Człowiek się całe życie uczy. Najwięcej przy okazji spotkań z fajnymi ludźmi. No i ja też, bo żaden ze mnie wyjątek. Wczoraj, to jest 22 września, widziałam się ze swojakami w Krakowie. Założenie bylo proste – pojechać i pogadać do wieczora, bo pociąg miałam dopiero po 20-tej. Sęk w tym, że po dojechaniu na miejsce złapał mnie drobny atak paniki i nie dość, że prawie do nikogo gęby nie otworzyłam to i zwiałam przy najbliższej sposobności. Za co bardzo wszystkich obecnych przepraszam, bo ostatnio takie akcje zdarzają mi się dość rzadko. Oczywiście można było „normalnie i po ludzku” wyjaśnić co się dzieje, ale ze mnie taka dupa wołowa, która się po prostu tego diabelnie wstydzi. No bo jak tu nie odczuwać skrepowania w sytuacji, gdy się człowiek cały w środku trzęsie w otoczeniu znajomych, do których sam, z własnej, nieprzymuszonej woli przyjechał. Głupio? No jeszcze jak! Bo po zebraniu wszystkiego do kupy robi się dość absurdalnie.
Mimo wszystko taka sytuacja ma jeden wielki plus – w końcu do głowy aspołecznego pacana dociera zrozumienie, że pewnych sytuacji nie przeskoczy i że wypada uprzedzić ludzi, z których gościnności się korzysta, że jest jakiś problem i że niska komunikatywność nie wynika z niechęci do interlokutorów lubo też ze znudzenia rozmową, tylko z wewnętrznej trzęsawki. Tak to bywa, kiedy ulubioną formą uczestnictwa w spotkaniach jest siedzenie po cichu i przysłuchiwaniu się dialogowi pozstałych, bez konieczności udzielania się. W praktyce oznacza to model typu „cicho-ciemny” (nie widać go, nie słychać, a jest) 😛
No, zrzuciłam z wątroby i ciut mi ulżyło. Mam nadzieję, że sie na mnie nie obraziliście (za bardzo). Następnym razem postaram się wyartykułować co i jak, a nie uciekać jak jakiś głupek.
Zdjęć chwilowo nie mogę zaprezentować bo wcięło mi przedłużkę do komputera, ale jak się zawezmę to znajdę zarazę i wetknę gdzie trzeba, tak więc fotki powinny się jednak pojawić.