuję, że po Wielkiej Nocy uzupełnię fotosesję P.J. większą ilością fotografii o lepszej jakości. Słowo harcerza!*


 

1

 

2

 

A na koniec jeszcze – życzenia. Niech Wam, mili blogopisacze i blogoczytacze, święta przyniosą wiele radości, spokoju, uśmiechu i miłości w rodzinnej atmosferze. Wesołego Alleluja!


 

* – nigdy nie byłam w harcerstwie ;P 

Dodaj komentarz