Pseudo Poppy z Chin

Odkąd dowiedziałam się, że w dalekiej Rosji i Ukrainie można bez problemu kupić sobie chińskiego klonika Poppy Parker, zapłonęłam nieugaszoną chęcią zdobycia takiej podróbki. Nie przeczę, że podobają mi się oryginalne Poppy od Integrity Toys, ale bądźmy szczerzy – nie na tyle, żeby co jakiś czas sprowadzać sobie nową do domu. Zauroczenia tymi lalkami starczyło mi na pojedynczy zakup; więcej oryginałów raczej już u mnie nie zamieszka, no chyba że producent zaoferuje lalkę o takiej urodzie, że równocześnie kwiknę, zalśnię i skoczę potrójnego tulupa na lodzie, co wydaje się mało prawdopodobne. Na razie z przekonaniem mruczę sobie pod nosem: „Sorry, Poppy! Tyś piękna i seksowna, ale ja z tych, co lecą na twoje kopie, takie ja ta, którą widać na poniższym obrazku.”


 

1

 

 

Klonik przyleciał z Ukrainy, gdzie podrabiane Popki bez problemu da się dostać w sklepach zabawkowych. W ogóle Rosjanie i ludy ościenne mają w porównaniu z Polakami dużo lepszy dostęp do fajnych i niedrogich chińskich lalek, co świetnie widać na forum Dollplanet.ru. Tymczasem w Polsce – stara bida; nowości dochodzą do nas z opóźnieniem, a fajne starocie trzeba zdobywać zza granicy za gruby piniądz. Gdy pomyśleć, że w Stanach, to, o co u nas ludzie biją się na noże, można bez problemu dostać w second handach, to robi się przykro 😦


Ale, ale – takiej podróbkowej Poppy nie widziałam u żadnego z amerykańskich kolekcjonerów, więc może lalkowi koledzy zza wielkiej wody też mają czego nam pozazdrościć.


Laleczkę wyprodukowała firma „Shantou City Big Three Toys Co. Ltd.”, która ma w swojej ofercie mydło i powidło – podrabiane ubrania, podrabiane zegarki, podrabiane zabawki i wiele elektronicznych duperelków, które można sobie obejrzeć na jej stronie internetowej: https://www.hktdc.com/manufacturers-suppliers/Shantou-City-Big-Tree-Toys-Co-Ltd/en/1X051O7T/. Pseudo Poppy pojawiła się u tego sprzedawcy tylko raz – w 2017 roku. Po wyjściu pierwszego nakładu z magazynów firma nie zdecydowała się wypuścić drugiej serii.


 

1

 

* * *

 

00

 

Napis na pudełku pseudo-Poppy głosi: „Jakaż to pikna lalka. Ma pikne oczy, pikny uśmiech i nosi pikne ubranko. Olaboga, cóż to za modnisia! Da ci szczęście, prawie takie jak zamęście.” W angielskim tekście roi się od błędów gramatycznych (tak jak i w moim tłumaczeniu), ale przekaz jest czytelny – kupujta ludzie, cuda w tej budzie 😛


Zapudełkowana Poppy prezentuje się całkiem znośnie, a nawet, śmiem rzec, wygląda lepiej niż większość lalek z budżetowych serii od renomowanych producentów (Mattel, Simba). To pozytywne wrażenie utrzymuje się do momentu otwarcia trumienki; potem pryska jak złoty sen (ale na początek dam kilka ciepłych słów, żeby nie było, że to wszystko kłaka z psiego ogona niewarte).


Ubranko Poppy, choć przeładowane i eleganckie na sposób, który spodobałby się leciwym wielbicielom serialu „Dynastia” zostało uszyte solidnie i nie wywołuje okrzyków zgrozy, ani lamentów nad swoją jakością. Trudno w jego przypadku mówić o jakiejkolwiek porównywalności ze strojami Integrity Toys, ale jak na klona, to jest to klasa premium.


Miłe zaskoczenie przeżyłam badając stan włosów lalki. Co prawda fryzura nie poraża gęstością, ale włosów starcza, by zakryć główkę, tak więc z tyłu nie widać żadnych prześwitów. Włosy są miękkie i dobrze poddają się czesaniu – po kilkunastu przeciągnięciach grzebieniem nie zrobiła się z nich watolina i wygląda na to, że mają realną szansę, by z sukcesem poddać się wrzątkowaniu.


Największe wrażenie robi, oczywiście, twarzyczka lalki. Choć pozbawiona doklejonych rzęs i ozdobiona prostym graficznie makijażem, to jednak przejawia wszystkie cechy, które tak kuszą w przypadku oryginalnych Poppy. Jest tu i wyniosłość ślicznej, niedostępnej panienki i pogardliwe spojrzenie Milady (femme fatale trzech muszkieterów) i cukierkowy, modliszkowaty dziobek.



3

 

* * *


4

 

* * *

 

 5

 

* * *


7

 

* * *


5

 

* * *


8

 

 

Pierwsze skrzywienie gęby dopada człowieka w momencie, gdy zda sobie sprawę, że ma przed sobą nieruchawca. Chiński producent nie bardzo przyłożył się do pracy i poza twarzyczką, ściągniętą od Integrity Toys, nie skopiował zginalnego ciała. Co więcej, poszedł po bandzie i umieścił urodziwą, popkową główkę na patykonogim korpusie.


Kolejny powód do zgorszenia jest taki, że niektóre elementy garderoby (rękawiczka na prawej dłoni) zostały przyklejone do ciała, co nie pozwala na ich bezpieczne, bezurazowe zdjęcie. Takiej niespodzianki kompletnie nie przewidziałam i kiedy zobaczyłam jak wygląda „naga prawda”, to aż zatrzęsło mnie ze złości. Jak można robić takie świństwo napalonemu klientowi?

 


9

 

 

Po rozebraniu lalki stało się oczywiste, że wymaga ona zmiany ciała, bo oryginalny korpus jest nienaturalnie wychudzony, pozbawiony odpowiednich proporcji oraz zeszpecony doklejonym fragmentem garderoby. Kupując niby-Poppy trzeba więc mieć świadomość, że z całej lalki, którą chcielibyśmy się cieszyć, do czegokolwiek nadaje się tylko główka, ubranko i akcesoria. O ciało musimy zatroszczyć się sami. Dla pocieszenia podpowiem, że pseudo-Poppy dobrze odnajduje się na korpusie matellowskiej Barbie MtM

 

 

10

 

* * *


11

 

 

Na koniec zastanówmy się, czy zakup takiego klonika jest opłacalny. Cena lalki na eBayu wynosiła 30 dolarów amerykańskich, przesyłka 16 dolarów. Jeśli doliczyć do tego wartość ciała MtM – około 100 zł, to łączna kwota przekrocza 200 złotych, a więc okazuje się niepokojąco wysoka. Jednak w porównaniu z oryginalnymi Poppy, których ceny zaczynają się w granicach nie akceptowanych przez mój portfel, kloniki są bardzo przystępne. Podsumowując, uznaję swój zakup za udany, tym bardziej, że uzurpatorka przypadła mi do gustu 🙂



12

 

Nowy Rok zaczął się w odcieniach czerwieni

Moim pierwszym, lalkowym zakupem w 2019 roku jest lalka noworoczna – Japanese New Year Barbie. W planach była, jak zwykle, zupełnie inna laleczka, ale przypadek zrządził, że na jej miejsce wskoczyła hoża Japonka 🙂




01

 

 

Nie byłam w stanie zostawić jej w stanie NRFB. Nie stać mnie na takie bohaterstwo w stosunku do fajnych lalek. Dlatego od razu po odebraniu przesyłki z rąk listonosza umniejszyłam wartość kolekcjonerską Barbie i wyszabrowałam ją z pudła. Swojego czynu zupełnie nie żałuję i nie będę ze skruchą bić się w piersi, ani posypywać głowy popiołem, zwłaszcza, że pudełko, jako ekspozytor, sprawdza się „tak se”.

 

 

02

 

 

Japońskie klimaty to niekoniecznie mój konik i chleb powszedni. Owszem, dawno temu interesowałam się krajem kwitnącej wiśni i jego kulturą, ale z czasem moja sympatia skurczyła się do mangi i anime, sushi oraz literatury. Dokonajmy jej szybkiego przeglądu:  „Gejsza z Gion” – Mineko Iwasaki, „Milczenie” – Endō Shūsaku, „Ballada o Narayamie” – praca zbiorowa, „Ring” – Koji Suzuki. Ot, tyle. Z tyłu głowy kręci mi się jeszcze „Shogun” Jamesa Clavella i cykl „Po słowiczej podłodze” Lian Hearn, ale to już książki zachodnich autorów. Nie brak w nich informacji o japońskiej kulturze, ale to wiadomości z drugiej ręki, przefiltrowane przez umysły ludzi żyjących na innej półkuli.


 

03

 

Noworoczna Barbie wpisuje się zgrabnie w zestaw lalek, kierowanych na rynek japoński, którego klasyczna blondynka z szerokim uśmiechem superstara nigdy nie przejęła w niepodzielne władanie. W pierwszych latach istnienia firmy Mattel na japońskim rynku statystyki sprzedażowe brutalnie wykazały, że to, co świetnie sprzedaje się na zachodzie na wyspach traktowane jest po macoszemu. Małe japońskie dziewczynki wcale nie oszalały na punkcie błękitnookiej lalki z wielkim biustem, przedkładając nad nią laleczki rodzimych producentów, nie epatujące ani przesadnym makijażem, ani nachalnym seksapilem. Lalki, ukochane przez dzieciaki były za to kawaii – śliczne, delikatne, młodziutkie i wielkookie.

 

 

04


Otrząsnąwszy się po pierwszych niepowodzeniach Mattel zmienił taktykę, kierując na wschodni rynek lalki dostosowane do przyzwyczajeń tutejszych nabywców – Barbie złagodniały, ich twarzyczki nabrały okrągłych kształtów, makijaż wysubtelniał, zaś ubranka nabrały finezji. Co ciekawe, producent na jakiś czas wycofał z japońskich sklepów lalki o ciemnej  karnacji – okazało się, że Japończycy nie uznawali „afrykańskiego piękna”, tak więc ciemnoskóre Barbie były dla nich po prostu brzydkie i miały niewielu nabywców. Mam wrażenie, że Mattel rozszerzył tę taktykę i na nasz kraj, gdzie pokutuje ona do dziś – często nie dojeżdżają do nas egzotyczne Barbie, bez problemu dostępne w innych krajach.

 

 

5

 

 

6

 

 

Noworoczna barbioszka kojarzy mi się bardzo silnie z disneyowską Śnieżką. Blada twarzyczka, ciemne włosy i czerwone usta to bardzo charakterystyczne atrybuty bajkowej księżniczki. Aby wrażenie było całkowite warto byłoby dołączyć do niej siedmiu gnomów-samurajów, z którymi egzotyczna Śnieżka mogłaby mieszkać po ucieczce od paskudnej macochy 🙂


 

7

Szkot

Po zdobyciu „pięknego Lukasa” obiecałam sobie, że na dłuższy czas odłożę zakupy dotyczące lalek od Integrity Toys. Oczywiście chłonęłam chciwym okiem wszystkie nowe oferty tej firmy, ale trzymałam portfel zamknięty na trzy spusty. Do czasu, bo portfel jest jak kwiatek i żeby żyć, musi się w stosownych chwilach rozchylić. Zegar tykał, minęło jakieś pół roku, a ja po sześciu miesiącach odwyku znów beznadziejnie zafiksowałam się na lalce od IT i to lalce niezwykłej, bo jedynej w swoim rodzaju, czyli OOAK’u.


 

01


 

Z OOAKami sprawa zawsze jest płynna, bo wiadomo, że jak się nie kupi tego konkretnego, to raczej nie ma szans, aby zdobyć coś na jego obraz i podobieństwo. Wszyscy znamy dobrze te przypadki, kiedy migiem trzeba się zdecydować na „wóz albo przewóz!”. Chcąc złapać okazję za nogi musiałam przygotować się na ewentualność dalszego zaciskania pasa i odżywiania się światłem z lodówki. No, może aż tak źle nie było, ale by pokryć dziurę finansową, musiałam usunąć z domu kilka lubianych płyt i książek. To trochę przykre, ale bez poświęceń po prostu nie mogło się obyć. „Nic to!”, rzekłam sobie jako rzekł był nieustraszony Michał Wołodyjowski przed wysadzeniem w powietrze twierdzy w Kamieńcu Podolskim, zanim detonacja materiałów wybuchowych nie urwała mu nóżek i rączek, nie zrobiła z mózgu rozchlapującej się po kątach galarety i nie przemieliła go na krwawy kotlet. 


 

2

 

 

„Archer” (w oryginale znany jako Ace McFly), został scustomizowany przez amerykańskiego artystę, kryjącego się pod pseudonimem KMIRO.J.K. Co druga osoba, która już miała go w rękach, twierdzi, że Archie wygląda zupełnie jak młody Ridge Forrester z „Mody na sukces”, czego przy zakupie nie raczyłam zauważyć, bo nigdy serialu nie oglądałam. To znaczy – wiem jak wygląda Ridge Forrester, ale kim był w świecie „Mody” i w którym kierunku potoczyły się jego losy, to już zbyt rozległy zakres wiedzy dla mojego malutkiego móżdżku 😛


 

Tu pozwolę sobie pokazać Wam jak wyglądał Archer prosto z taśmy produkcyjnej Integrity Toys. UWAGA! Poniższe zdjęcie nie należy do mnie, autorem jest Gulya, która zezwoliła mi na jego wykorzystanie. Proszę, odwiedźcie jej konto – www.flickr.com/photos/98505944@N03/


 

Photo courtesy of Gulya

 

 

 

Customizowany Archer wygląda na tle moich pozostałych lalków od IT dość egzotycznie. Nigdy dotąd nie patrzyłam na swoją gromadkę krytycznym okiem, ale wraz z przyjazdem nowego chłopa zaczęłam odbierać tę dryblasowatą grupkę z większą dozą krytycyzmu. Nie przekroczyłam jeszcze granicy, za którą nietknięci ręką artysty-repaintera panowie od IT staliby się dla mnie zbędni, ale przyznaję, że jestem już blisko jej naruszenia. Mam wrażenie, że fabryczni lalkowie są dziwnie bladzi w stosunku do przemalowanego przystojniaka i po prostu do niego nie przystają.



 

1

 

 

Archer wprost atakuje swoją urodą. Ja właściwie nie wiem, czy to jest legalne, że ona taki ładny, wymuskany i gładki na pysku. KMIRO.J.K na bank wiedział co robi, kiedy dawał mu te wilgotne, niebieskie oczy z długimi rzęsami. Łapał jakiegoś łosia, co się na niego połaszczy, no i złapał mnie. Ja akurat z tych, co wgapiają się i ślinią na widok wysokich, szczupłych brunetów o szerokiej szczęce, więc „wzięło mnie” i to konkretnie. Nie chcę powiedzieć, że od taj pory zacznę dyskryminować blondynów, rudych i białowłosych, ale prawdą jest, że przez ostatnie dni spozieram ku nim z mniejszym entuzjazmem.



Skoro lalek wydaje mi się najzupełniej wyjątkowy, a zjechał na włości nago, musiałam wystarać się o wyjątkowy strój, w którym mógłby godnie zaprezentować swoje wdzięki. Chodziło o coś, co by go wyróżniało i jednocześnie wywoływało przyjemne skojarzenia. Marzył mi się, ni mniej, ni więcej, strój Szkota.


 

 

7


 

W realizacji zamysłu pomogła forumowo-blogowa koleżanka – Kamelia, której zdolne dłonie wyczarowały spod igły wymarzoną kreację. Dzięki jej talentowi mogę cieszyć się pierwszym lalkowym chłopakiem, który bez żenady zakłada spódnicę i uważa, że jest mu w niej bardzo do twarzy 🙂


 

8

 

 

* * *

 

 

5

 

Magiczne kule wieszczą, że w tegorocznych czereśniach będą robaki.

Baza kloników

W zeszłym roku bardzo głęboko zakiełkował we mnie pomysł na stworzenie galerii kloników. Ile razy nie przeszukiwałabym sieci, to takiego miejsca, gdzie można byłoby rozpoznać laleczki „no name”, dostępne w naszej strefie klimatycznej w latach 70-tych i 80-tych, nie było. Mam w domu kilka książek o lalkach, ale książki mają tę wadę, że ich przeszukiwanie jest czasochłonne, no i zawarte w nich wiadomości się nie aktualizują. Zatem zapadła decyzja – spróbuję stworzyć takie miejsce sama.


 

Oczywiście łatwo jest rzucić hasło: „Zrobię to!”, a jak przyjdzie co do czego, to robi się pod górkę. Zanim jeszcze porządnie zastanowiłam się nad planem działania, narodziła się we mnie gromada pytań, na które nie umiem sobie sama odpowiedzieć, bo co i rusz przychodzi do głowy inne rozwiązanie. Dlatego, idąc na łatwiznę, podzielę się tymi pytaniami z Wami, licząc na odzew i podpowiedzi:


1. W jakiej formie opracować taką bazę? W formie autonomicznej strony internetowej czy też poprzez dołączenie się do jakiejś bazy już istniejącej? To drugie oznacza dostosowanie się do reguł tej istniejącej już strony, ale jestem w stanie się na to zgodzić. Jednak swoja własna strona mocno kusi – tu mogę poszaleć z układem i wszystko samodzielnie zaprojektować. Jak myślicie – które rozwiązanie lepsze? Które będzie bardziej przystępne dla potencjalnego użytkownika?


2. W jakiej formie podawać wiadomości na takiej stronie? Encyklopedycznie, czyli poprzez komasowanie wszystkiego co wiem i uda się wyszperać w sieci? A może ograniczyć się do podstawowych informacji i linkować odpowiednie strony www (które mają tendencję do znikania, co może wpływać na utrupienie części informacji)?


3. Zdjęcia. Wiadomo, że pomimo sporej liczby kloników w domu nie dysponuję wszystkimi, które chciałabym opisać. Dlatego ściągając zdjęcia (np. z eBaya) pytam właścicieli o możliwość ich użycia. Do tej pory nikt mi nie odmówił. Czy mogłabym także udać się „po prośbie” do Was?


 

4. Jak opisywać i katalogować laleczki, o których zupełnie nic nie wiadomo (nie jest znana ich nazwa, nie zachowało się opakowanie, nikt ich nie kojarzy). Oczywiście przewiduję dział N/N (no name), ale w związku z tym, że może się on rozrosnąć, fajnie byłoby dzielić kloniki pod względem jakichś cech. Tylko jakich? Kształt głowy? Typ ust (otwarte/zamknięte), typ ciała? Jak myślicie?


5. W jakim języku prowadzić taką bazę. Ja skłaniam się ku językowi angielskiemu, ale może rozsądniej będzie robić to w dwóch językach: i po angielsku i po polsku? Nie chciałabym stworzyć bariery dla potencjalnych użytkowników bazy, ale z drugiej strony – język angielski jest dziś powszechnie w użyciu. Uchhh, potrzebne mi podpowiedzi!


 

6. Współpracownicy. Jestem świadoma, że sama takiego projektu nie uciągnę w pojedynkę. Dlatego chciałabym spytać, czy ktoś z Was nie chciałby się do niego dołączyć? Wielu z nas ma gotowy materiał – na przykład w formie notek i zdjęć na blogu, które wystarczy tylko przetłumaczyć. Tu mam trochę wątpliwości, bo zdaje sobie sprawę, że pytam o owoce Waszej pracy, ale może jednak kogoś by to zainteresowało?

 

 

Takie to właśnie problemy objawiły mi się w nowym roku. Będę bardzo wdzięczna za wszelką pomoc i podpowiedzi w temacie. Mam nadzieję, że za bardzo Was nie zanudziłam tym bezfotkowym wpisem 🙂



Impostor

Wiadoma to rzecz, że najlepszą bazą rozpoznawczą mattelowskich lalek jest serwis https://vk.com/albums-29352952. Lalki są w nim podzielone ze względu na typ (mold) twarzyczki, a w obrębie poszczególnych typów posegregowane w oparciu o ilość dolnych rzęs. Jeśli nie jestem w stanie samodzielnie dojść, co za Barbie do mnie trafiła, bez wahania kieruję się ku zasobom tej przebogatej wyszukiwarki.


 

Właśnie tak zrobiłabym, gdybym nie była pewna, że poniższa laleczka, wyglądem sugerująca bliskie pokrewieństwo z mattelowskimi tworami spod znaku Kayla/Lea, jest klonikiem. Pewność tę mam dlatego, że sama ją kupiłam w popularnym sklepie wielobranżowym „Kaufland”. Lalka zapakowana była w pudełko oznaczone nazwą „Balowa księżniczka” i kosztowała 29,99 zł. Opis na opakowaniu jasno wskazywał producenta z Chin.


 

1

 * * *

 

1

 

Kauflandowa seria „Balowa księżniczka” miała dwa typy lalek do zaoferowania – były to laleczki o ciemnej i jasnej karnacji. Zdecydowanie bardziej spodobały mi się te pierwsze. Blondynki  kopiowały mold, który najpełniej przejawił się u lalek „Sporty” z najwcześniejszych serii Fashionistas. Choć nie były brzydkie i dałoby się wybrać wśród nich interesujący egzemplarz, to moja niska wydolność finansowa pozwoliła mi zapakować do koszyka wyłącznie brunetkę.


Choć nie zrobiłam w sklepie zdjęcia blondynki, mogę pokazać Wam, jak mniej – więcej ona wyglądała, posługując się fotografią z sieci, przedstawiającą laleczkę z serii „Kaibibi”. Nie mam żadnych wątpliwości, że lalki dostępne w Kauflandzie były z nią bardzo blisko spokrewnione i różniły się wyłącznie nazwą importera oraz opakowaniem, które dopracowano tak, by odpowiadało potrzebom polskiego konsumenta.


 

1

 

Moja wybranka, którą zabrałam do domu, wygląda natomiast tak:

 

 

1

 

 

Twarzyczka przenosi wszystkie charakterystyczne cechy oryginalnej Barbie (Kayli/Lei). Myślę, że mogła nawet wyjść z matellowskiej matrycy. Ciało lalki to standardowe „belly button”, choć, oczywiście, brakuje na nim logo „Mattel”, no i jest całkowicie niezginalne – ręce, nogi i korpus wykonano z twardego plastiku. Mimo to, po przebraniu w dobre jakościowo ciuszki, żółtooki klonik bez problemu wtopiłby się w gromadę „Barbiów”.


Szczegółem, który najszybciej zdradza tajemnicę pochodzenia lalki „z nieprawego łoża”, są nietypowe elementy makijażu, czyli „włochate” brwi i „kocie” oczy z intensywnie żółtą tęczówką, zerkające na lewo, obwiedzione bardzo wyraźną, czarną kreską. Można by rzec, że lalka dostała oczy w konwencji wieczorowej. Oryginalne, mattelowskie Kayle/Lee rzadko są tak drapieżnie umalowane – nawet jeśli do wnętrza ich oka zostaje wprowadzony czarny kontur, to jest on znacznie subtelniejszy. Widocznie przedsiębiorczy Chińczyk nie bawił się w delikatności i dość mocno dociskał pędzel. Summa summarum wcale mu to źle nie wyszło 🙂


 

1


Oryginalną sukienka balowej księżniczki zdjęłam właściwie od razu. O ile dość dobrze wyglądała zza szybki pudełka, to po wyjęciu lalki z tekturki bezwstydnie ujawniła brak fasonu i tendencję do workowatości. Jeśli pracował nad nią jakiś designer – to jego wkład skończył się na etapie projektowania stroju, bo krawcowe, które go szyły, nie wykazały się nadmierną starannością. Moja lalka na pewno nie będzie chodzić w tej łososiowej bezie, która nieziemsko ją pogrubia i podkreśla nieistniejące mankamenty figury. Na moich zdjęciach lalka prezentuje się już przebrana w strój od My Scene. Nie jest to jej docelowe ubranko, ale chwilowo nie udało mi się dobrać nic innego.

 

 

1


Wraz z sukienką do wora z nieużywanymi akcesoriami powędrowały także kolczyki. Dzięki koleżance z forum (Reiha), wiem, że są to kolczyki wzorowane na ozdobach, które nosiła w uszach Operetta, ta w sukience w pajęczyny.


Z oryginalnych przydasiów zostawiłam na lalce tylko buciki. Są zgrabnie odlane i dobrze wyglądają na nóżce. Cała reszta oryginalnego stroju czeka na lepsze czasy 🙂

 

Z ciekawostek – w pudełku lalki znajduje się stojak. Także sklonowany – źródłem inspiracji, tak jak w przypadku kolczyków, były dodatki do lalek Monster High. Tym samym lalka i podstawka mają się do siebie jak słoniowa noga do trzewika – jedno w drugie się nie zmieści, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.


 

1

 

Kończąc wpis pozostawię Was ze zdjęciami pudełka. Jeden z napisów na jego boczkach dziwnie przypomina słynną frazę z bardzo nadużywanej piosenki Maryli Rodowicz. To taki malutki, polski akcent na produkcie, który został powołany do życia w Chinach.  Drobna rzecz, a cieszy, prawda? 🙂


 

1

 

* * *

 1

 

* * *

 

1

Prawie Skipper

W porywie szaleństwa, związanego z odrodzeniem się miłości do kloników, ściągnęłam do domu trzy nieznane mi laleczki, co do których byłam przekonana, że to typowe zabawki „no name”. Jedną z nich pochwaliłam się na lalkowej grupie na Facebooku i dzięki błyskawicznej podpowiedzi Lunarh dowiedziałam się, że goszczę u siebie młodszą siostrę Sandy. A byłam święcie przekonana, że to jakiś nieznany klonik, wzorowany na matellowskiej Skipper!


1

 

Na moje oko dziewuszka nie za bardzo pasuje stylistycznie do rodziny Sandy. Poza żywym kolorem ust i bielutkimi włosami nie znajduję więcej punktów łącznych.  A jednak to lalki z jednej taśmy produkcyjnej. Firma „Sum Sum Fashions & Toys Co Ltd”, twórca tych kloników, najwyraźniej podłapywał wzory, gdzie tylko mógł. Nie ukrywam, że jestem mu wdzięczna za tę szczurzą robotę – „zwykłej” Skipper nigdy nie pożądałam, ale już jej kopia w sam raz trafia w moje gusta.

 

1

 

 * * *


1

 

Skoro już mowa o krewniaczce Sandy, to pokażę i ją samą, tym razem w trzech odsłonach, bo od czasu ostatniej notki znów po cichu dokonało się rozmnożenie tych lalek i w tej chwili mieszkają już ze mną trzy panny S.

 

Pierwszą z nich już widzieliście, bo poświęciłam jej oddzielną notkę. Myślę, że zapoczątkowała ona moją dobrą passę w zdobywaniu następnych Sandy. To jedyna moja Sandy, która zachowała swój oryginalny strój i nienaruszone ciało, choć ze względu na potworny kołtun musiałam skrócić jej włosy.

 

1

 

 * * *



1

 

Druga dziewuszka, to inwalidka, która doznała cudownego uzdrowienia dzięki Zurineczce, od której dostałam bezgłowego klonika, którego rączki świetnie zastąpiły smutne sandzine ogryzki. Z nowymi łapkami Sandy nie jest już kaleką i dostąpiła przyjemności dołączenia na półkę do grona sióstr.

 

1

 

 * * *



1

 

Trzecia i ostatnia już Sandy jest wynikiem lalkowej wymiany z Zurineczką. To lalka budżetowa, wykonana z leciutkiego plastiku, tak zwana „wydmuszka”. Z twarzy niczym nie różni się od innych Sandy. Właściwie można powiedzieć, że zachomikowałam trojaczki, z których jednej trochę mniej poszczęściło się w życiu, bo stała daleko w kolejce, kiedy producent rozdawał innym szczęściarom zginalne ciała. W ramach rekompensaty dostałą ode mnie oryginalny, matellowski strój, dzięki któremu może poczuć się jak autentyczna różowa landrynka.

 

1

 

 * * *



1

 

Jeśli kiedyś uśmiechnie się do mnie szczęście, to dołączę do tej malutkiej grupki Sandy z mojego dzieciństwa. Choć należała ona do najtańszych wypustów tej lalki, to w moich oczach nadal jest najpiękniejsza. Udało mi się odszukać w Internecie zdjęcie zapudełkowanej wersji, którą natychmiast pobrałam na dysk i dzięki temu, mogę ją dziś Wam pokazać.

 

1

Zdjęcie jest własnością użytkowniczki forum Dollplanet.ru – Dagmarez (link do oryginału) Mam nadzieję, że nie obrazi się, że użyłam go jako materiału referencyjnego.

 

Tymczasem żegnam się z Wami w towarzystwie małej, srebrnowłosej gromadki i mam nadzieję, że niedługo znów się zobaczymy!

 

1

Prawie jak Jon Kortajarena

Najlepszym wabikiem na lalkozbieracza jest niska cena. Jeśli jest szansa dostać coś za mizerny piniądz, to nabiera się dziwnej lekkości przy wymianie krwawicy na rzeczy, które niekoniecznie są artykułami pierwszej potrzeby i na które, w innych okolicznościach, wcale nie zwróciłoby się uwagi. Bywa i odwrotnie – cena jest brzydka jak grzech śmiertelny, ale lalka tak piękna, że aż zatyka dech w piersiach, a sen odchodzi na tak długo, póki się jej do domu nie ściągnie. 


 

Właśnie tak czułam się, kiedy koleżanka z Flickr ogłosiła sprzedaż jednej ze swoich lalek – Lukasa Mavericka. Czując głęboką, wewnętrzną potrzebę otaczania się pięknymi przedmiotami, ściągnęłam go do siebie czym prędzej, by móc paść oczy jego męską urodą nie tylko za pośrednictwem cudzych zdjęć.



Po świecie krąży wielu różnych Lukasów Mavericków – a wszyscy co do jednego piękni i wyniośli jak  arystokraci, którzy spoglądają potępiająco na współczesną młodzież z głębi pociemniałych portretów, porozwieszanych po różnych galeriach sztuki niewspółczesnej. Znakiem firmowym każdego Lukasa są pogardliwie skrzywione usta i perfekcyjnie wklęsłe kości policzkowe, okalające twarz, która przekracza bariery oswojonej urody.



Lukas Maverick to mój wizualny ideał lalkowego mężczyzny. Zakochałam się w nim w sposób beznadziejny i nieodwracalny, któremu nie umiem dać odporu, bo jego twarz przenosi rysy wyjątkowo urodziwego modela, Jona Kortajareny, będącego z dawien dawna moim fotograficznym idolem. Jeśli nie kojarzycie Jona, to podrzucę dwie małe podpowiedzi: „obrazkową” i „filmową”, które naświetlą o kogo chodzi:



 

Jon


 * * *

 

 


 

 

A tu już swe oblicze ujawnia Lukas:


 

1

 

 

Prawda, że jest bardzo podobny do Jona?




Ze względu na tę charakterystyczną, szczupłą jak u średniowiecznego świątka twarz, jestem w stanie wybaczyć Lukasowi różne wady – na przykład sztywną głowę, której nie da się ani skłonić w przód ani pochylić na bok (Lukas może nią jedynie odmownie kręcić), lub to, że jego włosy wykonano ze sztywnego, niepoddającego się układaniu, materiału. Przymykam oko jeszcze na kilka wad, które skumulowane w innej lalce spowodowałyby u mnie napad wścieklizny: brzydki odcień plastiku, małą ruchomość ciała, drobne wady produkcyjne. W przypadku Lukasa mięknę jednak jak wosk – niech sobie  będzie jaki chce, byleby nigdy nie stracił seksapilu, który wylewa się z każdego centymetra sześciennego jego drobnego ciała.




 

1

 

 

* * *

 

 

1

 

 

* * *


 

1

 

 

 

Mój Lukas pochodzi z dość niepopularnego, dwulalkowego zestawu „Nu Fantasy. Beauty and the beast”. Choć obie lalki wchodzące w jego skład były bardzo urodziwe, to klienci nie  wykupili go na pniu, jak to często bywa z zabawkami od Integrity toys. Myślę, że to dlatego, iż zestaw cechowała pewnego rodzaju wtórność w stosunku do tego, co ludzie już znali. Podwojona cena też na pewno zrobiła swoje. Summa summarum – w internetowej przestrzeni nadal można go bez problemu kupić.


 

Produkt, który nie przyczynił wielkiego honoru firmie Integrity toys, dla mnie, osoby spragnionej JAKIEGOKOLWIEK Lukasa, przedstawiał nader łakomy kąsek. Tak to nieszczęście jednych buduje frajdę drugich 😛


Nie jest mi przykro, że mój Lukas nigdy nie zazna zaszczytu zasiadania w kręgu najbardziej kultowych Lukasów Mavericków wszech czasów. Dla mnie i tak jest zwycięzcą wszelkich możliwych konkursów urody dla plastikowego chłopstwa.




 

1

 

 

* * *


 

1

 

 

* * *

 

 

1

 

 

* * *

 

 

1

 

 

* * *

 

 

1

 

 

Lukas jest dla mnie wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Jak się okazuje, niesie w sobie podobieństwo do jeszcze jednej postaci ze świata kultury, która była i pozostaje moim idolem:


 

1

 

 

* * *


 

1

20 maja – WEEKEND FANÓW LALEK w Warszawie

Szanowni,

Chciałabym przekazać informację o warszawskim spotkaniu lalkolubów, planowanych przez moich Facebookowych znajomych na 20 maja. Poniżej zamieszczam (za zgodą i aprobatą organizatorów) informację o spotkaniu:

Termin: 20 maja, 12:00 – 20:00
Miejsce: Klubokawiarnia Kicia Kocia, Al. Stanów Zjednoczonych 68, Grochów, Warszawa

Garść informacji wstępnych/treść zaproszenia:
Zapraszamy serdecznie wszystkich zainteresowanych i kolekcjonerów na zjazd fanów lalek.
Szczegółowy harmonogram pojawi się na dniach, ale w planach:
– sobotnie spotkanie integracyjne
– pogawędki przy kawie, herbacie i innych napojach
– możliwość wystawienia swoich skarbów by zaprezentować całość lub część swojej kolekcji
– mile widziane osoby szyjące, rerootujące, naprawiające lalki – możliwość zrobienia galerii „przed-po” lub zaprezentowania na lalkach efektów swoich działań
– SKLEPIK i możliwość wymianek! Dla osób chcących sprzedać swoje lalki/akcesoria przeznaczony będzie olbrzymi stół na którym każdy sprzedawca umieści swoje artykuły wraz z cenami (trzeba je samemu przygotować). Ponadto „wesoły koszyczek wymian” – czyli po ustalonym wcześniej kursie 1 do 1 wymiana butów, ubranek, akcesoriów i innych dodatków!

Gdy tylko pojawią się nowe informacje o spotkaniu, zamieszczę je w tym wątku. Tymczasem zapraszam do przemyślenia sprawy i mam nadzieję, że zobaczymy się 20-go!

Momoko

Po rozpakowaniu mattelowskiego zestawu „Jude Deveraux” jęknęłam i posmutniałam jak górnik, któremu żona kazała przed świętem Barbórki wleźć do balii i wyszorować się na glanc ryżową szczotką. Urodziwy pan lalek okazał się o pół głowy niższy od swojej partnerki. Różnica wzrostu uwypukliła się po ustawieniu tej dwójki w witrynie, w związku z czym, chcąc – nie chcąc, rozdzieliłam zakochanych, bo stojąc w parze wyglądali zbyt komicznie. Ona – jasna panienka o delikatności motylka i mlecznej cerze, spoglądająca na swojego napakowanego ukochanego z perspektywy żyrafy i on – konusik, o rozbudowanych ambicjach, potężny wszerz, choć pewnie wolałby wzdłuż.  


Tego, co złączył Mattel, nie powinno się rozdzielać, ale lekce sobie ważę tę zasadę, bo moja krnąbrna natura nie godzi się na zestawianie niekompatybilnych połówek. Nie będę gnębić lalek rażącym niedopasowaniem tylko dlatego, że tak zachciało się producentowi. Wręcz przeciwnie, z dziką rozkoszą rozbiję łańcuch lalkowego zniewolenia, wymieszam lalki między sobą i tak je po kątach poustawiam, że nikt, kto do mnie zawita, nie zgadnie, z jakiego pudełka która pochodzi! Ha!


Lubię wsadzać paluchy w świeżo zaczynione ciasto, mieszać w garnkach i motać wśród lalek. Właśnie dlatego wykluł mi w głowie pomysł ukonstytuowania u boku Raidera Momoko – laleczki w stu procentach odpowiadającej mu wielkością, choć pochodzącej z innego kontynentu i obcego mu kulturowo środowiska (dla przypomnienia, on pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ona – z Japonii). Zastąpiłam jeden dysonans innym dysonansem i bardzo mi z tym dobrze!

 

 

32452052323_9fb16e5b1c_z

 

Momoko to dla mnie lalka nieoczywista pod kątem posiadania i słabo rozpoznawalna „w stadzie”. Jestem perfekcyjnym momokowym profanem – wszystkie Momo wydają mi się identyczne, pomimo różnic w stroju, kolorze włosów i makijażu. To chyba jakiś rodzaj lalkowego daltonizmu, bo kiedy spojrzę na grupę Momoczek – widzę odbitą w kilku egzemplarzach sztampę. Taka lalkowa krótkowzroczność to rzecz dość smutna, ale za to pozwalająca na swojego rodzaju oszczędność – do szczęścia wystarcza mi nie więcej niż jedna taka lalka. Momokowy daltonizm pomógł mi też przy wyborze tej właściwej – po prostu kupiłam pierwszą lepszą, która napatoczyła się w znośnej cenie, bez parcia w kierunku jakiegoś szczególnie wyjątkowego egzemplarza.

 

 

33266687095_3b32c5e86e_z

 

Do Momoko czaiłam się jak pies do jeża, bo przez długi czas odstręczała mnie myśl o jej kruchości. Jak z przekonaniem twierdzą posiadacze tej zabawki, Momo cierpi na zaawansowaną osteoporozę, co najjaskrawiej przejawia się w okolicach kostek u nóg. Są one podatne na złamania i ukruszenia, nawet jeśli lalka jest troskliwie przechowywana w pudełku. Takie informacje nie napawały mnie szaloną chęcią, by przygarnąć jakiegoś potencjalnego połamańca pod swój dach. A jednak zmieniłam zdanie za przyczyną poznanej na OLX warszawskiej kolekcjonerki. Dzięki możliwości odbioru osobistego zdecydowałam się otworzyć serce na chrupką mamzelkę, pomimo tego, że była ruda (nie lubię rudego!) i uszkodzona w okolicach chudej pęcinki.

 

 

32451949023_668029266f_z

 

Nadłamaną nogę Momo udało się dość ładnie skleić i oszlifować, co napełniło moją poczerniałą, psujowatą duszę niemałą dumą.  Aby oszczędzić sobie w przyszłości widoku zaklajstrowanego uszkodzenia zapakowałam Momoczkę w buty za kostkę, aby na wieki zakryć jej wstydliwy sekret.

 

Z ubraniami dla Mo nie było większych problemów – sukienkę odziedziczyła po chudym kloniku Ori princess, a buty po Pullipie. Z garderoby Barbie nie mogła skorzystać – wyślizgiwała się z każdej kiecki i spódnicy. Trochę mi żal, że nie trafiły do mnie jej oryginalne ubranka. Stroje od firmy Sekiguchi są bardzo starannie uszyte (o tak równiutkich ściegach i poprawnych proporcjach ubranek Barbie mogą tylko pomarzyć, nawet te kolekcjonerskie) i w przeciwieństwie do matellowskich łaszków, które bazują na workowatych wykrojach i tanich, połyskliwych, łatwo siepiących się materiałach, wiernie nawiązują do współczesnego stylu modnych ulic. Ktoś stwierdził kiedyś, że cała siła Momoko tkwi w ich strojach. Myślę, że tym stwierdzeniem trafił w samo sedno. Tak ładnych i funkcjonalnych ubranek nie ma żadna inna lalka w skali 11 1/5.

 

 

32883664160_b170fe04e9_z

 

Z twarzy Momoko przypomina mi długonose postaci z książeczek o Muminkach: Włóczykija, Małą Mi i Mimblę, choć zdecydowanie odróżnia się od nich smukłą figurą. Jej buźka jest młodzieńczo pyzata i mangopodobna, a makijaż cechuje daleko idący minimalizm. Szczególnie wyraźnie widać to po oczach, które prostotą przypominają oczka Steffi love. Przyznaję, że trochę mi to przeszkadza, bo lubię lalki o bystrym, „śledzącym za celem” spojrzeniu. Nie mogę się za to nachwalić proporcji jej ciała – laleczka jest filigranowa i szczuplutka, co pozwala jej skryć się z sukcesem w ramionach każdego, każdziuteńkiego Kena. W objęciach Raidera Momo wygląda jak malutki i nieporadny kwiatuszek. Właśnie taka powinna być rozmiarowo jego oryginalna partnerka.

 

 

33266582395_d5251b9cfe_z

 

Momo jest jedyną rezydującą u mnie lalką-nastolatką. Nie mając w sercu miłości do niedorostków nie wlokłam nigdy do domu ani Skipper, ani Stacie ani innych dzieciopodobnych tworów. Momo będzie wyjątkiem na tle moich „starczych” zbiorów. Jedna lolita w stadzie jest w sam raz.

 

 

32883761450_3e9d5e2e88_z

Dwugłowy potwór, co ma w karku otwór

Jako nałogowy przeglądacz okazji na Allegro i Olx oraz łapacz przecen, oferowanych przez internetowe sklepy z zabawkami, muszę ze smutkiem stwierdzić, że w Polsce skończyła się już definitywnie moda na My Scene. Jeszcze do niedawna lalki te można było dostać dosłownie wszędzie – zarówno te pudełkowe jak i używane; obecnie ich zasoby drastycznie się skurczyły. Przeszukiwanie stron z rozszerzeniem „PL” pozwala trafić na pojedyncze egzemplarze z najpopularniejszych serii, ale o tych z „wyższej półki” można zapomnieć. Nie chcę krakać, ale wydaje mi się, że już niedługo Scenki będą kosztowną rzadkością, sprowadzaną z eBaya i innych zagranicznych serwisów.


Przestraszona perspektywą ich całkowitego zniknięcia zadecydowałam o ściągnięciu jednej z Allegro, póki jest to jeszcze możliwe. Zależało mi na egzemplarzu w idealnym stanie, żeby poczuć przez chwilę to, co czuły dzieci, dostając do swoich rąk tak kolorowe i bogato wyposażone lalki. Oczywiście Scenki już do mnie w przeszłości trafiały, ale wszystkie dotkliwie poranione w zabawach z małoletnimi i nagusieńkie, a mnie oprócz lalek zależało na pełnym i niezniszczonym stroju. 


Allegro zaproponowało dwa warianty zapudełkowanych lalek – Scenki z serii „Street art” i „Swappin’ styles”. Padło na tę ostatnią, z powodu osobliwości zestawu, składającego się z ciała oraz dwóch wymiennych główek i dodatkowego ubranka. Pewne znaczenie miało też to, że swappianka otrzymała karnawałowo skrzący się, a więc modny i na czasie, makijaż. Tyle brokatu, ile sypie się z jej (ich?) twarzy, nie widziałam nawet przy odpakowywaniu ozdób choinkowych!


 

1


 1

 

 

1

 

 

1

 

 

Wymienne głowy u matellowskich lalek to lubiany w firmie patent – do tej pory wypuszczono takich dziwadełek kilkanaście, w tym sporą część właśnie w serii „My Scene”. Wielkogłowe dziewczęta eksperymentowały także z rosnącymi ciałami (Growing up glam), zmianą wyrazu twarzy (Fab Faces), a nawet wymiennymi twarzami (Lots of looks). Gdybym miała możliwość, to chętnie przygarnęłabym którąkolwiek laleczkę z każdego z tych wypustów. Pomysły, które za nimi stoją, są jak dotknięcie palcem szalonego boga – na poły przerażają i jednocześnie uwodzą swoją śmiałością.

 

1

 


1


1

 

 

Póki moja lalkowa zbieranina nie została jeszcze skażona obecnością pokazanych wyżej potworów*, mam czas, by nacieszyć się z dwugłowego maszkarona, którego wbrew własnym zasadom nie odczepiłam na razie od macierzystej tekturki. Muszę przyznać, że całkiem ładnie na niej wygląda, pomijając skołtunione od nowości włosy, cisnące się we wszystkie możliwe zakamarki pudełka.

 

W związku z tym, że całkowicie ominął mnie hype na Scenki, dopiero dziś odkrywam, że były to całkiem przyjemne, choć oczywiście kontrowersyjne lalki. Ich przesadzone makijaże i kuse, fikuśne stroje nie raz wywołały internetowe debaty. Nie znam innych lalek, które w czasie, gdy interesowałam się już zabawkami „na poważnie”, siały równe Scenkom zgorszenie. Kontrowersyjność bezspornie przyczyniła się do ich ogromnego sukcesu, zakończonego bolesnym upadkiem i dyskontynuacją linii.

 

Dziś, kiedy wspomnienie ich świetności nieśmiało wystawia głowę z lamusa, na wielkogłowe panienki patrzy się znacznie czulej, a nawet z nutą melancholii. Jakież one miały fantazyjne stroje! Koronki, lateks, kolorowe tasiemki, jeans – wszystkie te materiały były kombinowane w setki odważnych kreacji, do których wzdycha dziś niejeden kolekcjoner, nawet jeśli nie należał do miłośników Scenek.

 

Obdarte ze swoich fantastycznych strojów Scenki nie robią tak potężnego wrażenia jak wersje pudełkowe. Ich ciała widzieliśmy już wiele razy, bo przecież to standardowe, matellowskie kadłubki, na których rezydowały liczne jak szarańcza Barbiowate z innych playlinowych serii.  Scenkowe dziewczęta odróżniały się na ich tle tylko „rozdętymi” główkami o nierealistycznych rysach twarzy i właściwie to tyle, jeśli chodzi o ich „innowacyjność”.

 

Scenkowi panowie (scenarzyści?) mieli więcej szczęścia u projektantów, bo ich wielkie łepetyny nasadzono na odpowiednie rozmiarem ciała, które w dodatku całkiem nieźle się zginały. Nie dziwota, że mieli rwanie u koleżanek – któraż dziewoja nie byłaby oczarowana młodzieńczą twarzą, fryzurą w typie „dziś czesał mnie kot” i silnymi, męskimi ramionami, które bez problemu mogą otoczyć jej kibić?

 

 

1

 

Scenkowie mieli jeszcze jedno przezacne zastosowanie – otóż w sam raz nadawali się na partnerów dla wielkogłowych lalek z przeszłości – Fleur i Sindy bardzo wdzięcznie wyglądają w ich objęciach i wcale nie razi, że takie oblubienice są kilka razy starsze od młodzieńczych Don Juanów.

 

Sindy i Fleur u mnie brak, więc chcąc uchronić jedynego męskiego przedstawiciela scenkowego gatunku od starokawalerstwa … przylutowałam go drucikami go do tekturki, na której przebywa jego dwugłowa połówka, narzucona przez Mattel. Nie uwolniłam jej z oków opakowania, bo mam wrażenie, że nie dam rady znaleźć jej lepszego tła niż złota ściana, na której ją umocowano.

 

Żartowałam 😉 Żadna lalka nie uchowała mi się w pudełku dłużej niż pół dnia. Scenki uwolniłam prawie zaraz po odebraniu paczki z przesyłką od listonosza 🙂

 

 

1

 

 

1


 1

 

 

1

 

 

1

 

 

1

 

 

1

 

 

1

 

 

1

 

 

1

 

Błogosławiony między niewiastami 🙂 Bidul jest zmuszony, by chodzić na podwójne randki z dwoma różnymi wcieleniami tej samej dziewczyny. Doprawdy nie wiem jak sobie z tym radzi psychicznie.

 

* Wszystkie zdjęcia nietypowych Scenek znalazłam i pobrałam z najbardziej chyba znanego scenkowego bloga w Internecie, czyli http://wyscene.blog.cz/