
Zdjęcie pobrano z serwisu BBC news
Zaczęło się od filmu, który niespecjalnie mi się podobał – „Sweeney Todd, demoniczny golibroda z Fleet Street”. Do kina poszłam skuszona nazwiskiem reżysera (Tim Burton) i obsadą (Johnny Depp, Helena Bohnam-Carter, Alan Rickaman). Z seansu wychodziłam znudzona. Film rozczarował mnie pomimo pięknej oprawy wizualnej i dość sprawnie poprowadzonej fabuły, która, nawiasem mówiąc, bardzo różni się od prawdziwej historii mordercy znanego jako Sweeney Todd.
O filmie byłabym szybko zapomniała, gdyby nie przypadkowy zakup w second handzie. Do sklepów z używaną odzieżą chodzę zasadniczo w dwóch celach: w poszukiwaniu lalek i płyt DVD. Te drugie, sprowadzane zza granicy, można kupić za bezcen (w granicach 3 zł za sztukę). Klienci ciucholandów zazwyczaj się nimi nie interesują, z powodu braku polskiego lektora i napisów. Dla mnie taki brak jest bardzo pożądany, bo lubię oglądać filmy w oryginale. W ten sposób można się nauczyć wielu nowych słów i osłuchać z ich brzmieniem.
Kupiony w tanim Armanim film obejrzałam w domu z rodziną. Uznaliśmy wspólnie, że raczej do niego ponownie nie wrócimy, ale że fajnie byłoby mieć podobiznę głównego bohatera, granego przez Johnny’ego Deppa. O tym, że jest ona dostępna na rynku dobrze wiedziałam – od jakiegoś czasu namiętnie przeglądałam stronę słynnego producenta figurek, firmy „Hot Toys”. Sweeney Todd „był na składzie”. Cena, niestety, była dość słona. Od czego jednak są dodatkowe prace zlecone? Jak się chce zdobyć wymarzoną lalkę lub figurkę, to jest to silna motywacja do dodatkowego wysiłku, mierzonego w złotych polskich. No i stało się – Sweeney od jakiegoś czasu mieszka u mnie.
Nadejście figurki było momentem bardzo radosnym, ale i kłopotliwym. Sweeney został przesłany do mojego biura, zapakowany w OGROMNE pudło, które jakoś trzeba było przetransportować do domu. Biorąc pod uwagę fakt, że do pracy samochodem jeżdżę bardzo rzadko, to dowiezienie upragnionej zabawki do własnego mieszkania, w godzinach szczytu, w zapchanym autobusie, było wyjątkowo niewygodne i nieprzyjemne.
Za to powitanie nowego lokatora „w domowych pieleszach” odbyło się w tempie ekspresowym. Ciach! – otworzyło się pudełko, ciach! – na podłogę poleciały chroniące Sweeneya plastikowe okrywacze i mój wymarzony lalek (figurek?) był w końcu wolny! 🙂
Chęć obejrzenia go z bliska była zbyt silna, by dokumentować poszczególne etapy wyjmowania z pudła, dlatego w dzisiejszej notce zaprezentuję zdjęcia, które zrobiłam „na szybko”, dla zaspokojenia wewnętrznej potrzeby uwiecznienia demonicznego golibrody na fotografiach. Regularna recenzja figurki, w której postaram się zaprezentować wszystkie plusy i minusy produktu, pojawi się w kolejnym wpisie. Chwilowo nie umiem za bardzo skupić się na szczegółach i dodatkach do Sweeneya – chyba za bardzo cieszę się z niego samego 🙂

W tle Sweeneya – płyta DVD która popchnęła mnie do zakupu. Filmu już więcej nie obejrzę, ale chyba zostanie na półce ze względu na zaawansowane instynkty chomikowania.


Nic na to nie poradzę, szaleję za tą twarzą. Johnny Depp w każdej wersji jest piękny. Także tej „demonicznej”.


„Ja jestem brzytwiarz, a to jest moja brzytwa!” – kojarzycie cytat? Na pewno kojarzycie 😀

Szkoda, że współcześni panowie nie noszą na co dzień tak fajnych, klimatycznych ubrań i … fryzur 🙂

Sweeney znalazł dość szybko kolegę, który zechciał wysłuchać jego opowieści o utraconej rodzinie. I jakoś tak wyszło, że panowie się zakumplowali. O ile znam swojego wewnętrznego zboczeńca, to w przyszłości będzie między nimi gorąco, o czym zawczasu przestrzegam 😀
Analizując swoją reakcję na przybycie Sweeneya muszę stwierdzić, że dość mocno zaraziłam się hot-toysowym wirusem. Planuję w przyszłości zdobyć jeszcze kilka figurek, które mnie uwiodły. Bardzo szybko się to nie stanie, bo najpierw trzeba złapać jakieś prace zlecone, żeby zarobić na kolejne wariactwa i szaleństwa, a ja jednak jestem leń 😛