Ivanhoe

Jedyną książką Waltera Scotta, którą obecnie mam w domu, jest „Ivanhoe”. Jak na osobę, która połyka powieści historyczne w ilościach hurtowych, to niewiele, bo Scott spłodził przecież ogromną ilość dzieł poświęconych rycerskim dziejom Szkocji. Sęk w tym, że twórczość klasyka nieszczególnie mnie porywa. O ile przed naszym Mickiewiczem gotowa jestem paść plackiem i bić mu pokłony (jestem głęboko przekonana, że był geniuszem, jego utwory czytam z wypiekami na gębie i drżeniem w sercu i generalnie mam daleko posunięte fiksum dyrdum na jego punkcie), to szkocki pisarz mnie „nie rusza”.

 

01

Nasz wieszcz wyglądał w młodości jak przyćpany muzyk zespołu rockowego, który wszystko ma w nosie i pewnie dlatego kobity tak za nim szalały. Wedle przekazów historycznych, pan Adam korzystał ze sławy ile wlezie i zaliczał fanki na pęczki. W szkołach wszelako nie uczą dzieci, że straszny był z niego jebaka i świntuch, bo to podkopało by świetlany pomnik, który zbudowali mu potomni.

 

„Ivanhoe” lubię chyba z jednego powodu – i to najmniej istotnego, czyli wątku romansowego. Dla niewtajemniczonych – krótkie wyjaśnienie ze spoilerem. Kto spoilerów nie lubi – niech  notki absolutnie dalej nie czyta, bo zepsuje sobie apetyt na przeczytanie książki i, co gorsza, na obejrzenie nędznych filmideł, które nakręcono na jej podstawie.

 

02

Wyjątkowo okropna ekranizacja powieści. Jedynym jasnym punktem jest to, że gra w niej Sam Neill, który niestety pod koniec umiera (ojej, zaspoilerowałam). Ale można sobie na niego trochę popatrzeć jak lata w zbroi i z NAGIM mieczem. Innych, godnych zapamiętania widoków golizny, ku mojemu ubolewaniu, nie ma 😦

 

Otóż na świecie żyje sobie cnotliwy i honorowy rycerz, rzeczony Ivanhoe, który z jakiegoś niewiadomego powodu jest szczególnie pożądany przez kobiety (pewnie jest oszałamiająco przystojny, męski i ma wielką, twardą i wiecznie wzniesioną ku niebu lancę). Los pcha w jego objęcia dwie atrakcyjne damy: narzeczoną – Rowenę (piękna, miła, przepełniona uczuciami patriotycznymi arystokratka) i Rebekę (córka żydowskiego kupca, kobitka wielkiej urody i sporej dzielności). Obie panie chciałyby przygarnąć rycerza do swego łona, przy czym Rebeka zdaje sobie świetnie sprawę z tego, że różnice, nazwijmy to – kulturowe, nie pozwolą jej urzeczywistnić marzenia, więc wzdycha sobie do chrześcijańskiego ciacha po cichu.


W adoracji Ajwenhoła Rebece przeszkadza nieco porwanie przez napalonego na jej niewieście wdzięki rycerza zakonnego, który stawia kobicie ultimatum: Albo będziesz moja, albo stanie się coś strasznego! (nogi ci zaśmiardną, porazi cię wieczne zatwardzenie  albo kot narobi ci do łóżka itp. itd.).

 

Ivanhoe rusza na pomoc uwięzionej (patataj, patataj, patataj, ihaaaaa!), odbija Rebekę i … potulnie wraca do narzeczonej. Uratowana ślicznotka płacze w rękaw i romanca się kończy. Zresztą inaczej nie może być, bo chrześcijański rycerz nie hajtnie się raczej z Żydówką, ani ona z nim, a bez ślubu raczej się nie połączą, choć oboje zapewne mają ochotę i myślą intensywnie o liczbie 69.

 

Aha! – w tle opowieści szwenda się Robin Hood, Ryszard Lwie Serce, cała kupa nienasyconych seksualnie Templariuszy, jak również błazen, chłopstwo i szlachta w ilościach niepoliczalnych.

 

A teraz „clue” tego całego wpisu, żeby nie było zupełnie od czapy. Gdyby bohaterki powieści były lalkami, to w mojej inscenizacji, wyglądałyby następująco:

 

Rowena

Blondyniasta Rowena (w tej roli plażowa P.J.)


Rowena 2

Mówię wam, średniowieczne damy na bank chodziły w bikini 😉


Rebeka

Czarrrrrrrnowłosa Rebeka (w postać Izraelitki wcieliła się Barbie-Hawajka)


Rebeka 2

Niebrzydka jest skubana 😛

panie razem

Brygada „RR” – Rowena i Rebeka

Ja się w zasadzie nie dziwię, czemu Ivanhoe miał rozterki sercowe. Obie dziewuchy były przyjemne dla oka i miały fajne nogi 😛

 

 

Aha, ten wpis to właściwie jest pożegnanie z P.J., która na dniach pojedzie do nowej właścicielki. Zachciało mi się uwiecznić ją na zdjęciach (ku pamięci), a że w porównaniu z ciemnowłosa koleżanką tchnie słodyczą i miękkością charakteru, więc idealnie nadała się do roli Roweny.

9,75

Musical to dla mnie forma niestrawna. Próbowałam ją przyswoić i polubić, ale zwyczajnie nie dałam rady. Swoje spotkania z przedstawieniami i filmami muzycznymi wspominam jako epickie klapy. Z tego powodu obejrzenie filmu „Sweeney Todd – demoniczny golibroda z Fleet Street” było dla mnie sporym i bolesnym wyzwaniem. Dusza wprost buntowała się przeciwko musicalowemu wyciu. Mękę seansu osłodziła mi wyłącznie obecność w filmie Johnny’ego Deppa, którego twarz „od zawsze” wywołuje u mnie zachwyt i niedowierzanie, że natura była w stanie stworzyć tak harmonijne i doskonałe męskie oblicze.

 

johnny

Bardzo ładny pan 🙂

 

Johnny Depp, ucharakteryzowany na pomysłowego zabójcę, spodobał mi się na tyle, że nabyłam jego podobiznę od Hot Toys, o czym już doskonale wiecie, bo piałam z radości gdzie tylko się dało. Dziś moje emocje pozakupowe już tak nie szaleją, lecz nadal powodują uporczywe powracanie myśli do ostatniego nabytku. W związku z tym chciałabym jeszcze raz zatrzymać się przy postaci Sweeneya, tym razem próbując spojrzeć na niego jak na produkt. Jeśli nie znudziła Was dotąd postać morderczego golibrody to zapraszam na jeszcze jedno spotkanie z tym londyńskim gentlemanem, tym razem – w formie recenzji.


01

 

———————————————————————

 

1. Opakowanie.

Przy odpakowywaniu większości lalek, które do mnie docierają, wzdycham sobie smutno pod nosem: „Gdzież, och, gdzież podziały się piękne czasy, gdy zabawki sprzedawano w prostych pudełkach, nie opancerzonych poplątanymi drucikami, taśmą klejącą i innymi diabelskimi wynalazkami współczesności!” Przy wyjmowaniu Sweeneya z opakowania nie musiałam uruchamiać zwyczajowego zestawu jęków. Nie było ku temu podstaw. Producent umieścił figurkę w kilku warstwach wyprofilowanego plastiku, który nie tylko skutecznie ochronił ją od jakichkolwiek uszkodzeń ale i pozwolił na szybkie uwolnienie Sweeney’a z wnętrza pudła. Obyło się bez cięcia taśm, rwania drucików, walki z oporną tekturą. Alleluja, niech pochwalone będzie imię lalkowego Pana!


02

Akcesoria Sweeney’a umieszczone w plastikowej przekładce. Czas wyjęcia – poniżej 1 sekundy. Czas ponownego umieszczenia w opakowaniu – także poniżej 1 sekundy.

 

Opakowanie zewnętrzne zabawki różni się znacząco od pudełek, w których przybywały do mnie poprzednie lalki formatu 1:12. Po pierwsze – jest bardzo duże. „Trumienka” Barbie wygląda na jego tle niezbyt okazale i wydaje się maciupka. Po drugie, tekturowy „dom” Sweeneya wyróżnia się mroczną kolorystyką, która powinna zadowolić każdego wampira  🙂


boxes


„Czarna skrzynia” jest wykonana bardzo starannie i przede wszystkim – w taki sposób, że jej otwieranie nie nastręcza żadnych trudności. Ciekawym akcentem jest biegnący z przodu pudła „krwawy ślad” brzytwy. Poza tym na opakowaniu brak ozdób. Ascetyczny styl pasuje do „mrocznej” zawartości i jest nienatarczywy. W mojej opinii ta prostota zasługuje na pochwałę.


Podsumowując: Opakowanie nie tylko spełnia rolę ochronną ale i cieszy swoją estetyką. Całokształt „na duży plus”. Pudełko zgarnia 10 punktów na 10 możliwych.

 

2. Dokładność odwzorowania rysów i fryzury Sweeneya.


Pierwsze spojrzenie na twarz figurki rozwiewa wszelkie wątpliwości – przed nami stoi Sweeney, czy raczej ucharakteryzowany na demonicznego zabójcę Johnny Depp. Podobieństwo zabawki do ludzkiego pierwowzoru jest porażające. Największe wrażenie robią oczy, które wydają się należeć do żywego człowieka. Równie dobrze prezentuje się „makijaż” i cieniowanie twarzy – każdą plamkę farby naniesiono z niezwykłą precyzją, tak, aby wywołać wrażenie obcowania z prawdziwą osobą (oczywiście 12 razy zmniejszoną ).


Sposób, w jaki artyści z Hot Toys opracowali twarz Sweeneya, uznaję za godny tytułu mistrzowskiego.

 

front

 

03

Oczy golibrody błyszczą jakoś tak podejrzanie. Albo ma bestia gorączkę, albo planuje kolejny mord …

 

 

Można by powiedzieć – głowa idealna. Na tej doskonałej kopii jest niestety rysa. Przyjrzyjmy się fryzurze Todda w perspektywie „z lotu ptaka”. Przez środek bujnej (plastikowej) czupryny biegnie niepokojące pęknięcie, sygnalizujące miejsce łączenia „włosów” z częścią twarzową figurki.


 

z lotu ptaka

 

W mojej opinii to rozwiązanie chybione. U innych zabawek od Hot Toys zastosowano sprytniejsze typy maskowania łączeń. Ze względu na tę „niedoróbkę”, w kategorii „podobieństwo” przyznaję produktowi 9 punktów na 10 możliwych.

 

3. Strój

 

Sweeney ubrany jest w strój, będący doskonałą kopią kostiumu ekranowego, co oznacza, że jego ubranie jest wielowarstwowe: pod czarnym płaszczem kryje się ekstrawagancka pół-marynarka, pod marynarką – koszula. Spodnie przytrzymywane są „prawdziwymi” szelkami, a pod nimi schowana jest … bielizna. Jestem pełna podziwu dla firmy Hot Toys, której chciało się szyć dla Sweeneya gaciorki 😀

 

Każda część garderoby jest uszyta bardzo starannie, z oddaniem charakterystycznych detali. Wierzchnie części są wyposażone podszewką, tak jak ubrania prawdziwych ludzi.

 

Negatywną cechą wielowarstwowej odzieży jest znaczne ograniczenie ruchów Sweeneya. Teoretycznie może on „wyginać śmiało ciało”, bo macierzysta firma zaopatrzyła go w trzydzieści dwa punkty artykulacji. Jak tu jednak przybierać różnorakie pozy, gdy jest się skrępowanym trzema warstwami ciuchów? Po prostu się nie da. Aby móc „działać” konieczne jest zdjęcie nadmiarowych elementów garderoby.


05

Jak sobie człowiek wyskoczy z ciuszków, to można złapać brzytwę do ręki, za pas zatknąć białą chustę i zacząć zarzynać klientów 😀

 

Dzięki starannie uszytemu strojowi plastikowy gentleman może śmiało kandydować do tytułu najbardziej eleganckiego dandysa-zabójcy wszechczasów 🙂

 

Przy okazji może także zawalczyć o miano dziwadła roku. Bo chodzi tutaj, proszę Szanownego Państwa, o coś takiego:


06

Buciki niby fajne ….

 

07

… ale gdzie u licha podziały się stopy?

 

Otóż to! Wzmiankowany Sweeney nie ma stóp! Buty robione są „na wkrętkę”. Po ich zdjęciu ukazuje się od spodu dziura w nodze. Można w nią włożyć stópkę od innego „hottojsa”, ale właściwie po co? Sweeney na bosaka wyglądałby przecież niepoważnie.

 

Z tego powodu, pomimo dość dziwnego rozwiązania w kwestii obuwia, całokształt stroju i tak oceniam na 10 punktów.

 

4. Akcesoria

 

W minionych czasach pannom na wydaniu dawano z domu wiano, a w dzisiejszych – plastikowe figurki też takowe dostają.


Na wyprawę Sweeneya składają się mordercze narzędzia pracy, stojak oraz diorama. Watch this:

 

08

 

11

 

12

 

diorama

 

Wszystko toto fajne, tylko … plastikowe, a diorama z tektury. Brzytwami nie da się nikogo zaciąć, nawet, gdyby bardzo się chciało. Nie mam żalu do Hot toys, że akcesoria są „udawane”, ale fajnie byłoby zobaczyć takie bardziej zbliżone do oryginałów.

 

Na stanie są też dwie pary rączek w różnych rękawiczkach. Jeśli Sweeneyowi znudzą się nałożone obecnie dłonie, to może je sobie wymienić na inne. Też bym tak chciała.


10

 

W kategorii „akcesoria” nie mogę przyznać mniej niż 10 punktów. Jest to wskazane, ale sumienie mi nie pozwala. Toż Sweeney jest uposażony lepiej niż niejedna barbiowa panna (sorry, Mattel’u!)

 

A teraz, o Wielce Szanowni Czytacze, nadszedł czas na zsumowanie punktów. Moja genialna intuicja matematyczna mówi mi, aby wykonać następujące działanie:

10+9+10+10 = 39

39/4 = 9,75

 

9,75 = tytuł dzisiejszego wpisu

 

Jak widać Sweeney nie otrzymał ode mnie oceny maksymalnej. Rezerwuję ją dla lalki lub figurki, na której widok spadną mi kapcie, załzawią oczy, z uszu pójdzie para i w dodatku rozpoczną się sensacje żołądkowe. Zakładam, że kiedyś ją znajdę. A nawet jeśli nie, to przyjemnie będzie gonić za ideałem.

 

Tym światłym i głęboko filozoficznym spostrzeżeniem żegnam się dziś z Wami. Dziękuję za wytrwałość przy czytaniu notki! Niech Bóg Wam w dzieciach wynagrodzi, albo w naturze (do wyboru!).

 

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

 

Na koniec wpisu zareklamuję nazwiska osób, dzięki którym powstała moja figurka. Uważam, że należy im się darmowa promocja – ludzie ci wykonali kawał świetnej roboty!

 

credits

Trzykrotne przebicie

Kiedy doszło do mnie, że lalki Barbie o typie twarzy „Superstar” to nie moja bajka, postanowiłam pozbyć się wszystkich z domu. Operacja udała się w stu procentach. Po opustoszeniu półek doszłam jednak do wniosku, że powinnam była zachować choćby jedną „superstarkę”, która uosabiałaby w mojej gromadce ducha zabawek Mattel z lat osiemdziesiątych. Po przemyśleniu sprawy doszłam do wniosku, że żadna ze sprzedanych lalek nie spełniałaby tego zadania. Potrzebna mi była laleczka charakteryzująca się ponadprzeciętnym „przepychem” i jednocześnie wyraźnym kiczem. Byłam pewna, że nie chcę żadnej blondynki – w moich rankingach plastikowe dziewczęta o jasnych włosach zawsze przegrywały z szatynkami i rudasami.


Przeszukiwanie zasobów internetu dało zadowalający efekt – w oko wpadła mi lalka z serii „Enchanted seasons” – Autumn Glory Barbie. Postanowiłam, że zostanie ona jedyną superstarką w mojej pseudo-kolekcji.

 

Namierzywszy cel postanowiłam czym prędzej dokonać zakupu. Lalkę można było nabyć w kilku serwisach z zabawkami, na Allegro oraz w dość popularnym wśród lalkowiczów sklepie For less than ever. We wszystkich tych miejscach upatrzona Barbie była horrendalnie droga – ceny nie schodziły poniżej 160 zł. Po doliczeniu kosztów przesyłki zakup lalki zdawał się zamykać w kwocie 200 zł. Szukałam więc dalej. Dość oczywistym rozwiązaniem było przeszukanie zasobów eBaya, gdzie laleczka „sprzedawała się” za 15,00 USD …


Przeczytałam komentarze na temat sprzedającego – zdecydowana większość była pozytywna co pozwalało mieć nadzieję na jego uczciwość. Kliknęłam opcję „kup teraz”, przelałam należność i po tygodniu lalka była u mnie. Wysokość wydanych środków (łącznie z przesyłką na terenie Unii Europejskiej) nie przekroczyła 80 zł.

 

Lalka, którą kupiłam niczym nie różniła się od swoich droższych koleżanek – nigdy nie odczepiano jej od tekturki ani nie wyciągano z pudełka, które zachowało swe dziewicze zabezpieczenia (było porządnie zaklejone). Skąd więc wzięła się taka różnica cen zabawki oferowanej przez różnych sprzedawców? Czyżby moja Barbie była z jakiejś limitowanej, trudno dostępnej serii? Ależ skąd! Po prostu sprzedawcy, wiedząc, że klienci z Polski wolą kupować w rodzimych serwisach, windują koszty nietypowych produktów maksymalnie wysoko, każąc sobie słono płacić za coś, co gdzie indziej jest uważane za towar niewielkiej wartości, dostępny od ręki. Dlatego decydując się na zakup upatrzonej lalki warto przejrzeć kilka źródeł dostawy, by nie dać naciągnąć się sklepowi, który oferuje kilkukrotne przebicie.

 

Kończąc swoje wywody zapraszam do obejrzenia zdjęć barbioszki 🙂

 

01

„Autumn Glory Barbie” czyli Baśka jesienna. Szczerze mówiąc nie planowałam zakupu lalki, która „wtopi się” w obecnie panującą porę roku. Jakoś tak samo wyszło 🙂

02

Miało być pysznie i bogato. No i jest! Ilość złotych i lśniących elementów pokrywających lalkę powoduje oczopląs. Takiego „błysku” nie miały chyba nawet lalki z serii My Scene 😛

03

Lalka ma przy kapelutku PRAWDZIWE kurze piórko. Mam nadzieję, że przy szyciu jej stroju nie skrzywdzono żadnego ptaka.

04

Buziak lalki ujął mnie dwoma szczegółami – oczami w odcieniach brązu (niespecjalnie lubię błękitne ślepka u Barbioszek) i żółtym cieniem na powiekach. Sama bym takie chciała mieć, ale jak znam życie wyglądałabym po ich użyciu ohydnie 😛

05

Kiedy byłam dzieciakiem marzyłam o tym, że kiedyś dostanę suknię z takiego lekkiego, mieniącego się materiału jaką ma Barbie. Jako stara baba wolę bardziej stonowane ubiory, ale gdzieś w głębi duszy nadal tkwi obraz mnie samej w pysznej kiecce, z toną biżuteryjnych błyskotek, biorącej udział w wielkim balu na królewskim dworze 🙂

Krwawe zapędy mściwego golibrody

Sweeney Todd cast

Zdjęcie pobrano z serwisu BBC news

 

Zaczęło się od filmu, który niespecjalnie mi się podobał – „Sweeney Todd, demoniczny golibroda z Fleet Street”. Do kina poszłam skuszona nazwiskiem reżysera (Tim Burton) i obsadą (Johnny Depp, Helena Bohnam-Carter, Alan Rickaman). Z seansu wychodziłam znudzona. Film rozczarował mnie pomimo pięknej oprawy wizualnej i dość sprawnie poprowadzonej fabuły, która, nawiasem mówiąc, bardzo różni się od prawdziwej historii mordercy znanego jako Sweeney Todd.

 


O filmie byłabym szybko zapomniała, gdyby nie przypadkowy zakup w second handzie. Do sklepów z używaną odzieżą chodzę zasadniczo w dwóch celach: w poszukiwaniu lalek i płyt DVD. Te drugie, sprowadzane zza granicy, można kupić za bezcen (w granicach 3 zł za sztukę). Klienci ciucholandów zazwyczaj się nimi nie interesują, z powodu braku polskiego lektora i napisów. Dla mnie taki brak jest bardzo pożądany, bo lubię oglądać filmy w oryginale. W ten sposób można się nauczyć wielu nowych słów i osłuchać z ich brzmieniem.

 

 

Kupiony w tanim Armanim film obejrzałam w domu z rodziną. Uznaliśmy wspólnie, że raczej do niego ponownie nie wrócimy, ale że fajnie byłoby mieć podobiznę głównego bohatera, granego przez Johnny’ego Deppa. O tym, że jest ona dostępna na rynku dobrze wiedziałam – od jakiegoś czasu namiętnie przeglądałam stronę słynnego producenta figurek, firmy „Hot Toys”. Sweeney Todd „był na składzie”. Cena, niestety, była dość słona. Od czego jednak są dodatkowe prace zlecone? Jak się chce zdobyć wymarzoną lalkę lub figurkę, to jest to silna motywacja do dodatkowego wysiłku, mierzonego w złotych polskich. No i stało się – Sweeney od jakiegoś czasu mieszka u mnie.

 

 

Nadejście figurki było momentem bardzo radosnym, ale i kłopotliwym. Sweeney został przesłany do mojego biura, zapakowany w OGROMNE pudło, które jakoś trzeba było przetransportować do domu. Biorąc pod uwagę fakt, że do pracy samochodem jeżdżę bardzo rzadko, to dowiezienie upragnionej zabawki do własnego mieszkania, w godzinach szczytu, w zapchanym autobusie, było wyjątkowo niewygodne i nieprzyjemne.

 

 

Za to powitanie nowego lokatora „w domowych pieleszach” odbyło się w tempie ekspresowym. Ciach! – otworzyło się pudełko, ciach! – na podłogę poleciały chroniące Sweeneya plastikowe okrywacze i mój wymarzony lalek (figurek?) był w końcu wolny! 🙂

 

 

Chęć obejrzenia go z bliska była zbyt silna, by dokumentować poszczególne etapy wyjmowania z pudła, dlatego w dzisiejszej notce zaprezentuję zdjęcia, które zrobiłam „na szybko”, dla zaspokojenia wewnętrznej potrzeby uwiecznienia demonicznego golibrody na fotografiach. Regularna recenzja figurki, w której postaram się zaprezentować wszystkie plusy i minusy produktu, pojawi się w kolejnym wpisie. Chwilowo nie umiem za bardzo skupić się na szczegółach i dodatkach do Sweeneya – chyba za bardzo cieszę się z niego samego 🙂

 

01

W tle Sweeneya – płyta DVD która popchnęła mnie do zakupu. Filmu już więcej nie obejrzę, ale chyba zostanie na półce ze względu na zaawansowane instynkty chomikowania.

 

02

 

03

 

Nic na to nie poradzę, szaleję za tą twarzą. Johnny Depp w każdej wersji jest piękny. Także tej „demonicznej”.

 

04

 

05

 

„Ja jestem brzytwiarz, a to jest moja brzytwa!” – kojarzycie cytat? Na pewno kojarzycie 😀

 

06

 

Szkoda, że współcześni panowie nie noszą na co dzień tak fajnych, klimatycznych ubrań i … fryzur 🙂

 

07


Sweeney znalazł dość szybko kolegę, który zechciał wysłuchać jego opowieści o utraconej rodzinie. I jakoś tak wyszło, że panowie się zakumplowali. O ile znam swojego wewnętrznego zboczeńca, to w przyszłości będzie między nimi gorąco, o czym zawczasu przestrzegam 😀

 

Analizując swoją reakcję na przybycie Sweeneya muszę stwierdzić, że dość mocno zaraziłam się hot-toysowym wirusem. Planuję w przyszłości zdobyć jeszcze kilka figurek, które mnie uwiodły. Bardzo szybko się to nie stanie, bo najpierw trzeba złapać jakieś prace zlecone, żeby zarobić na kolejne wariactwa i szaleństwa, a ja jednak jestem leń 😛

Gay is fun! – część 2

UWAGA – niniejszy wpis jest kontynuacją notki poświęconej lalkom-gejom. W związku z kontrowersyjną tematyką oraz zdjęciami, na których widoczne są elementy anatomiczne lalek, proszę wszystkich czytelników o rozważenie, czy naprawdę chcą się zapoznać z notką! Wchodzicie na własną odpowiedzialność!

[more]

 

 

Do Gay-Boba i Billy’ego dość szybko dołączyły kolejne lalki-geje. W świecie kolekcjonerów szczególną popularnością cieszy się Tom z Finlandii (Tom of Finland), powołany do życia przez popularnego autora komiksów erotycznych, Touko Laaksonena. Artysta, zafascynowany męską urodą i przejawiający wyraźne fascynacje homoseksualne, dość szybko stał się kultową postacią środowiska gejowskiego i … artystycznego. Pomimo tego, że jego prace nosiły jawnie pornograficzny charakter, to wystawiano je w galeriach sztuki i muzeach (Muzeum Sztuki Współczesnej w Helsinkach, Muzeum Sztuki Rejonu Los Angeles, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w San Francisco). Rysunki Laakonena legły także u podstaw  kolekcji mody, autorstwa Gary’ego Robinsona i Davida Johna:


 

Dla nas ważna jest jednak lalka. Tom of Finland powstał w oparciu o wizerunek głównego bohatera komiksowej serii, niejakiego Kake. Jego szczególną cechą był sposób ubierania – Kake nosił obcisłe, czarne skóry, podkreślające atrybuty fizyczne „ogiera”. Twórcy lalki skopiowali także charakterystyczny, na poły szelmowski, na poły obleśny półuśmiech komiksowej postaci.


1

Źródło/source: http://www.wackystacker.com/Tom.html

2

Źródło/source: http://www.flickr.com/photos/samm4mrox/6936373181/in/photostream/


Lalka trafiała do właściciela z kompletem akcesoriów: stojaczkiem, wymiennymi stopami i dwójką uroczych penisków (obrzezanym i nieobrzezanym – do wyboru, do koloru!). Męska część ciała lalki była dodatkowo zginalna – aby można było, hmmm, ustawić ją w różnych pozycjach. Strasznie perwersyjna zabawka 😀


3

Źródło/source: http://www.thedollpage2.com/photopost/showphoto.php/photo/232746

 

W świecie lalek pojawiały się od czasu do czasu zabawki wzorowane na realnych postaciach. Swojego czasu Mattel wypuścił kilka podobizn postaci ze świata popkultury (Marylin Monroe, Elvis, Frank Sinatra, James Dean, Cher itd., itd.). Do grona „znamienitości”, które uwieczniono w plastiku, dołączył także dość popularny aktor filmów dla dorosłych – Jeff Stryker. Porno-gwiazdor, który w naturze był bardzo przyjemnym dla oka mężczyzną, wypuścił na rynek lalkę, którą można uznać za jego karykaturę. Zresztą, porównajcie sami:


4

Źródło/source: http://www.helloquizzy.com/quizzy/results?quizzyid=4630777122934341890&resultid=4

5

Źródło/source: http://www.flickr.com/photos/35899061@N04/4341753912/in/photostream/


Lalka odznaczała się kiepskim wykonaniem. W odróżnieniu od Toma z Finlandii była mało „ruchliwa”, szczególnie w miejscach ważnych strategicznie. Być może dlatego nigdy nie zdobyła statusu lalki kultowej. Jeff Stryker wydawał się jednak zadowolony z plastikowego autoportretu i dość mocno reklamował go podczas różnych targów erotycznych. Lalkę kupowali głównie fani aktora. Zapewne bardzo chcieli mieć w domu jego podobiznę i nie bardzo obchodziło ich to, że była niezbyt udana.

Gay is fun! – część 1

UWAGA – niniejszy wpis poświęcony jest lalkom-gejom. W związku z kontrowersyjną tematyką oraz zdjęciami, na których widoczne są elementy anatomiczne lalek, proszę wszystkich czytelników o rozważenie, czy naprawdę chcą się zapoznać z notką! Wchodzicie na własną odpowiedzialność!

[more]

 

 

O ile Barbie nie miała żadnych związków ze światem lesbijskim, to jej towarzysz, Ken, dość często kojarzony był ze środowiskiem gejowskim. Winę za to ponosili w dużej mierze projektanci jego ubranek, którzy opracowywali frywolne kreacje na podobieństwo tych, które można było oglądać na uczestnikach homoseksualnych parad w Berlinie lub w gejowskich klubach Ameryki. Siateczkowe, półprzeźroczyste koszulki,  króciutkie spodenki lub ściśle przylegające do ciała spodnie stanowiły dość frywolne wdzianka i nic dziwnego w tym, że szokowały klientów Mattel. Ich kolorystyka w wielu przypadkach także wydawała się kontrowersyjna. No bo czy prawdziwy macho chadza w różowych topach i gatkach w kwiatki?


01

Disco ken. Źródło/source: http://www.manbehindthedoll.com/disco.htm

2

Wet n’ wild ken. Źródło/source: http://www.manbehindthedoll.com/wetnwild.htm

3

Hawaiian fun Ken. Źródło/ source: http://www.manbehindthedoll.com/hawaiianfun.htm

4

Earring magic ken. Źródło/source: http://www.lynneslovables.com/website/NRFB%2090%27S.htm

 

Nieszczęśni klienci Mattel prawdopodobnie zeszliby na zawał, gdyby dowiedzieli się, że wśród lalek istniały również takie, które naprawdę mogłyby zwieść myśli ich dzieci na manowce. Lalki te, przeznaczone dla dorosłego odbiorcy, były po stokroć bardziej niegrzeczne od Kena i w przeciwieństwie do niego, sowicie obdarzone przez „naturę. W dodatku otwarcie propagowały odmienność seksualną, co czyniło z nich zabawki „zakazane”.


Najwcześniejszą lalką-gejem był Bob, produkowany przez firmę Gizmo Development. Pierwsze egzemplarze trafiły na rynek w 1977 roku. Według producenta celem wypuszczenia lalki była poprawa wizerunku gejów w oczach heteroseksualnej części społeczeństwa.


3

Źródło/source: http://thechive.com/2009/01/08/gay-bob-doll-8-photos/

 

Lalkę sprzedawano w pudełku o kształcie szafy, na którym nadrukowano napis: „Wyjdź z szafy razem z gay-Bobem”. Dość bezpośrednie przesłanie, nieprawdaż?


4

Źródło/source: http://siecioholik.pl/10-najdziwniejszych-figurek-zabawek/gay-bob-doll/

 

Koszt pojedynczej lalki nie był wysoki i zamykał się w 19,50 USD. Jeszcze taniej wychodził zakup „parki”, która kosztowała 35 USD.


5

Źródło/source: http://www.kotzendes-einhorn.de/blog/2011-11/gay-bob-die-erste-schwule-actionfigur/

 

Szokującym elementem „wyposażenia” Boba był prawdziwy penis, który prezentował się „w stanie spoczynku”.


5

Źródło/source: http://lustnspace.tumblr.com/post/26737072248/doll-gay-bob-aka-gay-i-joe-lol

 

Bob nie był szczególnie przystojną lalką, lecz z pewnością opracowano go z dużą dozą humoru: był ubrany jak kowboj i od pierwszego spojrzenia „odpowiednio” się kojarzył. Nic dziwnego, że w rankingach lalek gejowskich do dziś zajmuje honorowe, pierwsze miejsce.

 

Kolejną lalką, odczarowującą temat homoseksualizmu był „Billy doll” od firmy Totem International. Swoją karierę zaczął w 1994 roku i jest dostępny w sprzedaży aż do dziś!


Billy’ego wymyślił amerykański artysta Johna McKitterick dla potrzeb pieprznego komiksu o przygodach seksualnie wyzwolonego amerykańskiego chłopaka o kształtach kulturysty. Maksyma, którą kierował się w życiu Billy brzmiała: „Jestem dumny z bycia gejem!”.

 

Pierwsze lalki, wykonane na podobieństwo komiksowej postaci, były wykonane chałupniczo. Było ich zaledwie 1200 egzemplarzy. Sprzedano je na pniu podczas londyńskiej aukcji na rzecz ofiar AIDS. 


1

Źródło/source: http://www.balaams-ass.com/journal/housechu/billydol.htm

2

Źródło/source: http://www.back2stonewall.com/2012/05/lgbt-flashback-1997.html

2

Źródło/source: http://www.flickr.com/photos/obie099/1424443153/

 

Billy rzeczywiście nie ukrywał swojej seksualności. Gdy w 1996 roku producent postarał się dla niego o dwóch, nowych towarzyszy (Tysona i Carlosa), Billy stworzył z nimi gorący trójkącik, nie zapominając wszakże o walce z AIDS!


3

3

3

3

Widoczne wyżej skany uzyskałam dzięki uprzejmości kolegi z serwisu Flickr’a

 

C.D.N.

Dawno, dawno temu

Kiedy patrzę na zdjęcia, na których uwieczniono mnie jako małą dziewczynkę, to kiwam z niedowierzania głową. No bo czy możliwe jest, żeby dorosły, duży człowiek był kiedyś taki malutki i beztroski? Osóbka, patrząca z cielęcą ufnością w obiektyw, wydaje się nierzeczywista jak postać z bajki i już od dawna nie istnieje. Ludzie nauczyli ją trzeźwego myślenia i samodzielności w życiu, zapisali w głowie recepty na to jak się zachowywać, jak walczyć o swoje i doskonalić umiejętności. Dziś nie pamiętam co siedziało mi w łepetynie dawno temu, gdy byłam jeszcze niedorosłym szkrabem i nie umiem odtworzyć swoich myśli. Dorosły mózg przemielił dziecięce odczucia, przerobił je na pożywkę, na której wyrósł trzydziestokilkuletni staruch. Dobrze, że zostały mu choć zdjęcia. Gdyby nie one, to staruch za nic by nie uwierzył, że gdzieś i kiedyś, w innej przestrzeni i czasie jeszcze wcale go nie było.

 

SZ_01

 

Czasami zastanawiam się, czy rodzice, kupując nam zabawki, nie skazują nas, dziewcząt, na miłość do lalek. W końcu lale otaczają małe kobietki w zasadzie od początku życia. Dzisiejsze dzieci za kilkadziesiąt lat z łezką w oku wspominać będą Barbie-fashionistki, ja – gdzieś w kąciku wspomnień zachowałam obraz ulubionej lali – Malwiny. Jak na dzisiejsze standardy, to Malwinka nie była ładna – duża, nie bardzo ruchliwa, nie uwieczniona w żadnej telewizyjnej reklamie i w ogóle jakaś taka toporna. Ale za to jak dobrze ją było przytulać!


SZ_02

 

Malwinka tryumfalnie dzierżyła tytuł najukochańszej lalki do momentu, w którym w domu nie pojawiła się Lusia, a właściwie – Lusia i Kasia. Lusia w zasadzie była moja, a Kasia – rodziców. Lusia była śliczna, miała złote włoski, umiała „chodzić” a po naciśnięciu na brzuszek mówiła „mama”. Kasia była czerwona, pomarszczona, łysa i nic mówić nie umiała. Na początku się jej bałam i szczerze nie znosiłam. Nie rozumiałam, po co nam w domu jakaś „Kasia”. Przecież wystarczyłaby śliczna Lusia. Z Kasią nie dało się bawić.


SZ_03

 

A później, właściwie nie wiadomo kiedy, Kasia stała się ważna, a Lusia – poszła do kąta, do pudełka, skąd wyglądała bardzo rzadko, chyba tylko po to by wywołać uśmiech na twarzy „różowego kapturka”. A kiedy i Kasia o niej zapomniała lala przeszła niepodzielnie w ręce … babci.

 

To zabawne, ale myślę, że babcia zazdrościła nam po cichu zabawek. Nie wiem czy w dzieciństwie jakieś miała. Nigdy jej o to nie spytałam. Teraz żałuję. W pamięci został mi jednak obraz babci, rozsadzającej nasze lale na wzorowo zaścielonym łóżku.

 

Kiedyś łóżka słało się inaczej niż dziś – budowało się na nich równiutki kopiec z kołder, który przykrywało się jakimś pięknym pledem lub kocem, a na wierzchu – haftowaną serwetą. Na samej górze piętrzyły się ozdobne jaśki. Zasłanie takiego łóżka było sztuką, bo przecież kiedyś pościel napychano puchem, więc ułożenie wszystkiego bez jednej fałdki bądź „brzucha” do łatwych rzeczy nie należało. 


Kiedy już kołdry i poduchy leżały „jak Pan Bóg przykazał” babcia rozmieszczała na górze pościelowego kopca lalki. Każda siedziała sobie miękko, jak królowa, omiatając wzrokiem pokój, jakby mówiła: – Patrz jak mi tu dobrze, jak wygodnie!


Nie mam żadnego zdjęcia z pięknie zasłanym łóżkiem 😦 Ale nawet, gdybym je miała, to przypominałoby mi ono nie usadzone na łóżku lalki, tylko osobę, która je tam troskliwie układała.

„Prawie” fashionista – II

Dzięki wskazówce Imago, zamieszczonej w komentarzach pod poprzednią notką, zdecydowałam się bliżej przedstawić Jake’a, dodatkowo porównując go z kenem-Fashionistą. Wniosek z tego porównania już na samym wstępie jest taki, że laluś od Mattel przegrywa na wszystkich możliwych frontach, włączając nawet kwestię urody. Zresztą, zobaczcie sami.


1

 

Obie lalki są mniej-więcej tego samego wzrostu.  Fashionista nieznacznie przewyższa kolegę, ale jest to różnica nieznacząca. Dość duża dysproporcja dotyczy natomiast wielkości głów – u Jake’a zachowano w stosunku do całej sylwetki kanon witruwiański, Fashionista natomiast jest pod względem anatomicznym dość fantazyjnym tworem.


2

 

Z mojego punktu widzenia korzystniej wygląda figurka od Hot Toys i choć głupio się przyznać, to aż mi ślina cieknie, kiedy patrzę na jej kształty. Oby więcej takich było wokoło (oczywiście w postaci ożywionej!)


Chłopcy mają różnej wielkości klaty i pewnie bez trudu zgadniecie która należy do tego bardziej „męskiego” rodzynka.


3

 

Rozbrajają mnie te kłaki na klacie 😀


4

 

Korpus Fashionisty został odlany z jednego kawałka plastiku, u Jake’a natomiast składa się z trzech części, co pozwala przystojniakowi okręcać się w talii. Poniżej widok na tułów od tyłu, wraz z ujęciem apetycznej dupki (Ło Jezukryście, o czym ja myślę?)


5

 

W tym miejscu chciałam wyjaśnić, że nie ustawiłam Jake’a w tej pozycji, żeby bawić się z nim w zboczonego glinę, który każe ujętemu biedakowi stanąć pod ścianą w szerokim rozkroku, i wyciągnąć ręce nad głową, gdy tymczasem podniecony obrońca prawa i sprawiedliwości zaczyna … (a jednak o TYM myślę, psiakostka!)

 

Zakładam, że Jake, w przypadku zalotów jakiegoś policjanta wybroniłby się sam, wystarczy spojrzeć na jego potężne łapy. Bary jak u niedźwiedzia 😀

 

6

 

Szanowny pan został wyposażony w silne, umięśnione nogi, które są bardzo, bardzo zginalne. U Fashionisty chudziutkie nóżki można ustawić pod kątem 90 stopni, a u Jake’a chodzą „jak ta lala” we wszystkie możliwe strony. Takimi kopytami to można i kopa z półobrotu zasadzić, jak Chuck Norris!


7

 

8

 

Ciekawą częścią ciała figurki są stopy. Po pierwsze – są osadzone na bolcu z kulką, przez co zatraca się wrażenie naturalności nogi, po drugie – można zginać to ustrojstwo jak się tylko chce.


9

 

Paluchy u nóg są ruchome 🙂


10

 

Dłonie – chwytne, jak u „action manów”, wykonano z miękkiego plastiku. Wnętrze łapek jest bardzo miłe w dotyku. Dodatkowo rączki porównane ze stopami robią bardzo dobre wrażenie – są o wiele naturalniejsze i rzeczywiście przypominają ludzkie.


11


12

 

Najwięcej staranności poświęcono głowie i jej „makijażowi”. Oczy figurki są pokryte błyszczącym lakierem, co daje iluzję żywego ludzkiego spojrzenia.

 

13

 

14

 

Wyraz twarzy jest dość surowy, a może zatroskany? To dość istotna różnica w stosunku do uśmiechniętych zazwyczaj keników. Na pewno przydaje figurce „powagi”.

 

Bardzo ładnie poradzono sobie z połączeniem głowy i tułowia. Linia głowy cięta jest tuż przy szczęce i przy odpowiednim ustawieniu zabawki nie widać momentu wiązania.

 

15

 

Trochę mi szkoda, że Jake’owi nie dano prawdziwych, wrootowanych włosów. Zakładam jednak, że ma się on sprawdzać jako jakiś żołnierz czy komandos, więc nie potrzebna mu żadna fikuśna fryzura. Trudno mi wyobrazić też sobie, aby jakikolwiek właściciel figurki chciał ją czesać. To jednak nie jest lalka do typowej, dziecięcej zabawy.


Z drugiej strony Jake’a tak fajnie się ustawia w różnych pozycjach, że grzechem byłoby nie skorzystać z jego umiejętności i trochę się powygłupiać. Tu – widzimy go w pozie primabaleriny:


16

 

Jake: – „Aga, zlituj się w końcu nade mną, oddaj mi spodnie!”


17

 

W sumie – czemu nie 😉 No bo co to za chłop bez gaci?


18 

„Prawie” fashionista – I

Wielkie wydarzenia w dziejach świata często poprzedzane są niepokojącymi zjawiskami atmosferycznymi. Weźmy na przykład narodzenie Chrystusa, które zwiastować miało światło dziwnej, wyjątkowo jasnej gwiazdy. „Czarną śmierć”, pustoszącą krainy Europy w XIV wieku zapowiadało pojawienie się na niebie komety, zaś przyjście na świat Aleksandra Wielkiego zbiegło się podobno z wyjątkowo silną burzą.


Biorąc pod uwagę powyższe przykłady oraz fakt, iż wczorajszy wieczór w Warszawie okraszony był opadami gradu o niespotykanej intensywności, miałam prawo podejrzewać, że w najbliższej przyszłości wydarzy się coś ważnego. I faktycznie – stało się! Dziś po południu odebrałam długo oczekiwaną paczkę, w której przybył do mnie pierwszy przedstawiciel figurek od Hot Toys 🙂

 

„Przystojna mężczyzna” (bo nawet mi na myśl nie przyszło żeby zamawiać jakąkolwiek hot-tojsową kobitkę), to zwykły „playline”, najtańszy z dostępnych modeli, pozbawiony fikuśnego pudełka oraz zakrywających nagość ciuchów. Przybył w zwykłym, plastikowym opakowaniu, które jednak dobrze ochroniło go w czasie podróży i pozwoliło bezpiecznie dotrzeć do celu.

 

1


W pudle, obok golutkiego przystojniaka stoi sobie zestaw przyborów, które mogą przywodzić na myśl lalki od Integrity Toys: wymienna para dłoni, wymienna para stawów kulkowych i stojak.

 

Przed wyjęciem figurki z opakowania zmówiłam modlitwę do św. Pudełkownikusa, aby proces uwalniania zabawki z trumienki nie był bardzo skomplikowany. Jak sobie człowiek przypomni ile się namęczył przy lalkach Mattela, które często przyspawane są do wewnętrznych tekturek tysiącem plastikowych złączek, taśmą samoprzylepną i innymi dziadostwami, to nóż sam się w kieszeni otwiera.

 

Moje obawy były jednak płonne. Hot Toys odwaliło kawał dobrej roboty i zapakowało swój produkt w pudełko, z którym poradziłoby sobie nawet małe dziecko. Żadnych żyłek, taśmy klejącej, wbitych w głowę drutów. Nic z tych rzeczy! Figurka spoczywa sobie wygodnie w specjalnie wymodelowanym plastiku, opatulona troskliwie miękkimi owijkami i to wszystko. Niech żyje błogosławiona prostota!


Tu muszę skierować w stronę firmy wyrazy uznania – nie każdemu producentowi chce się tak ułatwiać życie klientom. „Wielki szacun” jak to mówią przedstawiciele młodszego pokolenia.

 

Lalek wyskoczył z plastiku nadzwyczaj szybko i ujawnił pełnię swego gołego uroku. Nie obyło się bez powitalnego uściśnięcia małej łapki.

 

2

 

Na zbliżeniu widać wyraźnie, że head-sculpt figurki powstał na obraz i podobieństwo popularnego Hollywoodzkiego aktora, Jake’a Gyllenhaala, który nie dość, że gra w całkiem przyzwoitych produkcjach, to w dodatku jest obrzydliwie przystojny. Oczywiście niepodobna, aby trafiał w gust każdej kobiety na naszej planecie, ale w mój trafia w 100% (jak zresztą 3/4 samców ze srebrnego ekranu).

 

3

 

Jake w pomniejszonej, plastikowej postaci zachował sporo ze swojego wdzięku i urody.

 

4


Przystojna z niego bestia, bez dwóch zdań. W dodatku całkowicie zginalna (ma aż 30 punktów artykulacji). Nie nauczyłam się jeszcze w pełni korzystać z jego możliwości ruchowych. Zanim zacznie uczestniczyć w sesjach zdjęciowych trzeba mu trochę rozruszać stawy (zalecenie producenta), ale już teraz widzę, że będzie świetnym modelem. Można go bez problemu ustawić w każdej pozycji dostępnej żyjącemu człowiekowi. 

 

Przewiduję także trochę problemów – głównie ze zdobyciem stosownego ubioru. Jake jest potężniejszy w budowie niż większość kenów i nie mieści się w standardowe ciuszki ani w buty. Na razie nie mam pojęcia skąd wziąć dla niego choćby spodnie. A może by tak uszyć mu szkocką spódnicę?

 

Z akcesoriów podkradzionych lalkom Barbie na to potężne cielsko pasują właściwie tylko okulary przeciwsłoneczne …

 

5

 

… które znowóż zbyt silnie zakrywają jego twarz. Tak więc na razie nawet okularów nie dostanie – zbyt przyjemnie patrzy mi się na tę seksowną mordkę 😀

 

6

 

7

 

8

 

Moje zdjęcia nie ukazują prawdopodobnie doskonałości wykonania figurki (cóż, fotograf ze mnie jak z koziego zadka trąba!). Mam nadzieję, że w następnym wpisie, który poświęcę bliższemu przyjrzeniu się szczegółom ciała, uda mi się nieco lepiej przedstawić dobre strony Jake’a.            

Patrząc obiektywnie – jest to brzydal

Gdyby na „Joannę” od polskiej firmy „Krawal” patrzeć obiektywnie, to trzeba byłoby uznać ją za jedną z najmniej urodziwych fashion dolls. Po pierwsze – laleczkę obdarzono dziecięcą twarzą, kontrastującą z dorosłym ciałem (coś dla zboczuchów!), a po drugie, jakość makijażu, rozmieszczonego na jej buziaku woła o pomstę do nieba. Podobno lalki Krawalu malowane były ręcznie, co w jakichś sposób może tłumaczyć sprawę, o ile nakładaniem farby zajmowali się niewidomi. Możliwe, że Krawal postanowił na przykładzie lalki przybliżyć swoim klientom jakieś znane polski powiedzenie. Szkoda, że wybrał frazę: „Jedno oko na Maroko a drugie na Kaukaz”!

 

1

 

Nawet jeśli założymy, że „spec od makijażu” naprawdę się starał, to jego wysiłki i tak poszły na marne. To dość smutne, zważywszy na to, że tak łagodny i delikatny mold zasługuje na trochę dopieszczenia.

Ponieważ przyglądanie się buziakowi wywołuje u mnie morderczy nastój i chęć skopania komuś czterech liter, przejdźmy do reszty cielesnej powłoki Joanny. Fragmenty nie ruszone farbą (znaczy korpus) nie są takie złe. Przede wszystkim wykonano je z dość dobrej jakości tworzywa: nogi i ręce są z gumy, która do dziś dzień się „nie siepie”, a korpus z twardego plastiku.

Zarówno górne jak i dolne kończyny są zginalne. Nogi chodzą „na dwa kliknięcia” jak u Barbie:

 

2

 

Za to ręce to już zupełnie inna bajka! Krawal podpatrzył chyba patent stosowany u producenta lalek Fleur i zaopatrzył Joannę w rączki, które można dowolnie układać, bo w środku umieszczono silne druty. Joanna może więc zginać łapki w łokciach, wziąć się pod boki, podrapać po głowie, a nawet zawinąć ramiona jak precelki, co widać na poniższej fotografii. Po co jej ta umiejętność – nie mam pojęcia, ale muszę przyznać że lala po przyjęciu tak awangardowej pozy wygląda dość malowniczo i przerażająco zarazem.


3

 

Po rozprostowaniu rączek ciało wraca do „normalności” i lala wcale wdzięcznie pozuje.


4

 

Czy zwróciliście uwagę na długość włosów Joanny? – bo ja tak! Rozpuszczone sięgają jej aż do kostek, tak więc można przypuszczać, że laleczka to jakaś polska Roszpunka 🙂


Włosy są całkiem niezłej jakości – po umyciu i rozczesaniu zaczęły się równo układać  i ładnie błyszczeć. Byłyby wprost idealne, gdyby wszywano je nieco gęściej, tak, aby między poszczególnymi kępkami nie ziały bardzo widoczne odstępy.


5

 

Charakterystyczną cechą laleczki jest markowanie. Na ciele znajduje się tylko jedno logo, wskazujące na jej pochodzenie. Jest to „twarz wesołego przedszkolaka” wybita na plecach:

 

6

 

Dziwna dziewczyna z tej Joanny. Choć ma zadatki na ładną kobitkę, to z nich nie korzysta. Ale i tak miło jest mieć świadomość, że istnieje jedna, jedyna polska „fashion doll”. I nawet jeśli nie należy do najpiękniejszych, to jej wartość jest wysoka – bo sentymentalna.