Majestic CROW & RAVEN supporters event

Ludzie kochane, nie dziwcie się, że poniżej widać same obrazki – to wpis na lalkowy konkurs, więc nie należy go traktować jako pełnoprawną działalność blogową 😛

Pip01

Pip02

Pip03

Pip04

Pip05

Pip06

Pip07

Pip08

Please note, that none of the above pictures belongs to me. All of them are the property of PIPOS BJD company.

 

Oh yeah, I want to win! Please, consider this blog note as my entry 🙂

Link to the PIPOS webpage: http://piposland.com

Kusy i jego sługi

Dzisiejsze dzieciaki i nastolatki, wychowane na krwawych horrorach i brutalnych grach komputerowych, boją się chyba niewielu rzeczy. W końcu prawie wszystko widziały już na ekranie telewizora czy komputera. Ludzie z mojego pokolenia mają w tej dziedzinie skromniejsze doświadczenie – w czasach naszej młodości niegrzeczne dzieci straszono jeszcze diabłem i czarownicą, tudzież tym, że „przyjdzie czarny lud z długimi, ostrymi zębami i cię do worka zabierze”. Rolę straszaka na niesfornych pełniła też przez jakiś czas czarna Wołga, ale że nie należy ona do zjawisk świata nadprzyrodzonego, dziś pominiemy ją milczeniem.


Najobfitszym źródłem przerażających historii była w mojej rodzinie babcia, która znała całą masę ścinających krew w żyłach bajek i nie miała żadnych oporów, żeby je opowiadać swoim ukochanym wnuczkom. Największą furorę wśród tych bajań robiła zawsze (ale to zawsze!) historia niegrzecznego dziecka, które nie dość, że nie chciało słuchać swojej matki, to jeszcze zdarzało mu się podnosić na nią rękę, za co zostało ukarane po śmierci. Otóż w trzy dni po pochówku na grobie dziecka zaobserwowano ciekawy fenomen – z mogiły zaczęła wystawać mała rączka. Próby jej zasypania przez grabarzy nic nie dawały, nieletni nieboszczyk nie pozwalał się pogrzebać. Dopiero rada świątobliwego człowieka pozwoliła rozwiązać problem. Aby zmarłe dziecko zaznało spokoju, należało przez trzy dni biczować wystającą z grobu rączynę cierniową miotełką. Do krwi. Bić miał zaś nie byle kto, bo matka niebożęcia. Rozwiązanie rodem z horroru!*


Na drugim miejscu plasowała się historia o diable. Który, jak utwierdzała babcia, czaił się zawsze w pobliżu stołu, przy którym rodzina zasiadała wspólnie do posiłku. Piekielny gość czatował na dzieci, które nie umiały odpowiednio się zachować – jeśli majtały pod stołem nogami, to wskakiwał im na stopy i bujał się na nich jak na najwspanialszej huśtawce, jeśli zrzucały z blatu sztućce, to polerował je swoim brudnym ogonem, a gdy, nie daj Boże zdarzyło się im rozbryzgać zupę lub rozsypać ziemniaczki, to wskakiwał na stół i oblizywał wszystko co wypadło z talerzy. Przy obiedzie zawsze z ciekawością rozglądaliśmy się wkoło w poszukiwaniu piekielnika, ale nigdy się przed nami nie odkrył, ani nie potwierdził swojej bytności. Może bał się zasiadającej przy stole babci?


Na miejscu trzecim, ale wcale nie najmniej ważnym, lądowała historia o czarownicy spod łóżka. Wiedźma była zupełnie niegroźna w dzień, ale w nocy – ho! ho! – w nocy stawała się straszna. Po zapadnięciu zmroku Baba Jaga wypełzała z ukrycia i w napięciu czatowała, czy spod kołdry nie wysunie się przypadkiem dziecięca nóżka lub rączka. Jeśli się wysuwała, to czarownica miała prawo ją ukąsić lub pocałować. Oczywiście wszyscy panicznie baliśmy się tej bajkowej jędzy i jeśli ktokolwiek po przebudzeniu znalazł na swoim ciele jakaś rankę (najczęściej bywał to ślad od ukąszenia komara), to mówiło się, że we śnie został ucałowany przez Babę Jagę.


Lęk przed Babą Jagą i diabłem już dawno wywietrzał mi z głowy, ale pewna melancholijna sympatia dla tych potwornych postaci pozostała. Pewnie dlatego, gdy nadarzyła się okazja, przygarnęłam do domu potworne trio (pieszczotliwie zwane „małym sabatem”), składające się z niewymownie czarującego dżentelmena w czerwonym płaszczu oraz dwóch olśniewających dam o nieco przydługich nosach.

 

1

2

3

4

 

Zarówno „on” jak i „one” były kiedyś „zmechanizowane” – po naciśnięciu schowanego w rękawie guziczka, świeciły im się na czerwono oczy, z brzucha wydobywał się zgrzytliwy śmiech zaś tułów kołysał się spazmatycznie na boki. Te niewinne właściwości piekielnego towarzystwa napędziły mi kiedyś niezłego stracha. Otóż baterie, umieszczone wewnątrz zabawek, reagowały podczas burzy i pewnego razu zdarzyło się, że po uderzeniu pioruna diabelska trójca samoczynnie się uruchomiła, po czym po krótkim wybuchu szalonego śmiech rymnęła zespołowo na ziemię. Dla osoby, która boi się burzy i szczęka ze strachu zębami po każdym uderzeniu pioruna, takie dodatkowe atrakcje są ponad siły. Kusy i jego towarzyszki wystraszyli mnie tak bardzo, że wyskoczyłam po ciemku z łóżka i poleciałam wyjąc z przerażenia w poszukiwaniu pomocy do pokoju młodszej siostry**. Do dziś pamiętam jak mocno waliło mi wtedy serce.


5

6

7

 

Skok z półki na ziemię pozostawił na dwóch piekielnikach wyraźne ślady – diabeł ułamał sobie palec u lewej nogi, zaś większa czarownica straciła zdolność świecenia oczami i kiwania się na boki. Kilka dni później zepsuła się też jej młodsza siostra. Diabeł trzymał się stosunkowo długo, ale w końcu i on doznał trwałego uszczerbku (pewnie rozlała mu się w środku bateria). Dziś żadne z trojga nie ożywa już pod wpływem pioruna i siedzi grzecznie na półce, zbierając kurz.


8

Rawwwwwwwr, ależ jestem straszliwy! Prawdziwy książę ciemności!

 

*Po latach okazało się, że historia opowiadana przez babcię miała swój literacki pierwowzór – w opowieściach braci Grimm, ale kiedy byłam mała, nie mogłam o tym wiedzieć.

** Zamiast działać po głupiemu i uciekać z łóżka trzeba było użyć sprawdzonego sposobu i postawić w oknie zapaloną gromnicę, która, jak twierdziła z całym przekonaniem babcia, chroni dom przed uderzeniem pioruna i równie skutecznie odstrasza siły nieczyste.

Tony „kiepski dzień miałem” Stark

Uwielbiam komiksy i odkąd pamiętam miałam ich w domu wielkie ilości. Z najdawniejszych czasów zachowały się odcinki serii „Kajko i Kokosz” (i wcześniejszej – „Kajtek i Koko”), „Tytus, Romek i a’Tomek”, „Thorgal”, „Hugo”, „Doman”, dwujęzyczne komiksy o historii Polski, „Przygody Kleksa”, genialne albumy  Tadeusza Baranowskiego … Z nowszych – „Hellboy” i cała masa różnych, bardziej lub mniej udanych mang oraz wydawnictw jednoodcinkowych. Czego to ja w dawnych czasach nie czytałam! Właściwie połykałam wszystko, co wpadło mi w ręce i co trafiało na nasz rynek. Magia obrazkowych historyjek była niezwykle silna!


Komiksy podczytuję z ogromną przyjemnością do dziś. Nie śledzę już tylko dokładnie wszystkiego, co dzieje się na rynku. Trudno by mi było to robić, przy ogromnej dostępności wszelkiego rysunkowego dobra. Ostatnią serią, którą jako-tako dobrze kojarzę, jest wielotomowa historia o „Sandmanie” Neila Gaimana. Później – długo, długo nic. No, może oprócz serii o Iron Manie. Którego (o smutku nieszczęśliwej duszy!), poznałam dzięki filmom kinowym.

 

Wiem, że Iron Man pojawił się po raz pierwszy dawno, dawno temu, ale dla mnie zaistniał tak naprawdę dopiero w 2008 roku, kiedy na ekrany kin wyszedł film z Robertem Downey’em Juniorem. Którego uwielbiam. Za całokształt. I mogę się w niego wgapiać. Bardzo długo. Kompletnie zapominając o tym, że ten pan to idealny przykład kokainowego Jasia. Cóż począć, wszyscy mamy jakieś wady.

 

1

 

 

Tony Stark, aka Iron Man, ma dla mnie twarz Roberta i ciało Roberta (ach, ucisz się nienasycony zboczeńcu!) i to się już chyba nie zmieni. A jeśli wspomnieć to, że lubię przekładać żywe oryginały na język plastiku, to stanie się jasne, że musiałam (no naprawdę MUSIAŁAM) włączyć go kiedyś do mojego męskiego, pełnego testosteronu (plastikeronu?) haremu (zarządzanego przez jedna taką Kotkę, która robi w chłopiarni za żandarma).

 

 

No więc Tony Stark. Przesympatyczny babiarz o niewyparzonym jęzorze, wielkich ambicjach i jeszcze większym ego. Baaardzo popularny wśród młodzieży płci obojga (i genderów też!). Uwieczniony nie raz i nie dwa w masie plastycznej przez „firmę, której nazwy nie ośmielę się wymówić, bo robię to zbyt często”:


01

Och, piękny Tony … I te światełka – jak wabik na nerdów! Me gusta!


02

Ten też niebrzydki. I uśmiechnięty. A uśmiechnięty chłop to dwakroć tyle seksapilu w centymetrze sześciennym.


3

Wstyd się przyznać, ale i ten mi się podoba. Skutkiem tego w głowie uruchamia się hasło „Collect them all”. Tiaaa – „them all” – akurat dam radę

 

Jak znam życie, to w związku z niesłabnącą popularnością Iron Mana, w przeciągu kolejnych lat w sprzedaży na pewno pojawi się jeszcze wiele przyjemnych dla oka figurek (kiedy to piszę „Firma, której nazwy nie ośmielę się wymówić” pracuje nad kolejnym prototypem), ale że jest już dostępna ta jedna, jedyna, która spowodowała u mnie zakochanie od pierwszego wejrzenia, więc nie czekam na następne – i cieszę się wersją, znaną wśród fanów  jako „Tony w opałach” (z racji swojej malowniczo pokiereszowanej gęby, czy też, ślicznej twarzyczki, jak zwykły mawiać psychofanki).

 

Tony, jak i cała reszta mojego „dziadostwa”, nadszedł w pokaźnym pudle. W zasadzie to mogłabym się tu pozachwycać jakie to pudło ładne, jak starannie wykonane, z jakiej wspaniałej tektury i tak dalej i tak dalej, ale mi się nie chce, bo opakowanie, jak na standardy „światowe” jest przeciętne. Gdyby Tony był moją pierwsza figurką ever, to pewnie łkałabym z zachwytu nad każda gumką recepturką i kawałkiem plastiku, w który go owinięto dla zabezpieczenia, ale że nie jest … to na wycie rozkoszy trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać (rozlegnie się ono, gdy  dojdziemy do zawartości trumny – czyli za jakieś dziesięć zdań od teraz). Na razie: pozbawiona emocjonalności dokumentacja fotograficzna „upakowki”:

 

1

 

1

 

Słodki rodzyneczek, do którego moja dusza rwała się już od połowy zeszłego roku, jak na miliardera przystało, przyjechał w otoczeniu różnistych dodatków. Oto i one – świeżo wyjęte z opakowania, jeszcze pachnące nowością! (ale już niedługo stracą tę dziewiczą  niewinność, bo zamierzam ich aktywnie używać :P)

 

Tym razem, co trochę mnie zdziwiło, figurka dostała nieco mniej wymiennych dłoni, niż to zazwyczaj bywa :

 

1

Tony, czy mama cię nie uczyła, że nieładnie pokazywać paluchem?

 

Za to w zestawie znalazło się coś, za co mogłabym wycałować całą ekipę HT – wymienna, „uzbrojona” łapka ze zginalnymi palcami. Normalnie „BJD hand”! Jejku jej!

 

1

Łapka w stanie spoczynku.

1

Łapka w stanie „pobudzenia” 😛

 

Tony wniósł mi w wianie sporo innych akcesoriów. Na przykład broń, która przyda się, gdyby nasz kraj znów mieli chęć napaść Niemcy:


1


1

Nie bój się, mała! Ja cię przed każdym niebezpieczeństwem obronię!

 

I insze cuda na kiju:


1

1


Nawet wymienna nóżka się znalazła 🙂


1

Gdyby wszystkie te elementy dostał w swoje ręce MacGyver, to pewnie zbudowałaby z nich prom kosmiczny 🙂

 

Ale najfajniejszy artefakt Tony nosi w swoim ciele. No bo co to był za Stark, jeśli nie miałby w piersi reaktora?

 

1

W roli gościnnej – łapka mojego taty 🙂 Reaktor się świeci, czego nie udało nam się ująć na zdjęciu, ale nadrobimy to w przyszłości.

 

No dobrze, akcesoria akcesoriami, ale ja tam najbardziej czekam przecież na NIEGO. Nie napiszę, że jest idealny, bo jest w nim kilka szczegółów, które mi przeszkadzają (między innymi niedoróbka firmowa – lewa łapka mojego kwiatuszka nie zgina się w łokciu, buuuuu!), ale wierzę, że da się przejść nad nimi do porządku dziennego. W każdym razie nie skreślam go dlatego, że jest trochę poszkodowany przez życie. A może to tylko efekt „battle damage”? W końcu Tony to chłopak, który non stop pakuje się w bójki.

 

oaoaoa

When you wear glasses, wear them like a boss!

 

ghghhg

Zamiłowanie do kłopotów jest bardzo wyraźnie wypisane na jego twarzy. Można by nawet rzec: „wypisane krwawymi zgłoskami”!

 

Jucha, jak to jucha, leje się obficie. Wiem, że niektórych może zniesmaczyć taka uszkodzona gęba (kiedy moja mama po raz pierwszy zobaczyła Tony’ego, zakrzyknęła wielkim głosem: „Zabierz to paskudztwo sprzed moich oczu!”), ale mnie bardzo, ale to bardzo się podoba. Taka ładna krew!

 

1

Każdy wampir z chęcią wylizałby Tony’emu twarz (o rety, o czym ja myślę? 1)

 

Nie mam żadnego wampira na podorędziu, ale wśród moich zboczeńców chłopców znajdzie się ktoś, posiadający magiczne moce, kto z chęcią zajmie się opatrywaniem ran kolegi. Zobaczymy z jakim skutkiem. Może nawet Tony’emu łapkę zreperuje? Ozłociłabym go za to! Tożsamość tajemniczego uzdrowiciela chyba nie będzie dla Was tajemnicą 🙂


1

 

 

Romanse kwitną, wiosna w pełni, a przed nami święta. Z tego powodu, pozwolę sobie życzyć Wam, lalkowi (i wcale nielalkowi) wariaci, radosnych dni w rodzinnym gronie, smakołyków na wielkanocnym stole i wesołego dyngusa!


1

Ułaskawienie Gaputka

Odkąd zainfekował mnie obrzydliwy wirus pod nazwą „BJD” (w rozwinięciu: Bardzo Jadowite Draństwo) męczą mnie myśli, skąd zdobyć dla swoich chłopaków tanie i fajne akcesoria: peruki, oczy, ubranka i wszelkie inne duperele w odpowiedniej skali. Jak wiadomo zdesperowany człowiek jest w stanie dużo wymyślić i zdarza się, że te wymysły skręcają w stronę dość sadystycznych rozwiązań.

 

Jakiś czas temu przyznałam się na forum, że łypię pożądliwym okiem w stronę porcelanowych lalek, widywanych od czasu do czasu w ciucholandach. Moje zainteresowanie nimi wynika z bardzo niskich pobudek. Porcelanki nigdy mi się nie podobały, za to ich ubranka i dodatki – jak najbardziej! Gdybym trafiła w przybytku z używaną odzieżą na lalkę, której mogłabym ukraść część wyposażenia, to nie wahałabym się ani chwili. Na szczęście dla porcelanek taka sytuacja nigdy się dotąd nie wydarzyła.

 

Jeśli istnieją jakieś lalki, które darzę mniejszą sympatią od porcelanek, to są to lalki-bobasy. Nie podobały mi się, gdy byłam małym szkrabem, nie podobają i teraz. Z jednym, małym wyjątkiem. Jeśli przyjrzycie się jakiejkolwiek (nawet najpaskudniejszej) lalce, przedstawiającej nowo narodzone dziecko, to zauważycie, że ma ona ładne oczy (prawie zawsze!). Biorąc pod uwagę fakt, iż oczy to dość istotna część lalek BJD, to stosowny wniosek nasuwa się sam – w moim przypadku zdobycie uroczego lalkowego malucha, o ślepkach w odpowiedniej skali, skończyłoby się wydłubaniem tychże, w szczytnym celu przeszczepienia ich komuś innemu. Byłoby to psucie lalki „w imię wyższego celu”.

 

I tu skręcamy w kierunku Gaputka.

 

Gaputka spotkałam dziś podczas zakupów w Kauflandzie i szczęściem (bądź nieszczęściem) jego oczka … wpadły mi w oko. Właściwie nasze spotkanie nie powinno się w ogóle odbyć, bo w Kauflandzie dział zabawkowy (cztery półki na krzyż z lalkami o wątpliwej urodzie) omijam zazwyczaj szerokim łukiem. Ale właśnie dziś coś podkusiło mnie, żeby spojrzeć, czy nie ma jakiejś promocji, no i promocja była. Konkretnie – na lalki bobasy, które nie zeszły z półek od ostatnich świat świąt i znacznie je przeceniono. Znacznie – czyli na 2,19. 2,19 PLNów za nową, oryginalnie zapakowaną lalkę. O ładnych oczach. Które można wydłubać. W celach sadystycznej zabawy. Albo „w imię wyższego celu”. A ja przecież mam ten wyższy cel … No tak. I wszystko jasne.

 

A więc wzięłam Gaputka do koszyka ze wstrętnym zamiarem pozbawienia go narządu wzroku. Tylko, że po dojechaniu do domu jakoś mi się odmieniło. Chciałabym napisać, że popatrzyłam na Gaputka uważniej, drgnęło mi serce, zalałam się łzami, uderzyłam w piersi i uznałam, że mój paskudny plan nie jest godzien prawdziwego kolekcjonera lalek. Naprawdę chciałabym. No bo czy pokajanie się grzesznika nie brzmi cudnie? 

 

01

Małe, słodkie, niewinne, plastikowe dzieciątko. Bleh! Paskudztwo!

 

Tu jednak na korzyść Gaputka zadziałał przypadek. Zmierzyłam rozmiar jego ślepek linijką i okazało się, że nie pasują one dla żadnego z moich chłopaków, bo są za duże. Nie będą pasować ani teraz, ani za rok, ani za sto lat. Gaputek najnormalniej w świecie okazał się farciarzem. Jego egzekucja została odroczona, bo po co go psuć, skoro na nic się to nie zda. 

 

02

 

Zastanawiam się, czy nie powinnam się trochę wstydzić, że miałam tak niecne zamiary w stosunku do lalki, która pewnie ucieszyłaby jakieś dziecko (a może nawet i kolekcjonera). No i wyszło mi, że może trochę. W końcu nie jestem jakimś tam zdeklarowanym psujem-mordercą, który z siekierą rzuca się na ucieleśnioną, lalkową niewinność. A i Gaputek jest na swój sposób miły. Co prawda nic mi po nim, ale liczę na to, że ktoś go jednak zechce ukochać. Pożyjemy, zobaczymy. Mam nadzieję, że trochę pomoże mi w znalezieniu dla niego domu wujek „Alledrogo” 😛

 

Kończąc tę smutną, skropioną krwawymi łzami, niegodną prawdziwego kolekcjonera notkę, wrzucę jeszcze na koniec kilka zdjęć Gaputka. Należy mu się chwila uwagi w rekompensacie za przeżyte chwile grozy. Wybacz mi Gaputku. Po prostu spotkaliśmy się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Myślę, że masz jeszcze szansę na szczęśliwe życie pod czyimś innym dachem.

 

03

 

04

 

05

 

06

 

07

 

08

 

09

A takie mogłam mieć ładne oczy dla innej lalki. Pech, proszę Państwa, paskudny pech!

 

PS. Jeśli sądzić po różowościach, w które ubrano Gaputka, to jest on chyba dziewczynką. No ale skoro ja mogę mieć męskoosobowy nick to i ona może nazywać się po chłopięcemu 🙂

Znikam, odchodzę, zamykam!

Kiedy obserwuję bardzo popularną ostatnio wśród znajomych tendencję do zamykania blogów, to myślę sobie – ja też bym tak chciała! Żeby poczuć jak to jest, kiedy ogłasza się światu swoje zniknięcie, macha do wszystkich białą chusteczką na pożegnanie, a zewsząd dochodzą słodkie dla uszu pochlipywania i posmarkiwania wzruszonych tą tragedią ludzi.

 

 0

Klamka na drzwiach zapadła. I przerdzewiała.

 

Dlatego obwieszczam, wszem i wobec, wijąc się w bólu pożegnania, że odchodzę (na pół godziny). Nie płaczcie za mną i nie załamujcie rąk! Ta trudna decyzja, nad którą długo myślałam, musiała zostać w końcu podjęta. Zmusiło mnie do niej okrutne życie, które stojąc nade mną w postaci koleżanki z biura, spytało: „Aga, idziesz na obiad do barku?” Chciałam się postawić, chciałam walczyć, więc spytałam z drżeniem w głosie: „A co dzisiaj dają?” Odpowiedź zniszczyła mnie moralnie i psychicznie oraz spowodowała, że nic już nigdy nie będzie takie samo. W powietrzu zabrzmiał diabelski chichot, zapachniało siarką i głos, idący chyba z samego dna piekła, obwieścił: „Makaron ze szpinakiem!”

 

Postawiona w beznadziejnej sytuacji i zmiażdżona jej powagą, zdecydowałam: Idę! Nie będę oglądać się za siebie, nie będę rozpamiętywać przeszłości. Żadna z lalek na świecie nie przekona mnie, by nie iść dziś na kluchy. Kluchy, których jeszcze dwadzieścia lat temu, gdy byłam słodkim i miłym dziecięciem, nawet kijem bym nie tknęła, wykręcając się od zaprawionych czosnkiem śmierdziuchów jak diabeł przed święconą wodą. Dziś wiem, że los nielitościwie zadrwił sobie ze mnie, bo lecę do tych mącznych, niezdrowych i tuczących zadek świństw jak ćma do ognia …

 

Zatem odchodzę … Na wielkie żarcie … Nie wiem kiedy się zobaczymy. Może za chwilę. Może nigdy. Tę tajemnicę rozwiąże czas. Albo Sherlock Holmes. Albo Herkules Poirot. Albo Adrian Monk (oł jes, aj czuz him kaz aj lajk him).

 

Nie płaczcie za mną. Nie warto. Tylu jest ciekawszych, piękniejszych i mądrzejszych kolekcjonerów lalek. Oni Was utulą i ukochają. Otworzą przed Wami podwoje swoich blogów. A ja – cóż. Niewiele Wam mogę dać, niewiele dać mogę Wam (pam, pam, więc nie dam).

 

Boże, co za pustka, co za gorycz?! (tfu, tak to jest jak się żarło ser z pieprzem i zębów nie umyło).

 

I jeszcze, na ostatek, w finalnym porywie duszy, aby nie zostawiać Was w smutku, zapytam. Gdybyście mieli możliwość wyboru jednego z prezentowanych niżej łbów, to który byście przygarnęli?:

 

 01

 Tak, ten pan to Tom H. który w mojej głowie nadal funkcjonuje jako Loki (om nom nom nom)

 

2

Cosmo od Dollzone

3

 

Leslie od Dollzone

 

W zasadzie to wszyscy trzej zaprezentowani wyżej panowie są brzydcy, smutni i do kosmitów podobni. I po co mi którykolwiek? Sama nie wiem. Właśnie dlatego chcę każdego z nich ;P

Klasyka klasyki

Są takie lalki, które każdy zna i rozpoznaje, bo wyprodukowano je w tak dużej ilości egzemplarzy, że praktycznie wszyscy mieli kiedyś z nimi styczność lub były na tyle uniwersalne z wyglądu, że zachwycały dzieci z różnych krajów i środowisk. Dla ludzi z mojej epoki są to Barbie superstar, dla osób młodszych wiekiem – chudziutkie laleczki Monster High, stanowiące charakterystyczny, zabawkowy symbol ich dzieciństwa. W świecie lalek BJD miano lalki klasycznej, dzierży od wielu lat i chyba zawsze już będzie dzierżył Saint od firmy Dollshe craft.

 

Zanim poważyłam się napisać ostatni człon poprzedniego zdania, z uwagą przejrzałam wpisy na trzech niezależnych forach poświęconych BJD, żeby upewnić się, że faktycznie mogę wysnuć taki wniosek. Analiza okazała się trafna – użytkownicy portali niejednokrotnie wskazywali na tę właśnie lalkę, jako na zabawkę, od której zaczęła się ich przygoda z „żywicami”. Co ciekawe, takie właśnie zdanie wyraziła nasza blogowa koleżanka – Luci Fair pod moim zdjeciem na Flickr! Pozwolę je sobie tutaj zacytować i myślę, że Luci się nie obrazi, bo przekazała w tej króciutkiej wypowiedzi opinię wielu osób: „Saint był tą lalką, która obudziła we mnie zainteresowanie bjd”.

 

01

Powyżej – wzorcowe, promocyjne zdjęcie Sainta pobrane ze strony firmy Dollshe craft: http://dollshecraft.com/shop/step1.php?number=688

 

Biorąc powyższe pod uwagę, mogę chyba śmiało nazwać Sainta „klasyką klasyki” 🙂 „Klasyką”, która bardzo, ale to bardzo podobała mi się w każdej odsłonie, w której spotykałam ją na zdjęciach w sieci. Ta fascynacja nie przekładała się na chęć kupna, bo Saint nie pasował za bardzo do kierunku, w których mam zamiar podążać (czyli  do tworzenia dream-teamu składającego się z lalek przedstawiających dorosłych mężczyzn), ale życie (jak to ono potrafi) podsunęło mi okazję nie do pogardzenia. Otóż producent lalki, firma Dollshe craft, zorganizowała w grudniu 2013 r. konkurs na recenzję jej produktu, w którym zwycięzca mógł wygrać dowolną lalkę z jej oferty, a osoby, które zajęłyby drugie miejsce (były przewidziane dwa drugie miejsca) – bardzo dużą, bo aż 50% zniżkę na zakupy. Nie zastanawiałam się ani chwili – moja recenzja powędrowała do firmy Dollshe już trzeciego dnia po ogłoszeniu konkursu 🙂

 

Nie jestem nadmiernym optymistą, ale wierzę w swoje szczęście i w swoja pisaninę. I takie podejście chyba się opłaca, bo moja recenzja zajęła jedno z drugich miejsc. Tym samym powędrował do mnie 50% kupon zniżkowy, a co było dalej nie trudno się domyślić. Splot okoliczności spowodował, że się złamałam i postanowiłam zamówić lalkę, choć muszę przyznać, że nielicho wahałam się przed podjęciem decyzji. Po co mi lalek-niedorostek, pytałam sama siebie i właściwie nie znajdowałam na to pytanie odpowiedzi. Saint był za „młody”, za wysoki (70 cm wzrostu, wyższy od Larwy, który czuje się z tego powodu ciut niepewnie) i naprawdę odstawał od moich wyobrażeń o przyszłych mieszkańcach lalkowych półek. Co nie zmieniało faktu, że możliwość jego zdobycia bardzo rozgrzewała mi serce. W końcu machnęłam ręką, przeżegnałam się i zrobiłam nurka na głęboką wodę, czyli podjęłam jedyną słuszna decyzję, to jest – zamówiłam gałgana!

 

Dziś Saint jest już u mnie i czuję się z tego powodu świetnie, ba, nawet wspaniale i aż nadziwić się nie mogę, że nie umiałam zdecydować się „na tak”. Wiem, że bez makijażu, oczu, ubrań i peruki nie widać jeszcze w pełni jego potencjału, ale to wszystko przyjdzie z czasem. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś nie będę mogła doczekać się na weekend, by dorwać się do kredek akwarelowych i maszyny do szycia, ale ludzie się zmieniają – obecnie perspektywa zajęcia się taką dłubaniną powoduje u mnie podniesienie się ilości endorfin we krwi 🙂

 

Zdjęć „świeżynka” prawie wcale nie mam, bo co jedno, to wychodziło gorsze, a więc na razie nie zasypię Was „spamem”, ale na pewno zrobię to, gdy tylko pojawi się taka możliwość. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Niepomierna chęć pokazywania całemu światu lalek, w których się kocham jest silniejsza ode mnie 😛

 

01

02

03

 

Zastanawiam się jakie oblicze mu nadać. Boję się wpadnięcia w schemat. A schemat „charakterologiczny” dla lalki BJD płci męskiej wygląda zazwyczaj tak:


– indywidualista,


– antyspołecznik,

 

– złośliwiec,


– romantyk,


– osobnik sensualny,


– wiecznie sfochany,


– wewnątrz wrażliwy i czuły, na zewnątrz – zimny głaz,


– a jeśli już kocha, to jest to „miłość-nienawiść”, straszliwie skomplikowana i poplątana jak gumka od majtek,


– koniecznie z nutką tajemnicy, mroku i Bóg wie czego jeszcze (ale koniecznie w ciemnej tonacji, bo pastelowe kolory są „passe”).


Aż chciałoby się rzec – bohater byroniczny!

 

Ciekawe, czy uda mi się wyrwać z objęć tej lalkowej tradycji? Nie wróżę sobie wielkich sukcesów, ale przyznaję, że fajnie byłoby wykreować z Sainta wesołego luzaka w hawajskiej koszuli (ach, podle kłamię, bo akurat taka wizja w głowie mi nie postała, ale już punk byłby fajny 🙂

——————————————–

Edit z ostatniej chwili (to jest z 16.03.2014 r. godz. 18:33) – Nie mogłam się powstrzymać i naniosłam mu trochę koloru na twarz a także uszyłam naprędce perukę. No i z marzeń o lalce-punku nici – Saintowi bliżej do britpopowego muzyka. Ale to w sumie dobrze – do dziś lubię Blur 🙂

 

new look

Zdjęcie nader kiepskie, ale bądźmy szczerzy – kiedy ja dobrze robiłam zdjęcia? (nigdy!)

– – – –

Edit z kolejnej „ostatniej chwili” (to się nigdy nie skończy!):

04

05

A może byś już tak przestała się nade mną znęcać?

Duży rozmiar

Przyzwyczajenie to nasza druga natura. Jak się człowiek raz a dobrze zafiksuje w kwestiach lalkowych, to później trudno mu się wyrwać z zaklętego kręgu własnych nawyków Dla przykładu – ktoś przez lata zbierał „okazy” w skali 1/12 i nagle na swojej drodze natknął się na olbrzymy, które ustawione obok lalek Barbie wyglądają niczym Guliwer w krainie karzełków. Jak tu do nich podejść? Duże toto, nieporęczne, ciężkie i jakieś takie dziwne, nie do ugryzienia.


Tak właśnie postrzegałam lalki BJD, które znałam właściwie tylko ze zdjęć. A ponieważ najczęściej trafiałam na lalki przesłodzone i wystylizowane na małe księżniczki, więc w środku aż mnie skręcało. Nie z obrzydzenia, Boże broń, bo pomimo zbyt dużej ilości „cukru w cukrze” żywiczne panienki emanowały niezwyczajną urodą, ale z jakiegoś dziwnego poczucia, że w tych wszystkich koronkach, muślinach i pastelowych kolorach marnuje się ich potencjał. Owszem, patrzyło mi się na nie przyjemnie, ale w głowie nawet nie postała myśl o tym, że kiedyś mogłabym mieć podobną w domu.

 

Było tak do czasu. Do czasu kiedy nie zobaczyłam na żywo pięknych panów Borze. Bladych, chudych i nieziemskich. Dwa tygodnie później poznałam absolutnie zachwycających, bardzo wyrazistych i mrocznych chłopaków Alinki. To było za dużo dla ogłupiałego nagle mózgu. Okazało się, że większa skala też ma wiele do zaoferowania, tylko trzeba umieć się w niej odnaleźć.

 

Naturalnym odruchem było rozpoczęcie grzebania w sieci w poszukiwaniu najsmakowitszych okazów. Nie musiałam długo szukać. Nadzwyczaj atrakcyjni lalkowi panowie pchali mi się na ekran komputera drzwiami i oknami, a jeden ciekawszy od drugiego. Panie też się pchały, ale je pacyfikowałam. Doszłam do wniosku, że wystarczy mi świadomość ich istnienia i od czasu do czasu – możliwość przyjrzenia się którejś z bliska lub w Internecie.

 

Po opadnięciu pierwszej fali emocji oczekiwałam, że apetyt na BJD nieco się zmniejszy. Zaprawdę, kiepski ze mnie prorok! Chęć na dużego lalkowego chłopaka wcale nie schowała się do kąta, a zaczęła co wieczór wychodzić na sam środek pokoju, w którym aktualnie siedziałam, i wyć: „Kup!, Kup! Kup!”

 

Wśród lalek „od zawsze” interesują mnie dorosłe osobniki, nie będące kobietami (czyli mężczyźni i obojnaki :P). W przypadku BJD nic się w tej kwestii nie zmieniło. Niestety liczebność „dużych” chłopców jest przeogromna, a to wcale nie pomaga przy wyborze. Mogąc zdecydować się na pięknego blondyna, ognistego bruneta, eterycznego elfa i setki innych lalek, można się pogubić jak ten osiołek, któremu dano mu w dwa żłoby i który marnie skończył.


Ale jak wiadomo – dla chcącego nic trudnego! Po wielu przemyśleniach wybór się dokonał. Postawiłam na instynkt. Jeśli po raz pięćdziesiąty wracasz na stronę tego samego producenta i po raz pięćdziesiąty oglądasz zdjęcia tej samej lalki, która nie chce dać ci spokoju, to znaczy, że twoje serce przestało cię słuchać i samo wybrało to, co jest mu potrzebne do szczęścia. I nie ma znaczenia, że inne dostępne modele są atrakcyjniejsze wizualnie lub mają w sobie więcej delikatności.

 

Nie pozostało nic innego niż zebrać środki, złożyć zamówienie i czekać. Z niecierpliwością i poddenerwowaniem, bo może już jutro, albo pojutrze lalka zostanie wysłana? Albo chociaż za tydzień?

 

Ale w świecie BJD cudów nie ma – trzeba odczekać swoje. Co oznacza okres około 90 dni. Długo. Nieznośnie długo. Można się przez ten czas nieźle nakręcić. Codzienne sprawdzanie statusu zamówienia na stronie producenta niestety niczego nie przyśpiesza.

 

No wiec czekamy. Czekamy, czekamy, czekamy. Mija miesiąc, dwa, trzy i w końcu, gdy nadzieja już trochę przygasła, pojawia się informacja o nadaniu przesyłki. Następuje szał, kolorowe baloniki lecą do nieba, grzmią trąby, piękne dziewczęta tańczą kankana, a spod ziemi wychodzą krasnoludki i z radości sikają do mleka, które się zsiada. Cały świat wariuje. Jest cudnie!

 

A później nadchodzi mega obciachowy moment, który nazywa się „box opening”. To taka niezrozumiała tradycja, żeby wyjmowanie lalki z pudełka dokumentować krok po kroku, ochając i achając nad każdym jej szczegółem anatomicznym. Straszna nuda, naprawdę. Dlatego Wam jej oszczędzę! Ha! Koniec z tradycją, Niech runą posady świata!

 

Ale żeby wszystko nie odbyło zupełnie od czapy coś tam pokażę. Już za chwileczkę, już za momencik. Jak to się mówi – odliczanie czas zacząć:

 

 

 

 

Jeden …

 


 

 

Dwa …

 


 

 

Trzy …

 

 


 

Tu chciałabym zaznaczyć, że liczymy do setki, korzystając przy tym z pomocy światowej sławy eksperta:

hrabia

 

 

 

 

Cztery …

 

 

 

 

Pięć …

 

 

 

Ach, zapomniałam, że umiem liczyć tylko do pięciu. No trudno, policzymy sobie razem kiedy indziej. A dzisiaj – tu i teraz – zapraszam do oglądania zdjęć. Jak oryginalnie 😛

 

01

 

02

 

03

 

04

 

05

 

06

 

To nie jest klasyczna uroda, a właściwie nawet więcej tu brzydoty niż urody. Ale to jest właśnie to, co spowodowało, że lalek mi się tak bardzo spodobał. Teraz jest mój i właśnie ze względu na to jest najpiękniejszy 🙂

 

Żywiczny chłopak, którego w końcu mam u siebie, to Hansel od Granado. Ale Hansel to nazywał się, gdy jeszcze mieszkał w Chinach. U mnie został przemianowany na Larwę.

 


Larwa nie miał łatwego życia. Po śmierci rodziców, gdy miał zaledwie kilkanaście lat, trafił na ulicę. Aby przeżyć, musiał się sprzedawać różnym zboczeńcom. Obecnie realizuje się w roli alfonsa. W młodości marzył o karierze naukowej, ale ze względu na trudny start w dorosłość wyspecjalizował się właściwie tylko w języku francuskim i greckim (ale nie chodzi tu o sukcesy lingwistyczne – if you know what I mean).


Larwa lubi łatwo zarobione pieniądze i raczej beztrosko podchodzi do problemów życiowych. Dla własnej przyjemności i korzyści nie cofa się przed nieetycznym zachowaniem. Uważa, że skoro sam wiele przeszedł, to nie musi żałować innych i ma prawo, by ich wykorzystywać. W kwestiach sercowych jest niestały – skacze z kwiatka na kwiatek i niespecjalnie przejmuje się tym, że komuś złamie serce (ale to do czasu).


Przy swojej nie najprzyjemniejszej naturze pan L. zachował choć trochę z porządnego człowieka (lalka) i umie wykrzesać z siebie prawdziwe uczucie. Troskliwie opiekuje się młodszym bratem, którego jak może broni przed wszystkim, co mogłoby go zranić. A kiedy się zakochuje – no cóż, to na zabój i bardzo poważnie. W kim zaś lokuje uczucie? W kimś, kto jest poza jego zasięgiem i należy do innej sfery. I być może, nigdy się nie zainteresuje lalkiem z nizin społecznych. Jak to będzie – pokaże czas 🙂

Congratulations on the 10th anniversary DollShe Craft!

Dear DollShe Craft,

Had it not been for your hard work and excellent craftsmanship, I would have not been able to write this review. I owe you so much! You really deliver upon your promisses, and I hope that one day you’ll be crowned the best BJD company in the world. This is my wish for you for your 10th anniversary. It’s an honour to have you with us for so long and I hope that you’ll stay with your fans for at least 100 years more!

Below you’ll find my review of my favourite doll by you. Hope that it will bring smile to your faces. Here it is:

Some people say that dolls are nothing more than inanimate objects, produced and designed to be played with, but many doll collectors, including myself, consider their BJDs as something beyond toys, more like remarkable works of art, towards which they grow a strong emotional attachment.

The BJD doll that I want to write about is very special to me. It constitutes an irreplaceable element of my doll collection and home décor. It travels with me to doll meetings and takes my breath away every time I look at it. Its name is Saint.

When I look at Saint, I always recall the image of Mona Lisa, painted by Leonardo da Vinci. It’s incredible that a modern doll, created 500 years after Gioconda, has so much in common with this noble lady from the past. Just take a short glance at Saint’s face. No matter what make-up he wears, or what colour his eyes are, you will find him full of enigma, as if he was holding some kind of a mystery inside. Despite that Saint was given harmonic, angelic features he’s not peaceful. Underneath his skin there hides an ocean of wild, untamed emotions, which overflow you, when you look him directly in the eyes. Once you fix your gaze on Saint’s face you’ll have the impression that you are being observed. He literally stares back at you, as if he was trying to hypnotize you. This unique feature distinguishes Saint from most of other BJD dolls. He appears alive to an unusual extent, which makes him exceptional. I believe, that the intensity of Saint’s stare is his main asset – it adds the depth to the doll and can be beautifully depicted in photos.

The face and its enigmatic look is not the only strong point of Saint. Let’s proceed to the body. Saint was equipped with a tall, slender yet strong frame, which is perfect for displaying fashionable outfits as well as more extravagant attires. His cat-like elegance combined with intriguing facial features make him a universal model. I believe, that if we had a possibility to turn Saint into a human being he would probably make a career in fashion modeling, and “conquer” the catwalks in New York, Milan and other capitals of the world fashion.

Speaking of modeling – it’s impossible not to mention the impressive flexibility of the doll. Over 15 points of articulation allow to pose it almost any way one wants to – the only limit is the imagination. Although it takes some time to learn how to work with the doll’s joints, the final results are truly worth all the efforts. Saint really knows how to use his body to impress – if he could speak he would probably tell us with a cheeky smile on his face, that he was born to be a star and that he is burdened with a glorious purpose, which is to receive nothing but praise.

Saint is incredibly photogenic and camera lenses literally love him. It’s not only because of his high cheekbones and distinct features, that change so easily in different types of lighing, but also due to the material Saint was made of. Fine resin is very much like marble – when it bathes in light, it reveals its soul to the viewer.

As you would expect each part of the doll is sculpted to the highest of standards and I can’t praise it up enough. My only complaint about Saint refers to his selling price. The doll is not cheap, it’s obvious. However, he is a thing of extremely rare beauty, and the things that we really crave for are seldom cheep, so I believe that those, who really love this doll are able to overlook the price somehow. Once you have him in your hands you really forget about money issues.

As far as I remember I have never been able to refer to Saint as to “a product”. The point is that for me he goes far beyond just being “a product”. It’s all about the variety of emotions he brings – my impatient desire for him to arrive, the joy of opening the package, love at first sight of him after he had been deboxed and many, many more feelings. The real value of this doll can not be measured with something so trivial as money.

Saint is EPIC. And let it be the last word of my review.

 

PS. Epic stands for: Enchanting, Perfect, Irresistible and Cute 😛 

 

This review is my contest entry to the event organized by Dollshe Craft – see the link below:

 

http://dollshecraft.com/board/view.php?board_name=DREAMBOARD4&ID=59

 

Tak, tak. Mam u siebie kilka lalek, o których nikt nic nie wie. Ale o tym  napiszę już po Nowym Roku. Głupio się przyznać, ale lalkowanie tak mnie wyprało, że ostatnio staram się trzymać z daleka od wszelkich tematów z nim związanych. W to, że pasja na nowo rozkwitnie w okolicach wiosny, nie wątpię. Z tego powodu pozwalam sobie na błogi urlop bez lalek. Zatem do wiosny, Szanowni! 🙂

 

Edit: Drugie miejsce i 50% zniżki. Ha!

Z mieszanymi uczuciami

To, że kocham „męskie” plastiki wiadomo nie od dziś. Szczególnym uczuciem pałam do wytworów jednej takiej podrzędnej firmy, której nazwy nie chcę tu wymieniać, bo mam wrażenie, iż robię to zbyt często, zbyt chętnie i zbyt namolnie. Rzeczona firma specjalizuje się w zabawkowych facetach, ale czasem, od wielkiego dzwonu wypuszcza też na rynek „damskie” plastiki. W większości – bardzo atrakcyjne wizualnie.

 


Rok temu straszliwie sparło mnie, aby dołączyć do swojej małej, figurkowej gromadki jeszcze jednego członka, tym razem z damskiej obsady. Wybierałam, przebierałam i jakoś nie mogłam się zdecydować. Akurat w tym czasie „firma której nazwy nie śmiem po raz kolejny wymówić” wydała bohaterkę „Batmana” – Selinę Kyle, więc w ostatecznym rozrachunku wybrałam właśnie ją. Selina miała bardzo ważną cechę, która dystansowała ją od innych rywalek – była tańsza!



Na odbiór figurki czekałam baaaardzo długo, właściwie tak długo, że zapomniałam o zamówieniu. A tu – kilka dni temu na maila przychodzi przypominajka od dystrybutora: „Chciałaś kobito lalkę, to potwierdź finalnie kupno (znaczy – wyskakuj z kasy), a my ci ją nadamy pocztą”. Co było robić? – jeśli się powiedziało „A” to trzeba było wydukać i „B”.


 

No więc Selina jest już u mnie. Wyjęłam ją z pudła, obejrzałam od góry do dołu, pobawiłam się w pozowanie i zaczęłam zastanawiać – cieszę się, czy nie cieszę z jej obecności? Po raz pierwszy mam problem z oceną własnych uczuć w stosunku do wyczekiwanej figurki. Jeśli chodzi o chłopaków to takich wątpliwości nie miałam – radował mnie i zachwycał z miejsca każdy nowo przybyły. Zakochiwałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Z Seliną będzie trudniej i trochę na przełaj. Raz – bo to baba, dwa, bo mam w stosunku do niej kilka zastrzeżeń. Zasugerowałam się bardzo silnie fotografiami promocyjnymi i wyobrażałam ją sobie trochę inaczej. Moje oczekiwania się nie sprawdziły. Składa się na to wiele czynników. Większość z nich to drobnostki, ale jak wiadomo, nawet nieistotne szczegóły są w stanie skutecznie ostudzić zapał i zgasić zachwyt.


 

Dziś jednak nie zamierzam rozwodzić się nad tym, co mi się w Selinie nie podoba. Pozwolę sobie zepchnąć negatywne odczucia na bok i spróbować cieszyć się, że dziewczyna w końcu zawitała do mnie. Choć strzała Amora nie uderzyła mnie w serce zaraz po wyjęciu kobiety – kot z pudełka, to i tak daję jej szansę. Najgłębsze zakochania zawsze przeżywałam powoli, bez fajerwerków na wstępie, więc może początkowy brak szalonego bicia serca to dobry znak?


 

Bardzo przyjemnie jest po raz pierwszy dotknąć dziewczyny, wyprodukowanej przez moją ulubioną zabawkową firmę, postawić ją obok chłopaków i obserwować ich reakcje. Bo w plastikowe chłopstwo jakby piorun strzelił – każdy poczuł w sobie Don Juana i próbuje zwrócić uwagę atrakcyjnej koteczki. Czy warto zaprzątać nią sobie głowę? – tę ocenę pozostawiam Wam. Być może poniższe zdjęcia pomogą odpowiedzieć na to pytanie.


 

01

Dopiero wyszła z pudełka, a już rozrabia! Odłóż tę pukawkę dziewczyno, jeszcze kogoś postrzelisz!


 

02

Moje sugestie nie na wiele się zdały. Nie pozwoliła sobie wydrzeć „gnata” z dłoni. Podobno bez broni czuje się nieswojo.


 

3

Anne Hathaway? Hmmm, nie jestem pewna. Bo trochę podobna i do Liv Tyler …


4

Jej włosy są bardzo niesforne. Beż żelu się nie obędzie!


05

Zgred? Chcesz mi nałożyć żel na włosy? Chyba żartujesz! Czy ja wyglądam jak Barbie?!


06

No dobrze, zgodzę się na ten żel, jeśli umieścisz mnie na półce obok NIEGO. (Tajemniczy on stoi poza kadrem. Całą reszta chłopaków zgrzyta zębami z zazdrości)

 

 

W kolejnej notce, już tradycyjnie, nieco bardziej szczegółowy opis pudła, akcesoriów i samej kocilli, to jest Seliny.

Rumpelstiltskin

Tytuł jest dla zmyły, bo dzisiaj będzie o lalce przechodzonej oraz problemach czytelniczych. Ale najpierw o problemach.


 

Sprawa ma się tak: w sieci co i rusz pojawia się jakiś nowy lalkowy blog. Od ilości ciekawych miejsc może pomieszać się w głowie. Praktycznie co dzień publikowane są w nich godne przeczytania wpisy. I jeśli ktoś chce śledzić i komentować wszystko na bieżąco, to dostaje kociokwiku. Po prostu za dużo jest wszystkiego do ogarnięcia! Czytanie kolejnych notek zajmuje sporo czasu i po takim maratonie można zapomnieć co kto napisał. A kiedy dochodzi do komentowania to – o rety! – czasami robi się boleśnie. Bo wiadomo, że gdy się czyjś blog lubi, to chciałoby się napisać coś przyjemnego, niebanalnego, z jajem i na temat. Ale kiedy jednego dnia przychodzi zamieścić dwadzieścia komentarzy u różnych osób, to mózg odmawia współpracy. I wtedy albo się u ludzi na blogach zaczyna wypisywać straszliwe bzdury (oczywiście pod przykrywką niezmiernie mądrych słów), albo nie komentuje się wcale.


 

Najgorzej jest w weekendy albo dłuższe przerwy świąteczne – bo wiadomo że w wolne dni nasza działalność zdjęciowo-pisarska sięga apogeum. Kilka swobodnych godzin aż prosi się o to, by wykorzystać je dla rozwoju ukochanego hobby lub podzielenia się z całym światem nowinami, co też się u nas dzieje. Ufff, ależ się wtedy trzeba nagimnastykować, żeby choć okiem rzucić na wszystkie ciekawostki, które się u blogowiczów pojawiają! Zajęcie, które w założeniu ma cieszyć, staje się dodatkową PRACĄ. Czasami nużącą. Normalnie nienormalne!


 

Zaczynam w końcu rozumieć osoby, które wolą nie zostawić komentarza niż korzystać z uniwersalnego lecz nudnego tekstu: „Ależ śliczną lalkę kupiłaś/kupiłeś”. Bo ileż można klepać to samo? I czy takie komentarze w ogóle jeszcze kogoś cieszą?


 

No, może trochę przesadzam. Przyjemnie jest wiedzieć, że znajomym podobają się nowe nabytki, co widać po entuzjastycznych opiniach pod notkami. A kiedy ktoś da się skusić na kupno takiego samego egzemplarza, bo zakochał się w tym z naszej notki, to można dumnie wypiąć pierś do przodu, zadrzeć nos do góry i udawać wielkiego, światowego trendsettera.


 

trendsetter

Według wujka Gugla światowy trendsetter wygląda jak ten nieco zarośnięty na licu pan, schowany za ciemnymi szkłami.


 

Reasumując – jeśli będziecie mieli ochotę zostawić komentarz pod dzisiejszą notką, to będzie mi miło. Hehehe! – no i wyszło szydło z worka – ten wstęp był tylko po to, by nabić sobie komcie

gdak gdak

 

 

A teraz do boju – znaczy – do Lalki Przechodzonej!


 

Lalka przechodzona rozpoczęła swój żywot jako zwykła Monsterzyca, czyli patykowate, wielkogłowe i zginaczkowate stworzenie, znane szerszym masom jako Ghoulia. Los przeznaczył jej życie pełne traumatycznych przeżyć i bolesnych upadków – Ghoulia straciła w strasznym wypadku twarz, odzienie i pudełko. Niewiele osób podniosłoby się po takiej tragedii – ale nie ona! Obdarzona wyjątkowym hartem ducha monsterzyca wskoczyła w kopertę i ruszyła w Polskę po prośbie. U tego wyprosiła nową fryzurę, u tamtego – elegancką kieckę. No czegóż to ona nie otrzymała! Rozum nie ogarnia! Ale najbardziej, tak naprawdę najbardziej to zależało dziewczynie na nowej twarzy. I wiecie co – trafiła w końcu do znanej w lalkowym świecie pani chirurg – Mobe, która podarowała jej nowe liczko:


 

01

Mam twarz! O Boże! Nareszcie!


2

Maluśki, zgrabny noseczek, zielone ślepiszcza i całuśne usta! Ha! Piękna jestem! Proszę chwalić i podziwiać!


3

 

 

No a na koniec smutna informacja – teraz za przeróbki biorę się ja. Nawet już zaczęłam działalność. Od pozbawienia biedaczki dłoni. Co będzie dalej, pokażą najbliższe dni. Na Waszym miejscu byłabym pełna obaw.


 

A na koniec notki zrobię to, na co zawsze miałam ochotę, ale jakoś się nie decydowałam, bo podobny patent widziałam u Was i myślałam sobie – eeeee, nie będę kopiować. Ale jednak będę i zakończę wpis piosenką! Nie byle jaką, bo smutną i dołującą. Żeby wprowadzić czytaczy w smętny, listopadowy nastrój. Jak depresja, to depresja pełną gębą!