Uwielbiam komiksy i odkąd pamiętam miałam ich w domu wielkie ilości. Z najdawniejszych czasów zachowały się odcinki serii „Kajko i Kokosz” (i wcześniejszej – „Kajtek i Koko”), „Tytus, Romek i a’Tomek”, „Thorgal”, „Hugo”, „Doman”, dwujęzyczne komiksy o historii Polski, „Przygody Kleksa”, genialne albumy Tadeusza Baranowskiego … Z nowszych – „Hellboy” i cała masa różnych, bardziej lub mniej udanych mang oraz wydawnictw jednoodcinkowych. Czego to ja w dawnych czasach nie czytałam! Właściwie połykałam wszystko, co wpadło mi w ręce i co trafiało na nasz rynek. Magia obrazkowych historyjek była niezwykle silna!
Komiksy podczytuję z ogromną przyjemnością do dziś. Nie śledzę już tylko dokładnie wszystkiego, co dzieje się na rynku. Trudno by mi było to robić, przy ogromnej dostępności wszelkiego rysunkowego dobra. Ostatnią serią, którą jako-tako dobrze kojarzę, jest wielotomowa historia o „Sandmanie” Neila Gaimana. Później – długo, długo nic. No, może oprócz serii o Iron Manie. Którego (o smutku nieszczęśliwej duszy!), poznałam dzięki filmom kinowym.
Wiem, że Iron Man pojawił się po raz pierwszy dawno, dawno temu, ale dla mnie zaistniał tak naprawdę dopiero w 2008 roku, kiedy na ekrany kin wyszedł film z Robertem Downey’em Juniorem. Którego uwielbiam. Za całokształt. I mogę się w niego wgapiać. Bardzo długo. Kompletnie zapominając o tym, że ten pan to idealny przykład kokainowego Jasia. Cóż począć, wszyscy mamy jakieś wady.

Tony Stark, aka Iron Man, ma dla mnie twarz Roberta i ciało Roberta (ach, ucisz się nienasycony zboczeńcu!) i to się już chyba nie zmieni. A jeśli wspomnieć to, że lubię przekładać żywe oryginały na język plastiku, to stanie się jasne, że musiałam (no naprawdę MUSIAŁAM) włączyć go kiedyś do mojego męskiego, pełnego testosteronu (plastikeronu?) haremu (zarządzanego przez jedna taką Kotkę, która robi w chłopiarni za żandarma).
No więc Tony Stark. Przesympatyczny babiarz o niewyparzonym jęzorze, wielkich ambicjach i jeszcze większym ego. Baaardzo popularny wśród młodzieży płci obojga (i genderów też!). Uwieczniony nie raz i nie dwa w masie plastycznej przez „firmę, której nazwy nie ośmielę się wymówić, bo robię to zbyt często”:

Och, piękny Tony … I te światełka – jak wabik na nerdów! Me gusta!

Ten też niebrzydki. I uśmiechnięty. A uśmiechnięty chłop to dwakroć tyle seksapilu w centymetrze sześciennym.

Wstyd się przyznać, ale i ten mi się podoba. Skutkiem tego w głowie uruchamia się hasło „Collect them all”. Tiaaa – „them all” – akurat dam radę …
Jak znam życie, to w związku z niesłabnącą popularnością Iron Mana, w przeciągu kolejnych lat w sprzedaży na pewno pojawi się jeszcze wiele przyjemnych dla oka figurek (kiedy to piszę „Firma, której nazwy nie ośmielę się wymówić” pracuje nad kolejnym prototypem), ale że jest już dostępna ta jedna, jedyna, która spowodowała u mnie zakochanie od pierwszego wejrzenia, więc nie czekam na następne – i cieszę się wersją, znaną wśród fanów jako „Tony w opałach” (z racji swojej malowniczo pokiereszowanej gęby, czy też, ślicznej twarzyczki, jak zwykły mawiać psychofanki).
Tony, jak i cała reszta mojego „dziadostwa”, nadszedł w pokaźnym pudle. W zasadzie to mogłabym się tu pozachwycać jakie to pudło ładne, jak starannie wykonane, z jakiej wspaniałej tektury i tak dalej i tak dalej, ale mi się nie chce, bo opakowanie, jak na standardy „światowe” jest przeciętne. Gdyby Tony był moją pierwsza figurką ever, to pewnie łkałabym z zachwytu nad każda gumką recepturką i kawałkiem plastiku, w który go owinięto dla zabezpieczenia, ale że nie jest … to na wycie rozkoszy trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać (rozlegnie się ono, gdy dojdziemy do zawartości trumny – czyli za jakieś dziesięć zdań od teraz). Na razie: pozbawiona emocjonalności dokumentacja fotograficzna „upakowki”:


Słodki rodzyneczek, do którego moja dusza rwała się już od połowy zeszłego roku, jak na miliardera przystało, przyjechał w otoczeniu różnistych dodatków. Oto i one – świeżo wyjęte z opakowania, jeszcze pachnące nowością! (ale już niedługo stracą tę dziewiczą niewinność, bo zamierzam ich aktywnie używać :P)
Tym razem, co trochę mnie zdziwiło, figurka dostała nieco mniej wymiennych dłoni, niż to zazwyczaj bywa :

Tony, czy mama cię nie uczyła, że nieładnie pokazywać paluchem?
Za to w zestawie znalazło się coś, za co mogłabym wycałować całą ekipę HT – wymienna, „uzbrojona” łapka ze zginalnymi palcami. Normalnie „BJD hand”! Jejku jej!

Łapka w stanie spoczynku.

Łapka w stanie „pobudzenia” 😛
Tony wniósł mi w wianie sporo innych akcesoriów. Na przykład broń, która przyda się, gdyby nasz kraj znów mieli chęć napaść Niemcy:


Nie bój się, mała! Ja cię przed każdym niebezpieczeństwem obronię!
I insze cuda na kiju:


Nawet wymienna nóżka się znalazła 🙂

Gdyby wszystkie te elementy dostał w swoje ręce MacGyver, to pewnie zbudowałaby z nich prom kosmiczny 🙂
Ale najfajniejszy artefakt Tony nosi w swoim ciele. No bo co to był za Stark, jeśli nie miałby w piersi reaktora?

W roli gościnnej – łapka mojego taty 🙂 Reaktor się świeci, czego nie udało nam się ująć na zdjęciu, ale nadrobimy to w przyszłości.
No dobrze, akcesoria akcesoriami, ale ja tam najbardziej czekam przecież na NIEGO. Nie napiszę, że jest idealny, bo jest w nim kilka szczegółów, które mi przeszkadzają (między innymi niedoróbka firmowa – lewa łapka mojego kwiatuszka nie zgina się w łokciu, buuuuu!), ale wierzę, że da się przejść nad nimi do porządku dziennego. W każdym razie nie skreślam go dlatego, że jest trochę poszkodowany przez życie. A może to tylko efekt „battle damage”? W końcu Tony to chłopak, który non stop pakuje się w bójki.

When you wear glasses, wear them like a boss!

Zamiłowanie do kłopotów jest bardzo wyraźnie wypisane na jego twarzy. Można by nawet rzec: „wypisane krwawymi zgłoskami”!
Jucha, jak to jucha, leje się obficie. Wiem, że niektórych może zniesmaczyć taka uszkodzona gęba (kiedy moja mama po raz pierwszy zobaczyła Tony’ego, zakrzyknęła wielkim głosem: „Zabierz to paskudztwo sprzed moich oczu!”), ale mnie bardzo, ale to bardzo się podoba. Taka ładna krew!

Każdy wampir z chęcią wylizałby Tony’emu twarz (o rety, o czym ja myślę?
)
Nie mam żadnego wampira na podorędziu, ale wśród moich zboczeńców chłopców znajdzie się ktoś, posiadający magiczne moce, kto z chęcią zajmie się opatrywaniem ran kolegi. Zobaczymy z jakim skutkiem. Może nawet Tony’emu łapkę zreperuje? Ozłociłabym go za to! Tożsamość tajemniczego uzdrowiciela chyba nie będzie dla Was tajemnicą 🙂

Romanse kwitną, wiosna w pełni, a przed nami święta. Z tego powodu, pozwolę sobie życzyć Wam, lalkowi (i wcale nielalkowi) wariaci, radosnych dni w rodzinnym gronie, smakołyków na wielkanocnym stole i wesołego dyngusa!
