Co dwie głowy to nie jedna

Czy pamiętacie jeszcze ciemnowłosą Betty Teen, którą prezentowałam jakiś czas temu na blogu? Mam nadzieję, że tak, bo dziś chciałabym przedstawić wam jej siostrę 🙂

 

Kiedy ją zobaczyłam na aukcji w otoczeniu lalkowych trupków to nie miałam wątpliwości, że plastikowej panience należy się ratunek. Ślicznotka dotarła do mnie łysa i goła, ale na jej problemy szybko znalazła się rada – na łepetynkę dostała peruczkę od laleczki Steffi, a i jakaś balowa sukienczyna także się znalazła!

 

01 

 

Nowoprzybyła laleczka to ta w fiolecie. Wygląda zupełnie jak bliźniaczka „różowej landrynki” – choć są pewne różnice: w kolorze oczu, skóry, no i oczywiście w uczesaniu. Trochę mi szkoda, że lala musi zadowalać się na razie peruką, ale jeśli się jej bliżej przyjrzeć, to wygląda w niej całkiem twarzowo. Firma SIMBA zrobiła kawał dobrej roboty – dzięki perukowej Steffi będę mogła „uratować” przed łysiną jeszcze dwie lalki!

 

01 

 

Im dłużej wiem o istnieniu lalek typu Betty Teen tym bardziej je lubię i cenię. Są wykonane z dobrych jakościowo materiałów, mają miłe, dziecinne buzie i ładne, starannie uszyte ciuszki.  Najsympatyczniejszą częścią twarzyczek są chyba oczęta z „prawdziwymi” rzęsami.

 

01 

 

01

 

01 

 

Betty Teen mają w sobie sporo z bohaterek japońskich filmów anime, które bardzo często bywają obdarzane twarzami niedorosłych dziewczynek i ciałami, których nie powstydziłyby się panie pozujące dla Playboya.

 

01

 

Błękitne oczęta lali wskazują na to, że była ona kiedyś blondynką (błękitnookie lale firmy TONG zawsze dostawały jasne włosy, a brązowookie były brunetkami). Wybierając dla mojej Betty ciemną perukę postąpiłam wbrew „tradycji” producenta, ale wcale nie żałuję. 

 

01 

 

Nie umiem zdecydować która z sióstr jest ładniejsza. Podobają mi się obie 🙂 Jeśli kiedyś nadarzy się jeszcze okazja, to z przyjemnością wzbogacę stadko o następne dziewczyny.

– – – –

Steffi z perukami wyglądają tak:

steffi

Na Allegro oraz w sklepach internetowych są sprzedawane zestawy pod nazwą Simba – Steffi Love – Supermodelka Z Perukami 5737960

Peruki pasują na lalki o stosunkowo dużych łebkach.

Miłość do seriali …

… jest uczuciem, które może doprowadzić człowieka do dziwnych stanów a nawet uzależnienia. Z przykrością muszę przyznać, że jestem serialową bestią, która nie umie żyć bez telewizyjnych tasiemców. Myślę, że miłość do długich serii wykluła się u mnie już w latach dziecinnych, kiedy na ekranach polskich telewizorów emitowano kultową telenowelę „Niewolnica Isaura”. Dla dziewczynki, spragnionej widoku pań w pięknych sukniach, eleganckich panów i kapiących złotem wnętrz bogatych domów nie miało znaczenia to, że  tytułowa bohaterka miała zeza, jej ukochany był podstarzałym lowelasem a główny szwarccharakter grał z nadekspresją godną Borisa Carloffa 🙂 Dziś niewiele pamiętam już z fabuły „Isaury”i nie żywię żadnej chęci, aby ją sobie odświeżyć. Biedna niewolnica przegrała starcie z tuzami rodzimej rozrywki telewizyjnej, czyli „Czterema pancernymi”!


Pancerni byli strasznie fajni – chodzili w mundurach, mieli czołg, strzelali do Niemców z broni palnej, bili się na potęgę (i nikt ich za to nie karał)! ale najważniejsze – mieli psa, Szarika, którego pożądał chyba każdy dzieciak urodzony w późnych latach siedemdziesiątych. Mieć psa, który przeczołga przez pole minowe, przeniesie przez linie wroga zaszyfrowaną wiadomość i dla swojego pana przepłynie rwąca rzekę, byłoby spełnieniem marzeń. Niestety, psina, mieszkająca ze mną w latach młodości nijak nie chciała przypominać bohaterskiego wilczura, tak więc pozostawała mi wyłącznie adoracja czworonogiego członka załogi na ekranie.


Z czasem ilość oglądanych seriali znacznie się zwiększyła – Telewizja Polska zaczęła rozpieszczać widzów takimi perłami jak „Siedemnaście mgnień wiosny”, „Stawka większa niż życie”, „Kobieta za ladą”, „Szpital na peryferiach'”, „Czterdziestolatek”, „Janosik”, „Doktor Ewa”, a także hitami sprowadzanymi zza zachodniej granicy, z których najsilniej w pamięci utkwiły mi cztery tytuły, wyświetlane, zdaje się, już po upadku muru berlińskiego. Były to: „M.A.S.H”, „Drużyna A”, „Mac Gyver” i „Star Trek”! Myślę, że nie zdziwi was wyznanie iż wszystkie coglądałam z wielką zachłannością 🙂


Późniejsze sympatie skierowały się w stronę serialowych przystojniaków, grających główne role w produkcjach o zabarwieniu fantastyczno – historycznym („Robin z Sherwood”), mistyczno-detektywistycznym („Miasteczko Twin Peaks”, „Z archiwum X”) i komediowym („Skrzydła”!). Co ciekawe, fascynacja nie wygasła do dziś i gdy pojawiła się szansa zakupu wspomnianych wyżej serii to leciałam do sklepu jak na skrzydłach!

 

Współczesne seriale  również wzbudzają moje żywe zainteresowanie.  Jest ich obecnie tak dużo, że trudno byłoby wymienić i choćby w części dokonać ich prezentacji, tak więc pozwolę sobie pominąć je milczeniem, za wyjątkiem serii „Mad Men”, związanej z lalkowym bohaterem dzisiejszego wpisu.

 

Akcja „Mad Men” rozgrywa się w latach 60-tych XX wieku w środowisku ludzi biznesu, prowadzących wielkie biura i robiących wielki przekręty. Główny bohater to Don Draper, facet diabelnie inteligentny, przystojny i ustawiony w życiu. Ma na swoje usługi najpiękniejsze kobiety, najszybsze samochody i luksusowe domy –  nie waha się sięgać po  nic co najdroższe lub najwyższej jakości Można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że pod względem ambicji Don Draper to brat bliźniak Patricka Batemana („American Psycho”), choć pozbawiony jest jego „morderczej” pasji.


Wydawać by się mogło, że człowiek taki jak Draper powinien czuć się w życiu jak pączek w maśle, lecz jak to w serialach bywa, życiem głównego bohatera rządzi pewna tajemnica z przeszłości, która jest na tyle poważna, że jej ujawnienie mogłoby strącić Dona z wyżyn społecznych na samo dno piekła. Jaka to tajemnica oczywiście nie zdradzę, mając nadzieję, że osoby, które nie znają serialu „Mad Men” z zaciekawieniem po niego sięgną. A dla miłośników lalkowych doznań mam fotki przystojnego Dona w wersji „silkstone”:


01

 

02

 

Pudełko jak pudełko, ale chłopak fajny! 😉

 

03

 

Włoski co prawda wrootowane, ale na niedostatki Dona Drapera mogę przymknąć oczy.

 

04

 

Sympatyczne, zielone ślipia, miła mordka. Któż by pomyślał, że tak niewinna fizjonomia należy do krwiożerczego rekina ze świata biznesu.

 

05

 

W najbliższym czasie planuję uwolnienie przystojniaka z  „czterech ścianek”. Nie dam rady wysiedzieć spokojnie wiedząc, że kisi się w ciasnym pudle. Myślę, że Don pojawi się jeszcze w przyszłych notkach. Ładny z niego chłopak i jestem pewna, że ożywi nieco mój ponury babiniec!

NRFB

Stało się! Do zbioru moich lal trafiła zabawka, która prawdopodobnie do końca swoich dni nie zostanie uwolniona z pudełka. Lalka zagnieździła się u mnie 14 grudnia, czyli w dzień  urodzin, a pojawiła się za sprawą młodszej siostry, która doskonale wie, że przepadam za plastikowymi lachonkami. Kasia wybrała dla mnie lalkę, którą uznała za najpiękniejszą i najciekawszą spośród dostępnych barbioszek i jeśli chodzi o mój gust to … trafiła kulą w płot ! Nie zmienia to faktu, że prezent jest dla mnie niezmiernie cenny – po pierwsze, otrzymałam go z rąk kochanego człowieka, a po wtóre, siostra chciała podarować coś (w jej przekonaniu) wyjątkowego i nieźle nagłowiła się przy wyborze „tej jednej, jedynej”. Dlatego, pomimo niechęci do Barbie z moldem „Mackie”, ta konkretna laleczka zawsze będzie mi bardzo bliska.

 

Oto fotografia nowo przybyłej, wyglądającej zza plastikowej szybki:

 

01

 

Na plus zasługuje to, że lalka nie jest ubrana w infantylne różowości., które przy jej rudych włosach z pewnością nie wyglądałyby korzystnie. Pudełko utrzymane w  zgodzie z estetyką wiersza „wsi spokojna, wsi wesoła” 😀


02

 

U boku lalki chowa się mała, biała owieczka.  Wyraz jej oczu wskazuje na psotny charakter zwierzątka, uwieczniony w wierszyku „Mary had a little lamb”

 

02

 

Największą ozdobą Barbie są rude włosy, ułożone w loki-sprężynki.

 

03

 

Wyraz twarzy lali wydaje mi się dziwnie obojętny. Może Barbie znudziła się długim staniem w pudełku?

 

Dość ciekawie przedstawia się makijaż oka – z nietypowym, żółtym cieniem nad górną powieką.

 

04

 

Ogólne ważenie – pozytywne, choć szału nie ma.

 

05

 

Na koniec – krótkie wyjaśnienie dlaczego lalka na zawsze zostanie  NRFB. Otóż nie wywołała we mnie chęci „pomacania” i  została przeznaczona na element ozdobny mieszkania (tak zwany „kurzołap pospolity”). A ponieważ w pudełku jej do twarzy – na wiek wieków pozostanie w jego wnętrzu.

 

mary

Susy od Shenzhen Jingyitian Trade

To aż niesamowite, że jak się człowiek o coś nie stara i nie zabiega, to „samo w ręce wpada”. Ostatnio, z powodu wydatków przedświątecznych nie kupowałam absolutnie żadnych lalek i nie miałam w planach zabawkowych nabytków. I stało się „jakoś tak”, że lalki same do mnie przyszły. Wśród nich – Susy firmy Shenzhen Jingyitian Trade, przekazana przez miłego człowieka, który stwierdził, że u niego lalka się marnuje, a u mnie – będzie jej dobrze. 


O Susy wiedziałam tylko tyle, że jest jedną z najmilszych chińskich lal dostępnych obecnie na rynku, że jej produkcja rozpoczęła się w końcu lat 90-tych i że w sprzedaży można najczęściej dostać blondynki. Susy za towarzysza życia ma niejakiego Mike’a, który (szczerze mówiąc) niespecjalnie mi się spodobał, a to ze względu na specyficzną, dość toporną urodę i brak inteligencji w spojrzeniu:

 

01

Zdjęcie Mike’a podkradłam z sieci

 

Susy, w przeciwieństwie do Mike’a, ujęła mnie swoją delikatnością i gdy przybyła do mnie w gości, przez jakiś czas nie mogłam nacieszyć się jej obecnością. Myślę, że to ze względu na bajkowy klimat, który roztacza wokół siebie lala – odziana niczym wybierający się na bal Kopciuszek.

 

02

Do łezki łezka i będę niebieska

02a

Pozdrafiam pielgszymuf s Polski.

02b

 

Nie przepadam za wszechobecnym wśród lalek różem, więc strój w odcieniach niebieskości przypadł mi do gustu. Nie przeszkadzają mi nawet  jego bardzo błyszczące elementy – korona i naszyjnik – bo wyraźnie widać, że laleczka adresowana jest do najmłodszego odbiorcy, który takimi detalami z pewnością się zachwyca. Myślę, że starszym osobom, zbierającym lalki też one nie wadzą. W końcu większość lal, wyprodukowanych dla dzieci (a nie dorosłego odbiorcy-kolekcjonera), niesie w sobie pewną „baśniowość” i kiczowatość.

 

Po uważnym zlustrowaniu buziaka Susy doszłam do wniosku, że lalka bardzo przypomina mi Paris Hilton. Charakterystyczny kształt ust i nosa oraz owal twarzy przywodzi na myśl kapryśną dziedziczkę z rodu hotelowych miliarderów. Nawet kolor włosów jest podobny 😉

03

 

Susy nie jest klasyczną pięknością, ale do brzydul także nie należy. W porównaniu z szeregową barbioszką nie wypada wcale gorzej, choć z pewnością bardziej dziecięco.

 

04

 

Wrażenie niewinności Susy mija dość szybko …

 

05

 

06

… po przyjrzeniu się fotografiom z „członkiem Rasputina”.

 

„Hola, hola!” zakrzykniecie, „A co ty nam tu znowu za członki pokazujesz, świntuchu paskudny!”

 

Już spieszę uspokoić – w roli legendarnego organu wystąpił niewinny i nieskażony zbereźnymi myślami korzeń chrzanu. Natura ukształtowała go dość niefortunnie, a pokaźne rozmiary przywiodły na myśl rozpustnego  rosyjskiego mnicha 😉

 

Lalka – księżniczka powinna mieć jakiegoś księcia. Mike’a w zasobach nie posiadam, więc chwilowo „los padł” na rosyjskiego kena – Nikołaja. Susy zagarnęła go dla siebie podstępem, wykorzystując patent znany z „Krzyżaków” Sienkiewicza. Narzuciła, niczego nie podejrzewającemu kawalerowi białą chustę na głowę, wrzasnęła „Mój ci on!” – i chłopak został błyskawicznie zagarnięty pod pantofelek jasnowłosej hetery. Nie pomogły mu nawet tłumaczenia, że musi opiekować się przybraną córką – Skipper. Susy stwierdziła, że z przyjemnością adoptuje nastolatkę i Nikołka musiał się poddać.

 

07


Na znak „objęcia władzy” Zuźka silnie złapała młodego oficera pod ramię i do dziś go nie wypuściła z objęć. Jest strasznie czuła na kwestie „własności prywatnej”. Nikołaj na razie trzyma się dość dobrze, choć zezuje z nadzieją na lewo, wypatrując kogoś, kto zbawi go od zaborczej błękitnej księżniczki.

 

08


Niestety o ratunku trudno myśleć, gdy dookoła rozsiadły się same gruchające czule parki 😉

 

09

 

Być może los przyniesie Nikołajowi wolność, ale do tego czasu musi pomęczyć się trochę u boku jasnowłosej Susy.

Babciu, a dlaczego masz taką wielką głowę?

Pytanie w tytule to trawestacja słynnej frazy z bajki „Czerwony Kapturek”, mająca wskazywać „wielkogłową” bohaterkę dzisiejszego wpisu – laleczkę Sindy. Sindy jest drugą, obok Fleur, lalą w mojej kolekcji, która obdarzona została tak rzucającą się w oczy łepetyną. Z powodu tej  anatomicznej „deformacji” jest i pozostanie dla mnie zabawką wyjątkową.

 

Tuż po wniesieniu Sindy do domu „cyknęłam” jej na szybko fotkę porównawczą z Barbie.

00

 

Być może to, co napiszę za chwilę jest dość wredne, ale im bardziej wpatruję się w powyższe zdjęcie, tym bardziej nabieram wrażenia, że Basia-brunetka wydaje się w porównaniu z Sindy dość „bezmyślna”. Jej spojrzenie przypomina wyuczony grymas pewnej swej urody modelki, gdy tymczasem Sindy prezentuje wejrzenie typu „Marceli Szpak dziwi się światu”, sugerujące, że w plastikowej łepetynie zachodzą jakieś procesy myślowe 🙂

 

Sindy przyjechała do mnie z Allegro, wraz z grupą innych, ciekawych i mniej ciekawych laleczek. Pomimo wielu różnic w wyglądzie twarzy i budowie ciał łączyła je jedna, wspólna cecha – wszystkie były brudne! Bardzo mnie to zdziwiło, bo sprzedawca, od którego kupiłam grupkę zadał sobie wiele trudu, by lale dobrze zapakować i zabezpieczyć, natomiast ich umycie już mu do głowy nie przyszło. W rezultacie w eleganckiej paczuszce przybyły same brudasy, które bardzo potrzebowały wody i mydła.

 

01


Po zmyciu warstwy lepkiego brudu Sindy pokazała światu swe „jaśniejące czystością lica„, które choć pućkowate i dziecięce, wydały mi się niezwykle pociągające.

 

Kąpiel obnażyła pewne niedostatki w urodzie lali – drobne nakłucia na stopach, przebarwienia na ciele (mam nadzieję, że krem przeciw pryszczom sobie z nimi poradzi) i ubytki w owłosieniu (będzie chyba konieczny częściowy reroot?). Najpoważniejszą operacją będzie prawdopodobnie przeszczepienie rzęs, bo poprzedni właściciel lalki dokonał pewnych „skrótów” (widocznych na zdjęciu) i rzęsy, w oryginale przypominające czarne kurtyny, zostały zredukowane do jakichś mizernych ogryzków.

 

02

 

Defekty w urodzie Sindy stają się nieco mniej widocznie, gdy na laleczkę zerka się z pewnej perspektywy, po wcześniejszym przyodzianiu jej w ubranka „zastępcze” (oryginalnych wdzianek brak).


Jak pewnie zauważyliście strój nie jest kompletny – bo wśród kupki bucików zbieranych przeze mnie „na czarną godzinę” nie ma ani jednej pary, która pasowałaby na  nogi lali. Stopy Sindy, w porównaniu z nóżkami barbiowatych kuzynek są naprawdę spore i aby je obuć potrzebne są buciszcza-kajaki (a takich na składzie chwilowo nie posiadam).

 

Nieświadoma „słoniowatości” nóg Sindy próbowałam założyć jej barbiowe pantofelki. Próba skończyła się jak w bajce o Kopciuszku – buciki za nic nie chciały dać się wcisnąć na nogę lali. W jednej z wersji bajki złe siostry obcinały sobie fragmenty stóp, by zmieścić się w trzewiczek, ale nie wychodziło im to na dobre. Ja także szybko wyrzuciłam z głowy paskudną myśl o tym, by trochę zmniejszyć lalce powierzchnię stóp.

 

03

 

Dalsza inspekcja lalki wykazała, że Sindy nie tylko stopy ma  słusznych rozmiarów. Po zdjęciu główki z korpusu ukazała się ogromna kulka-zaczep. Widać, że jak ktoś ma tak dużą głowę to i mocowanie musi być niepośledniej wielkości. Na zdjęciu poniżej – porównanie „kulek” Sindy i Betty Teen:


04

 

Z tyłu głowy, w odmęcie blond włosów znalazłam dziwną wypustkę. Nie wiem do czego mogłaby służyć i w związku z tym kieruję w Waszą stronę pytające spojrzenie. Jeśli ktoś  mnie oświeci w kwestii tego dziwnego „cosia” na głowie Sindy, to będę mu bardzo wdzięczna. Chwilowo przyjmuje hipotezę, ze niezidentyfikowany „koreczek” służy po to, aby lalce nie wyciekł z głowy olej (wszak wiadomo, że sprytne i zaradne osobniki mają „olej w głowie”).

 

05

 

Kończąc dzisiejszy wpis pozwolę sobie przedstawić jeszcze dwa zdjęcia zdobycznej Sindy w towarzystwie koleżanki – klonika. Klonik jest z całą pewnością kopią Sindy (i to całkiem udaną, choć jak przypuszczam – taniutką), za to wyposażoną w ciekawy gadżet – plastikowy, szczelnie zakrywający ciało biusthalter 🙂

 

06

 

07

 

Lalki wyglądają prawie jak bliźniaczki. Mam nadzieję, że klonik po zdobyciu jakiejś stosownej odzieży zmieni się w szykowną i intrygującą plastikową dziewczynę.

 

Dziękuję, że wpadliście przeczytać mój wpis! Za pośrednictwem Sindy macham wam łapką na pożegnanie. Do następnego razu! 🙂

 

08

Cyganeczka

Gdy zobaczycie o jakiej lalce traktuje dzisiejszy wpis część z was wzruszy pewnie ramionami. Zabawki firmy „Simba” nie należą do kolekcjonerskich skarbów, wszędzie ich (podobno) pełno i przede wszystkim – uważane są za twory o niskiej jakości i estetyce wykonania. Nie zmienia to faktu, że od jakiegoś czasu „chorowałam” na laleczkę Steffi. Myślę, że moja „chcica” wynikła stąd, że w dzieciństwie nie miałam ani jednej takiej „brzydulki” i odkryłam Stefki dopiero w dorosłym życiu.

 

0

 

Lalki od Simby widziałam już na kilku Waszych blogach i muszę przyznać, że podobał mi się każdy z oglądanych egzemplarzy, niezależnie od tego, czy należał do nowszej czy też starszej generacji. Stefki to bardzo „ciepłe”, pozbawione wyniosłości lalki. Nie są przeznaczone do tego, by stawiać je w witrynkach i podziwiać zza szybki, a do zabawy i częstego używania. Każda z nich kojarzy mi się z przysłowiową „dziewczyną z sąsiedztwa”, w obecności której  czujemy się dobrze i swobodnie.

 

Stefki oglądane u Was były w większości blondynkami. Choć bardzo lubię ten kolor włosów, to marzyło mi się zdobycie lalki – brunetki. Trochę w tym przekory, bo chciałam aby moja Stefania odróżniała się na tle jasnowłosych koleżanek. „Tę jedyną” udało mi się namierzyć na Allegro i choć jej cena przekraczała kwotę przeznaczoną na zakup, zdecydowałam się „zaszaleć” i uszczuplić zasoby portfela by móc cieszyć się posiadaniem miłej, śniadej laleczki.

 

1

 

Oprócz koloru włosów i ciemnej karnacji laleczka niczym nie różni się od innych Stefek swojego czasu. Jej twarz widzieliśmy wszyscy w niezliczonych odsłonach. Zabawna, trochę nadąsana i pozbawiona uśmiechu mordka, bardzo wysokie (zbyt wysokie?) czoło, małe, charakterystycznie umalowane oczy, prościutkie graficznie brewki w kształcie łuku. Minimalizm w czystej postaci 🙂

 

2

 

2.1

 

Dużą ozdobą lalki jest jej strój. Mnie przypomina on bardzo wdzianko Cyganki Esmeraldy, którą znamy z powieści Wiktora Hugo i z disneyowskiego filmu animowanego. Połączenie kolorów nie jest może szczególnie wykwintne, ale ładnie podkreśla ciemny kolor „skóry” lalki.

 

3

 

4

 

Simba nie pożałowała laleczce biżuterii – oprócz korali Stefcia dostała jeszcze ciekawe, bo składające się z dwóch oddzielnych elementów kolczyki Dość interesującą sprawą jest ich rozmieszczenie – wygląda na to, że  większa kulka została wbita do środka ucha lali, podczas gdy mniejsza – w małżowinę. Mam nadzieję, że producent nie chciał celowo „ogłuszyć” Steffi, barbarzyńsko przebijając jej bębenki.

 

5

 

Gdy zastanawiałam się, na której z półek umieścić Stefcię po zakończeniu króciutkiej fotosesji, zauważyłam, że do nowo przybyłej ktoś się przyplątał. Z początku trudno mi było rozeznać kto to, bo nie dojrzałam twarzy …

 

6

 

… ale po chwili stało się jasne, że to nałogowy podrywacz i bad-boy – Blaine. 

 

Muszę przyznać, że chłopak zna się na rzeczy i wykazał  sporą dozę romantyzmu (a nie wygląda na takiego!) – bo rozpoczął znajomość z „Cyganeczką” od delikatnego trzymania za łapkę i głębokiego spoglądania w oczy. Myślę, że spodobała mu się lalka tak niepodobna do standardowych barbioszek, a i Steffi robiła wrażenie zafascynowanej przystojnym kenem z dziwną i raczej niemodną fryzurą (wpatrywała się w Blaine’a  jak w obraz). A podobno produkty firm Mattel i Simba się nie lubią …

 

7

 

8

 

W ten sposób problem ze znalezieniem miejsca dla Stefci sam się rozwiązał – lala zasiadła na półce, gdzie do tej pory rezydował samotnie Blaine. Mam nadzieję, że  znajomość tych dwojga nie zaowocuje pojawieniem się gromadki ciemno- lub jasnowłosych maluchów 😉

Cztedziestosześcioletnia pucka

Laleczka o której chcę napisać to kobieta „z przeszłością”. Za cztery lata stuknie jej pięćdziesiątka, co na lalkę „plejlajnową” jest całkiem niezłym wynikiem. W ciągu swojego życia musiała co najmniej raz wpaść w ręce małoletniego właściciela, który ograbił ją z oryginalnego ubioru, ale pomimo tej tragedii przetrwała do naszych czasów w dobrym stanie. Messieurs, Mesdames, poznajcie proszę Tressy.


1

 

Moja laleczka należy do popularnej i niedrogiej serii „Bellita” z 1965 roku, przeznaczonej do sprzedaży w „marketach”. W przeciwieństwie do swoich kosztowniejszych koleżanek, którym „rosły włosy” i które zginały nóżki Bellitka jest dość słabo wyposażona w „bajery”. Fryzura lalki jest prościutka i nawiązuje chyba kształtem do ułożenia włosów Barbie-bubblecut, a nóżki są sztywne jak patyki (ale za to bardzo zgrabne i ładnie „wyrzeźbione”).

 

2

 

Podbicie pięty, znacznie bardziej wygięte w łuk niż u Barbie, pozwala lali na noszenie  wysokich szpilek.

 

3

 

Bardzo zaciekawił mnie sposób osadzenia główki na korpusie. Otóż łepetyna i szyja stanowią jedność, zakotwiczoną w tułowiu. Nie mam pojęcia jak można zrerootować tak skonstruowaną lalę ani jak zdejmuje się łepek. Choć bardzo mnie korci aby zbadać sposób jego osadzenia, to nie zdecyduję się na razie na „zdekapitowanie” Tressy – za bardzo się boję że mogłabym coś w lalce uszkodzić.

 

4

 

Spojrzenie z oddali na rozebraną Tressy pozwala stwierdzić, że lala reprezentuje styl „anorektyczny” – jest chudziuteńka w biodrach i obdarzona znacznie mniejszym biustem niż Barbie. Przez to plastikowa panienka robi wrażenie delikatnej i kruchej dziewczynki.

 

5

 

Co ciekawe – ramiona Tressy ma rozrośnięte niczym NRD-owska pływaczka, a dłonie – jak łopaty kreta. Dizajn pozostawia trochę do życzenia.

 

5,5

 

5,75

 

Tułów lali nie należy do tych skrętnych, łapki ruszają się wyłącznie w przód i w tył, możliwości ruchowe nóżek też są ograniczone. Wniosek z tego taki, że lala nigdy nie pozna  w pełni subtelności doznań opisanych w Kamasutrze ;D

 

6

 

Trochę mi szkoda, że Tressy to takie drewienko. Jej buziak jest stworzony do całowania. Producent nadał lalce tak zmysłowy i delikatny kształt ust chyba po to, żeby ją przeprosić za sztywność nóg i brak „rosnących” włosów.

 

7

 

7

 

7

 

Oto i cała Tressy. Sympatyczny klonik lalki Barbie sprzed kilkudziesięciu lat.

 

8

Za mundurem panny sznurem

Lalka, która dziś do mnie przybyła, utwierdziła mnie w przekonaniu, że seria „Silkstone” to fajna sprawa. Nie dość, że lale w niej prezentowane wykonane są starannie i z dobrych jakościowo materiałów, to dodatkowo przybywają do właścicieli opakowane w estetyczne pudełka, z których aż żal je wyjmować.

 

Mając na uwadze powyższe postanowiłam, że nowy mieszkaniec mojej lepianki chwilowo pozostanie w oryginalnym opakowaniu. Nie wiem na ile starczy mi cierpliwości, by go stamtąd nie wyswobodzić, ale na razie jestem twarda. Zresztą muszę przyznać, że lalce jest w pudełku wyjątkowo „do twarzy” i choć kusi mnie, by wystawić ją na stojak, to powtarzam sobie, że na to jeszcze przyjdzie czas.

 

Lalka, czy właściwie „lalek” ma na imię Nicolai (w oryginale – Николай) i na pewno nie raz już go widzieliście. Jak można przeczytać w serwisie „Barbie collector” kenik jest częścią „rosyjskiej” serii z 2011 roku (choć bogiem a prawdą „rosyjska” to ona jest tylko z nazwy). W skład teamu wchodzą oprócz niego trzy urocze dziewuszki, które wszelako nie trafiły pod strzechę mojego domu. Ufam, że pomimo braku swoich rodaczek Nikołka się u mnie zaaklimatyzuje.

 

Nick1

 

Zapudlony Mik stoi prosto, jakby kij połknął. Producent poskąpił mu przestrzeni życiowej i zamknął w dość wąskim opakowaniu a w dodatku – przytwierdził go tasiemkami do denka, żeby się plastikowa chłopina nie potłukła w czasie transportu Oficer armii carskiej jest jednak przyzwyczajony do takich niewygód i niewiele sobie z nich robi (choć po cichu sarka pod nosem, bo ma bardzo wyraźne skojarzenia z „bondagem”).

 

 

W pudle wcale nie jest źle,  wręcz przeciwnie, całkiem, całkiem przyjemnie. Przede wszystkim – ciepło. Nie dość że grube, tekturowe ścianki chronią od wiatru (skąd u mnie w domu wiatr?), to i łepetynę, dodatkowo, opatula porządna, futrzana czapa. Sufit co prawda zawieszony jest ciut nisko, ale … oficer armii carskiej jest przyzwyczajony do takich niewygód i niewiele sobie z nich robi (choć wolałby być przewożony w wygodnym wagonie sypialnym kolei transsyberyjskiej, w towarzystwie własnej służby, pojony szampanem i karmiony ostrygami).

 

 

 

 

Wszystkie ograniczenia można znieść, kiedy jest się ubranym w gustowny, czerwony, dobrze skrojony szynel. Jak wiadomo – aby się podobać kobietom należy się  ze smakiem odziewać. Dobrze dobrany strój i fryzura to połowa sukcesu. Druga połowa to mityczne „TO COŚ”, które trzeba mieć aby wzbudzać zachwyt niewiast. W przypadku Nikołaja „TO COŚ” okazuje się  być wyjątkowo miłymi oczętami i ciut kartofelkowatym, ale sympatycznym nosem.

 

6

 

Oczy wyraźnie spoglądają na prawo. Czyżby z tej strony nadchodziło jakieś zagrożenie (na przykład – rewolucja październikowa, Lenin, armia czerwona?) albo ładna lalka odmiennej płci?

 

6

 

Mikołaj przygotowany jest na każdą ewentualność, choć oczywiście znacznie bardziej wolałby hożą dziewoję.

 

Jak na grzecznego kawalera przystało Mik nadzwyczaj spokojnie stał przed obiektywem, dzięki czemu cyknęłam mu kilka dodatkowych, niezwykle statycznych fotek (ale za to w tonacji czarno białej z odcieniem czerwieni w tle).

 

7

 

7

 

7

 

7

 

7

 

Po zrobieniu fotek popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy a kenio westchnął (pewnie oszołomiła go moja nadzwyczajna uroda :P) i ziewnął, czym dał mi znać, że jest trochę zmęczony wydarzeniami dnia. Nie chcąc narażać go na utratę  wszystkich sił pogłaskałam go na dobranoc po łebku, cmoknęłam w czółko i odstawiłam na półkę, gdzie nowy „men” spędzi noc.

A ponieważ i dla ludzi pora zaczyna się robić śpiąca, pozwalam sobie powiedzieć Wam „Dobranoc!” i iść w ślady plastikowego gościa, to jest: władować się w ciepłe puchy, coś sobie przez godzinkę poczytać i w końcu smacznie zachrapać.

Lalki zza wschodniej granicy (i wcale nie klony!)

Nie są znane kolekcjonerom z Europy, choć w Stanach i Japonii sprzedają się podobno wspaniale.

 

Większe od popularnych „Fashion dolls” (od 40 do 60 cm wzrostu) i niezwykle delikatne, bo wykonane z porcelany. Z daleka wyglądają jak prawdziwe damy i gentlemani. Ilość sztuk w pojedynczych seriach waha się od 3 do (góra!) 35 lalek. Panie i Panowie – przed wami lalki rosyjskiej pracowni artystycznej „Aleksandra”

 

1

 

Lalka w stroju ślubnym z guberni Archangielskiej (koniec XVIII – początek XIX wieku)

 

2

 

Dama biorąca udział w zabawie maskaradowej (początek XIX wieku)

 

3

 

Caryca Katarzyna II. Na sukni naszyty herb Rosji – dwugłowy orzeł.

 

4

 

5a

 

5b

 

Dama w kostiumie karnawałowym „motyl”. Styl – art deco.

 

6

 

 

6a

 

Elegancki kawaler z początku XX wieku. (tak właśnie mógłby wyglądać Dorian Gray!)

 

7

 

Lalka – nocny motyl. Styl – art deco.

 

8

 

8a

 

Dama w stroju wizytowym (początek XX wieku)

 

8

 

8

 

Piękna Szantal

 

9

 

 

9a

 

 

9b

 

Bywalczyni kawiarni. Styl – art deco.

 

 

10

 

10a

 

Filuterna Sonia

 

– – –

 

Wszystkie zdjęcia pobrano z galerii „Aleksandra” dostępnej pod adresem:

http://alexandra.ru/pages/home.html

Panny brzydalińskie. Panowie paskudowscy.

Dizajnerzy firmy Mattel nie zawsze wykonują swoją pracę równie dobrze, o czym świadczą ogromne ilości laleczek-potworków zalegających sklepowe półki. Dzisiejszy wpis dedykuję właśnie im – najbrzydszym, wręcz odpychającym Baśkom, które fizjonomią przypominają raczej Quasimodo a nie młode i śliczne dziewczęta.

 

Kolejność lalek na liście – przypadkowa. Żadnej z nich nie chciałabym mieć w swojej kolekcji, a jeśli jakaś mi się przez przypadek trafi, to zostanie w domu wyłącznie w charakterze dawczyni organów do przeszczepu.

 

1. Stawkę otwiera plażowy „Steven” – chłopina wyglądający, jakby się właśnie urwał z mega-gejowskiej imprezy. Nie mam nic przeciwko homoseksualistom, wręcz przeciwnie (o czym można się przekonać czytając wpisy w moim drugim blogu „Bajki starego Zgreda”), ale ten lalek jest dla mnie po prostu obrzydliwy. Szczególnie denerwujący wydaje mi się jego nieszczery, przyklejony do twarzy uśmiech. Wydaje się, że Steven myśli: Jestem tak boski, że nie jesteście godni by mi wylizać podeszwy. Fuj.

Steven

 

2. Niby ładna, ale ma w sobie coś odpychającego. Może to  wredny wyraz malutkich, knujących oczu, a może czoło, wielkie jak boisko do tenisa. Bobas u boku  lalki wygląda na dość przerażonego. Pewnie myśli, że mamusia  pożre go przy pierwszej nadarzającej się okazji.

 

paskudna diva

fuj

 

3. Żywe wcielenie bezmyślności i nijakości. I w dodatku ubrane w pastelowe, słitaśne kolorki. Aż się nóż w kieszeni otwiera. Gdzie się podziali porządni, plastikowi faceci?

 

cutie? oh, really?

 

4. Blondwłose coś, kompletnie bez wyrazu. Przyozdobione okropną fryzurą  skrojoną „pod garnek”. Pierwsze skojarzenie na widok tego potworka biegnie w kierunku bladego w kolorycie tasiemca nieuzbrojonego bądź jakiegoś innego paskudztwa, zasiedlającego ludzki organizm. Po raz kolejny: fuj!

blada sucz

 

5. Na twarzy – tona „makijażu”, co doskonale predysponuje ją do szczytnego tytułu „tapeciary” i „królowej wiejskiej remizy”. Ta laleczka jest jak „Doda” świata zabawek ,łącząca w sobie tandetę i kompletny brak gustu. Mówiąc krótko – potworek.

tapeciara

 

6. Przerost formy nad treścią. I ryjek jak u głodnej modliszki. Zimna, nieprzystępna lalka. Takie panie omijam z daleka.

 

brrr, zimno

 

7. Nawet ozdobiony wypracowaną fryzurą i pięknym ubiorem headmold Mackie nie będzie niczym więcej niż nudnym i napuszonym headmoldem Mackie. Nie zachwyci, bo nijakość zazwyczaj nie zachwyca.

 

Mackie

 

Wszystkie zdjęcia zostały podwędzone z zasobów sieci.