O rety, o rety! Od czego tu zacząć? Chyba od tego, że bohatera dzisiejszego wpisu już znacie. Nie wiecie jednak, że pomiędzy pierwszym spotkaniem a dniem dzisiejszym zaszła w nim wielka zmiana. Tak konkretnie, to zdążyłam go zepsuć, zwątpić w to, że da się go uratować i cudem naprawić. A było to tak:
My oh my, where should I start my story? Maybe the best way to do it will be to recall the summer of 2014 when I bought the hero of today’s entry. You know him well and some of you have already touched him and played with him. What you don’t know is that between the day of his arrival and today I managed to ruin his face and miraculously fix it.

Kiedy Larwa pojawił się u mnie w domu, mój stan umysłu kazał mi go stale mieć przy sobie. Początkowa faza zachłyśnięcia się nowością, potrzeba macania, spoglądania w jego kierunku i te sprawy. No wiecie jak to jest 🙂 To tyczyło się też wyjazdów na lalkowe spotkania. A że akurat zdarzyła się okazja wybrać na spotkanie w Poznaniu, więc spakowałam Larwę w torbę i hajda w świat! I tak zaczęła się tragedia.
When Larva appeared in my life I was totally obsessed with him. He was my first BJD doll and I couldn’t get enough of his presence. Back then I was taking him to every local doll meeting in order to share my pride and joy with fellow collectors. You know how incredible it feels to finally get something that you wanted to have, especially for a long time, and to share your excitement with your friends.
As one of the meetings took part outside my city I packed Larva into a bag and decided to take a long journey to my friends, who lived in Poznan city. And that was the beginning of Larva’s „tragedy”.

Lalek przyjechał na spotkanie cały i zdrowy, szczęśliwie przeżył wszystkie odbywające się podczas meetu ekscesy, po czym dał się grzecznie zapakować w torbę i ruszył z powrotem do domu. W formie niezabezpieczonej. Bo głupi właścieciel jakoś tak przez przypadek zapomniał, żeby go porządnie opatulić w miękkie owijki.
We safely arrived at the meeting, had the time of our lives, and one day later, we headed back home. I packed Larva into the bag again, this time forgetting to secure his face. How could I have been so stupid and careless! I should have known that my negligence will have disastrous effects.

W domu, po rozpakowaniu Larwulca z opakowania, prawie się rozpłakałam. Chłopakowi zrobiły się odpryski makijażu na brodzie i pod okiem. Głębokie. Ani tego zamaskować, ani zamalować. No po prostu tragedia. Pozostawało zdjąć cały makijaż i nałożyć go jeszcze raz na nowo. Ale do tego potrzeba było mistrza. Który, (dzięki niebiosom!) sam się napatoczył.
At home, I almost had a heart attack. A part of Larva’s make up has chipped off during the journey. I was devastated. The damage was too serious to be fixed by me. He also sported a few deep scratches on his face. I felt powerless and miserable. I’ve devastated my favourite doll! The only solution was to remove the damaged makeup and try to recreate it from scratch. I knew that I wasn’t able to do it and that there was only one person who could repair the doll for me. I doubted if that person would agree to help such a loser as myself, but you know what? I was wrong!

Mam wśród rosyjskich lalkowych znajomą, która w ichnim środowisku BJD ma opinię cudotwórcy. Znamy się z sieci, dzięki wieczornym pogaduchom i uczestnictwu w rosyjskim forum BJD. Masza to świetna babka, sęk w tym, że nie bierze zleceń na przemalowanie lalek. Sama zgłasza się z propozycją pomalowania, jeśli czyjaś lalka jej się podoba. A robi to rzadko. Bardzo rzadko.
There’s a lady, Masha, who lives in Russia and who’s my Internet friend. She’s an incredible artist, renown among the Russian doll collectors. The point is that she doesn’t take commissions. She only repaints the dolls that she really likes and there’s no sense in asking her to paint a toy that she doesn’t fancy.
A jednak głupole mają szczęście! W zeszłym roku Masza była przelotem w Warszawie i zaproponowała spotkanie. Naturalnie polazłam, z nadzieją, że jeśli padnę przed nią na kolana i zacznę jęczeć, to może się zlituje. A tu niespodzianka – nie musiałam wcale wyć. Zgodziła się od razu, choć strasznie zrzędziła na to, że zrobiłam taką krzywdę takiemu sympatycznemu lalkowi!
Fortune favours the brave. Last year Masha was visiting Poland for a few days and invited me for coffee. I decided to beg her for help in my misery, though I didn’t believe that she’d agree. And (haha!) I was wrong again! I didn’t have to plea at all, she said „yes!” right away, although I have to confess with shame, that she rebuked me quite harshly for my mindlessness.

Masza zabrała Larwę ze sobą do Moskwy. Napracowałą się nad nim potężnie! Musiała usunąć zniszczone fragmenty makijażu i zastapić je nowymi. Jak to zrobiła, do dzisiaj nie wiem, choć w trakcie pracy przysyłała mi zdjęcia dokumentujące postępy. Po półtora miesiąca Larwa odzyskał utraconą urodę i ruszył przesyłką kurierską do Polski. Jak ja gryzłam palce ze strachu, żeby paczka nigdzie się nie zawieruszyła i żeby dotarła co rychlej.
Masha took Larva with her to Moscow. She’s been working on him for 6 weeks. She removed the damaged parts of his makeup and replaced them with „patches”. Although I followed the progression of her work via Internet I still claim, that what she’d done should be treated as a miracle. Thanks to her efforts my Larva managed to regain his cuteness. I couldn’t wait for him to arrive back to me! Never before had I craved for the courier with such anticipation.

Kiedy miałam ją już w rękach, tak mi ręce latały z emocji, że upuściłam ją na podłogę. I jeszcze raz stał się cud – zdążyłam ją złapać tuż przed stuknięciem w kuchenne płytki. Larwa po raz kolejny ocalił głowę, choć katastrofa była tuż tuż! Chyba się był chłopak w czepku urodził 🙂
When Larva was at home I almost damaged him for the second time. I dropped the parcel, containing his head while unwrapping it. Fortunately, my hands were faster than my brain – I managed to catch it before it hit the hard kitchen tiles. Once again the disaster’s been averted!

Od tej pory chucham na Larwę i dmucham. Niby taki z niego twardy chłop, a delikatny jak jakaś panienka.
Since that time, I’ve never let myself forget how fragile Larva is. He might seem to be a tough guy, but I know that’s not true. He needs attention, just like a porcelain doll.
W życiu Larwy zmieniło się także to, że nie jest już sam. W witrynie stoją obok niego koledzy. I nie lata już goło. Kochani Chińczycy uszyli mu ubrania. Chciałam to zrobić sama, ale odpuściałm sobie po drugiej próbie zaprzyjaźnienia się z maszyną. Szycie jest stanowczo nie dla mnie!
I’m glad to let you know that Larva’s life has changed for the better. First of all, he’s no more alone. He’s got four friends who share the shelf with him and … some decent clothes (finally!). I didn’t mind him being naked, but since he’s anatomically correct it feels better to have him covered (especially when my family decides to pay me a visit). 😛
















































































































