Uwaga – będzie Harlequin! Czytać na własną odpowiedzialność! Zdjęć lalkowych – cała jedna sztuka, w dodatku, stara i już znana. Dlatego do czytania zachęcam wyłącznie wytrwałych, niezrażających się knotami w pensjonarskim stylu!
Dawno, dawno temu, w odległej krainie żyli sobie król i królowa. Mieli wielki, bogaty pałac, wokół którego rozpościerał się wspaniały ogród. W skarbcu kryły się ogromne bogactwa, złoto, srebro i szlachetne kamienie. Mimo to król i królowa nie byli szczęśliwi. Choć stanowili zgodną i kochającą się parę do szczęścia brakowało im dziecka. Lata mijały, lecz Pan Bóg nie błogosławił. Małżonkowie utracili nadzieję na potomka. Zamartwiali się więc, że odejdą z tego świata nie zaznawszy radości rodzicielstwa.
Pewnego dnia król wyjechał z drużyną z zamku na objazd włości. Na jego spotkanie wychodzili mieszkańcy mijanych wsi, by podzielić się swoimi problemami, poprosić o pomoc, podziękować za łaski. Było ich wielu, a każdy niósł z sobą swoje małe sprawy. Król starał się każdego wysłuchać, wesprzeć pieniądzem lub dobrym słowem. Ludzie tłoczyli się wokół niego, napierali, wrzeszczeli. Od ich krzyków władcę szybko rozbolała głowa. Mimo to, słuchał swoich poddanych cierpliwie i zapisywał w pamięci ich potrzeby i bolączki.
Pod koniec dnia, gdy zapadł zmierzch, a on był już bardzo zmęczony, powiedział: „Wystarczy! Nie mam już sił! Na dziś już dość!” – i skierował konia ku zamkowi. Rycerze i słudzy z radością pośpieszyli za nim. Wszyscy byli bardzo zdrożeni i marzyli już tylko o spoczynku.
Tuż przed zamkiem poczet natknął się na obszarpaną kobietę. Baba była brudna, śmierdząca, ohydna. Zataczała się. Była pijana, a przez to zuchwała. Gdy król przejeżdżał obok niej zaskrzeczała: – „Wasza wysokość, weź mnie ze sobą do zamku. Będę ci wiernie służyć. Ulituj się nad biedną kobietą, która nie ma się gdzie podziać! Twoja królowa nie chce dać ci dziecka, a ja jestem jeszcze młoda, mogę rodzić! Weź mnie ze sobą, a będę twoja!”
Król tylko wzruszył ramionami i pojechał dalej. Ktoś z jego świty rzucił babie złe słowo. Pijaczka popatrzyła z nienawiścią na oddalających się jeźdźców i krzyknęła za nimi: – „Skoro nie miałeś dla mnie litości, królu, to i ja nie będę jej mieć dla ciebie! Za rok urodzi ci się córka. Będzie ona piękna jak kwiat, ale jej serce będzie martwe jak kamień! Nie zaznasz od niej żadnej pociechy!”. Skoro te złowieszcze słowa przebrzmiały, żebraczka zniknęła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
– „Wiedźma!”, wyszeptali zmrożeni strachem rycerze, „Wiedźma!” – powtórzyli słudzy, a za nimi król. Wszystkich ogarnęło przeczucie zbliżającego się nieszczęścia. Gdy jednak wjechali w cień zamkowej bramy, a w ich nozdrza uderzył zapach smakowitej kolacji, ludzie zapomnieli o zdarzeniu na drodze.
– – –
Przepowiednia tajemniczej żebraczki spełniła się. W dziewięć miesięcy później królowa urodziła córkę. Dziecko rosło, nabierało sił, zakwitało niezwyczajną krasą. Z każdym rokiem uroda dziewczynki stawała się coraz bardziej widoczna. Gdy królewna skończyła siedemnaście lat w żadnym królestwie nie było dziewczęcia, które dorównywało by jej delikatnością rysów czy przymiotami ciała. Wielu młodych ludzi kochało się w niej do szaleństwa, ona jednak pozostawała zimna i nieczuła na ich afekty. Urodziła się bowiem bez serca. Nie rozumiała kierowanych ku sobie gorących spojrzeń, obojętne jej były miłosne westchnienia. Nie znała litości, żalu, łez, nie umiała się uśmiechać. Wiedziała, że czegoś jej w życiu brakuje, ale nie rozumiała istoty tego braku.
Król i królowa gorzko płakali nad kalectwem swojego dziecka. Kochali królewnę, lecz nie umieli przekazać jej swoich uczuć. Młoda kobieta była względem nich całkowicie obojętna. Pomimo to nieustannie zalewali ją swoją miłością, wierząc, że ich oddanie przyniesie jej ozdrowienie, obudzi do życia, wygna z duszy chłód i martwicę. Pomocy szukali także w świecie.
W całej krainie ogłoszono, że ten, kto obudzi serce królewny, otrzyma pół królestwa. Na dwór ściągali wróżbici, uczeni, magowie. Próbowali leczyć dziewczynę tajemniczymi wywarami, zaklęciami, odprawiali nad nią dziwne obrzędy, lecz nic nie pomagało. Królewna obojętnie poddawała się kolejnym próbom uzdrowienia.
Wśród przybyłych do zamku znalazł się także młody rycerz. Zjawił się w siedzibie króla bez żadnego planu, nie znał bowiem sposobu na uzdrowienia królewny. Do zamku zawiodło go żarliwe uczucie. Młody człowiek zakochał się w królewskiej córce od pierwszego wejrzenia, gdy zobaczył ją na uroczystym nabożeństwie, w intencji zdrowia królowej. Uroda dziewczyny poraziła go tak głęboko, że gotów był oddać dla niej życie, byleby tylko uczynić ją szczęśliwą. Rycerz wiedział, że królewna nie może odpowiedzieć na jego uczucie, lecz wcale go to nie zrażało. Jego serce było tak wielkie, że kochało za obydwoje.
Pewnego wieczoru, gdy błądził w rozmarzeniu po rozległym ogrodzie, otaczającym zamek, w jednej z alejek natknął się na ukochaną, spacerującą w otoczeniu dworek. Ogarnięty nagłym szczęściem uklęknął przed nią, jak przed bóstwem, oniemiały od nagłego wzruszenia. Jego usta milczały, lecz oczy wyrażały najgłębszą miłość i radość, której nie są w stanie oddać żadne słowa. Królewna przez moment zapatrzyła się w jego twarz. Jej wzrok splótł się z jego wzrokiem. Martwe, nie wyrażające żadnych uczuć oczy wpiły się w jasne, rozkochane źrenice. I nagle – stał się cud. Pod wpływem wzroku rycerza królewna zaczęła drżeć na całym ciele, na jej policzki wypełzły rumieńce, oczy wezbrały łzami. W tym samym czasie z twarzy młodzieńca odpłynęła cała krew, a on sam zachwiał się i padł bezwładnie na ziemię. Gdy królewska córka nachyliła się ku niemu już nie oddychał. Serce rycerza oddało jej całą swą miłość i siły życiowe, po czym przestało bić.
– – –
Młodego człowieka pochowano z wielkimi honorami. A królewna zaniemogła. Nie umiała opanować zalewających ją po śmierci rycerza emocji. Czuła coś, czego nie doświadczyła przez całe dotychczasowe życie – miłość i pożądanie, ból, rozpacz, brak nadziei. Nie umiejąc radzić sobie z odczuciami własnej duszy zapadła na zdrowiu. Jej stan stale się pogarszał. Wróciła obojętność ku światu, tym straszniejsza, że żywiona nigdy nie umierającą tęsknotą. Na jej chorobę nie było lekarstwa, bo nie żył już człowiek, który pokazał jej, czym jest miłość i jednocześnie skazał tę miłość na wieczne niespełnienie. Rodzice królewny płakali nad córką jeszcze więcej niż w czasach, gdy nie wiedziała ona czym jest żywe, kochające, ludzkie serce. Tak właśnie spełniła się klątwa wiedźmy.

A mówiłam, że będzie Harlequin, mówiłam? Sprawcą i winowajcą niniejszego knota jest widoczne powyżej zdjęcie. Jakoś tak mi się na jego podstawie głupiutka bajeczka w łepetynie urodziła. A że lubię melodramy, pozwoliłam sobie przelać ją do blogowego wpisu. W dodatku wczoraj były walentynki, więc uznałam, że notka pozostaje „w temacie”. Wszystkim osobom, które dobrnęły do końca i nie porzygały się od natężenia głupot w centymetrze kwadratowym tekstu, bardzo dziękuję. Całej reszcie – takoż 🙂