Znikam, odchodzę, zamykam!

Kiedy obserwuję bardzo popularną ostatnio wśród znajomych tendencję do zamykania blogów, to myślę sobie – ja też bym tak chciała! Żeby poczuć jak to jest, kiedy ogłasza się światu swoje zniknięcie, macha do wszystkich białą chusteczką na pożegnanie, a zewsząd dochodzą słodkie dla uszu pochlipywania i posmarkiwania wzruszonych tą tragedią ludzi.

 

 0

Klamka na drzwiach zapadła. I przerdzewiała.

 

Dlatego obwieszczam, wszem i wobec, wijąc się w bólu pożegnania, że odchodzę (na pół godziny). Nie płaczcie za mną i nie załamujcie rąk! Ta trudna decyzja, nad którą długo myślałam, musiała zostać w końcu podjęta. Zmusiło mnie do niej okrutne życie, które stojąc nade mną w postaci koleżanki z biura, spytało: „Aga, idziesz na obiad do barku?” Chciałam się postawić, chciałam walczyć, więc spytałam z drżeniem w głosie: „A co dzisiaj dają?” Odpowiedź zniszczyła mnie moralnie i psychicznie oraz spowodowała, że nic już nigdy nie będzie takie samo. W powietrzu zabrzmiał diabelski chichot, zapachniało siarką i głos, idący chyba z samego dna piekła, obwieścił: „Makaron ze szpinakiem!”

 

Postawiona w beznadziejnej sytuacji i zmiażdżona jej powagą, zdecydowałam: Idę! Nie będę oglądać się za siebie, nie będę rozpamiętywać przeszłości. Żadna z lalek na świecie nie przekona mnie, by nie iść dziś na kluchy. Kluchy, których jeszcze dwadzieścia lat temu, gdy byłam słodkim i miłym dziecięciem, nawet kijem bym nie tknęła, wykręcając się od zaprawionych czosnkiem śmierdziuchów jak diabeł przed święconą wodą. Dziś wiem, że los nielitościwie zadrwił sobie ze mnie, bo lecę do tych mącznych, niezdrowych i tuczących zadek świństw jak ćma do ognia …

 

Zatem odchodzę … Na wielkie żarcie … Nie wiem kiedy się zobaczymy. Może za chwilę. Może nigdy. Tę tajemnicę rozwiąże czas. Albo Sherlock Holmes. Albo Herkules Poirot. Albo Adrian Monk (oł jes, aj czuz him kaz aj lajk him).

 

Nie płaczcie za mną. Nie warto. Tylu jest ciekawszych, piękniejszych i mądrzejszych kolekcjonerów lalek. Oni Was utulą i ukochają. Otworzą przed Wami podwoje swoich blogów. A ja – cóż. Niewiele Wam mogę dać, niewiele dać mogę Wam (pam, pam, więc nie dam).

 

Boże, co za pustka, co za gorycz?! (tfu, tak to jest jak się żarło ser z pieprzem i zębów nie umyło).

 

I jeszcze, na ostatek, w finalnym porywie duszy, aby nie zostawiać Was w smutku, zapytam. Gdybyście mieli możliwość wyboru jednego z prezentowanych niżej łbów, to który byście przygarnęli?:

 

 01

 Tak, ten pan to Tom H. który w mojej głowie nadal funkcjonuje jako Loki (om nom nom nom)

 

2

Cosmo od Dollzone

3

 

Leslie od Dollzone

 

W zasadzie to wszyscy trzej zaprezentowani wyżej panowie są brzydcy, smutni i do kosmitów podobni. I po co mi którykolwiek? Sama nie wiem. Właśnie dlatego chcę każdego z nich ;P

Klasyka klasyki

Są takie lalki, które każdy zna i rozpoznaje, bo wyprodukowano je w tak dużej ilości egzemplarzy, że praktycznie wszyscy mieli kiedyś z nimi styczność lub były na tyle uniwersalne z wyglądu, że zachwycały dzieci z różnych krajów i środowisk. Dla ludzi z mojej epoki są to Barbie superstar, dla osób młodszych wiekiem – chudziutkie laleczki Monster High, stanowiące charakterystyczny, zabawkowy symbol ich dzieciństwa. W świecie lalek BJD miano lalki klasycznej, dzierży od wielu lat i chyba zawsze już będzie dzierżył Saint od firmy Dollshe craft.

 

Zanim poważyłam się napisać ostatni człon poprzedniego zdania, z uwagą przejrzałam wpisy na trzech niezależnych forach poświęconych BJD, żeby upewnić się, że faktycznie mogę wysnuć taki wniosek. Analiza okazała się trafna – użytkownicy portali niejednokrotnie wskazywali na tę właśnie lalkę, jako na zabawkę, od której zaczęła się ich przygoda z „żywicami”. Co ciekawe, takie właśnie zdanie wyraziła nasza blogowa koleżanka – Luci Fair pod moim zdjeciem na Flickr! Pozwolę je sobie tutaj zacytować i myślę, że Luci się nie obrazi, bo przekazała w tej króciutkiej wypowiedzi opinię wielu osób: „Saint był tą lalką, która obudziła we mnie zainteresowanie bjd”.

 

01

Powyżej – wzorcowe, promocyjne zdjęcie Sainta pobrane ze strony firmy Dollshe craft: http://dollshecraft.com/shop/step1.php?number=688

 

Biorąc powyższe pod uwagę, mogę chyba śmiało nazwać Sainta „klasyką klasyki” 🙂 „Klasyką”, która bardzo, ale to bardzo podobała mi się w każdej odsłonie, w której spotykałam ją na zdjęciach w sieci. Ta fascynacja nie przekładała się na chęć kupna, bo Saint nie pasował za bardzo do kierunku, w których mam zamiar podążać (czyli  do tworzenia dream-teamu składającego się z lalek przedstawiających dorosłych mężczyzn), ale życie (jak to ono potrafi) podsunęło mi okazję nie do pogardzenia. Otóż producent lalki, firma Dollshe craft, zorganizowała w grudniu 2013 r. konkurs na recenzję jej produktu, w którym zwycięzca mógł wygrać dowolną lalkę z jej oferty, a osoby, które zajęłyby drugie miejsce (były przewidziane dwa drugie miejsca) – bardzo dużą, bo aż 50% zniżkę na zakupy. Nie zastanawiałam się ani chwili – moja recenzja powędrowała do firmy Dollshe już trzeciego dnia po ogłoszeniu konkursu 🙂

 

Nie jestem nadmiernym optymistą, ale wierzę w swoje szczęście i w swoja pisaninę. I takie podejście chyba się opłaca, bo moja recenzja zajęła jedno z drugich miejsc. Tym samym powędrował do mnie 50% kupon zniżkowy, a co było dalej nie trudno się domyślić. Splot okoliczności spowodował, że się złamałam i postanowiłam zamówić lalkę, choć muszę przyznać, że nielicho wahałam się przed podjęciem decyzji. Po co mi lalek-niedorostek, pytałam sama siebie i właściwie nie znajdowałam na to pytanie odpowiedzi. Saint był za „młody”, za wysoki (70 cm wzrostu, wyższy od Larwy, który czuje się z tego powodu ciut niepewnie) i naprawdę odstawał od moich wyobrażeń o przyszłych mieszkańcach lalkowych półek. Co nie zmieniało faktu, że możliwość jego zdobycia bardzo rozgrzewała mi serce. W końcu machnęłam ręką, przeżegnałam się i zrobiłam nurka na głęboką wodę, czyli podjęłam jedyną słuszna decyzję, to jest – zamówiłam gałgana!

 

Dziś Saint jest już u mnie i czuję się z tego powodu świetnie, ba, nawet wspaniale i aż nadziwić się nie mogę, że nie umiałam zdecydować się „na tak”. Wiem, że bez makijażu, oczu, ubrań i peruki nie widać jeszcze w pełni jego potencjału, ale to wszystko przyjdzie z czasem. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś nie będę mogła doczekać się na weekend, by dorwać się do kredek akwarelowych i maszyny do szycia, ale ludzie się zmieniają – obecnie perspektywa zajęcia się taką dłubaniną powoduje u mnie podniesienie się ilości endorfin we krwi 🙂

 

Zdjęć „świeżynka” prawie wcale nie mam, bo co jedno, to wychodziło gorsze, a więc na razie nie zasypię Was „spamem”, ale na pewno zrobię to, gdy tylko pojawi się taka możliwość. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Niepomierna chęć pokazywania całemu światu lalek, w których się kocham jest silniejsza ode mnie 😛

 

01

02

03

 

Zastanawiam się jakie oblicze mu nadać. Boję się wpadnięcia w schemat. A schemat „charakterologiczny” dla lalki BJD płci męskiej wygląda zazwyczaj tak:


– indywidualista,


– antyspołecznik,

 

– złośliwiec,


– romantyk,


– osobnik sensualny,


– wiecznie sfochany,


– wewnątrz wrażliwy i czuły, na zewnątrz – zimny głaz,


– a jeśli już kocha, to jest to „miłość-nienawiść”, straszliwie skomplikowana i poplątana jak gumka od majtek,


– koniecznie z nutką tajemnicy, mroku i Bóg wie czego jeszcze (ale koniecznie w ciemnej tonacji, bo pastelowe kolory są „passe”).


Aż chciałoby się rzec – bohater byroniczny!

 

Ciekawe, czy uda mi się wyrwać z objęć tej lalkowej tradycji? Nie wróżę sobie wielkich sukcesów, ale przyznaję, że fajnie byłoby wykreować z Sainta wesołego luzaka w hawajskiej koszuli (ach, podle kłamię, bo akurat taka wizja w głowie mi nie postała, ale już punk byłby fajny 🙂

——————————————–

Edit z ostatniej chwili (to jest z 16.03.2014 r. godz. 18:33) – Nie mogłam się powstrzymać i naniosłam mu trochę koloru na twarz a także uszyłam naprędce perukę. No i z marzeń o lalce-punku nici – Saintowi bliżej do britpopowego muzyka. Ale to w sumie dobrze – do dziś lubię Blur 🙂

 

new look

Zdjęcie nader kiepskie, ale bądźmy szczerzy – kiedy ja dobrze robiłam zdjęcia? (nigdy!)

– – – –

Edit z kolejnej „ostatniej chwili” (to się nigdy nie skończy!):

04

05

A może byś już tak przestała się nade mną znęcać?

Duży rozmiar

Przyzwyczajenie to nasza druga natura. Jak się człowiek raz a dobrze zafiksuje w kwestiach lalkowych, to później trudno mu się wyrwać z zaklętego kręgu własnych nawyków Dla przykładu – ktoś przez lata zbierał „okazy” w skali 1/12 i nagle na swojej drodze natknął się na olbrzymy, które ustawione obok lalek Barbie wyglądają niczym Guliwer w krainie karzełków. Jak tu do nich podejść? Duże toto, nieporęczne, ciężkie i jakieś takie dziwne, nie do ugryzienia.


Tak właśnie postrzegałam lalki BJD, które znałam właściwie tylko ze zdjęć. A ponieważ najczęściej trafiałam na lalki przesłodzone i wystylizowane na małe księżniczki, więc w środku aż mnie skręcało. Nie z obrzydzenia, Boże broń, bo pomimo zbyt dużej ilości „cukru w cukrze” żywiczne panienki emanowały niezwyczajną urodą, ale z jakiegoś dziwnego poczucia, że w tych wszystkich koronkach, muślinach i pastelowych kolorach marnuje się ich potencjał. Owszem, patrzyło mi się na nie przyjemnie, ale w głowie nawet nie postała myśl o tym, że kiedyś mogłabym mieć podobną w domu.

 

Było tak do czasu. Do czasu kiedy nie zobaczyłam na żywo pięknych panów Borze. Bladych, chudych i nieziemskich. Dwa tygodnie później poznałam absolutnie zachwycających, bardzo wyrazistych i mrocznych chłopaków Alinki. To było za dużo dla ogłupiałego nagle mózgu. Okazało się, że większa skala też ma wiele do zaoferowania, tylko trzeba umieć się w niej odnaleźć.

 

Naturalnym odruchem było rozpoczęcie grzebania w sieci w poszukiwaniu najsmakowitszych okazów. Nie musiałam długo szukać. Nadzwyczaj atrakcyjni lalkowi panowie pchali mi się na ekran komputera drzwiami i oknami, a jeden ciekawszy od drugiego. Panie też się pchały, ale je pacyfikowałam. Doszłam do wniosku, że wystarczy mi świadomość ich istnienia i od czasu do czasu – możliwość przyjrzenia się którejś z bliska lub w Internecie.

 

Po opadnięciu pierwszej fali emocji oczekiwałam, że apetyt na BJD nieco się zmniejszy. Zaprawdę, kiepski ze mnie prorok! Chęć na dużego lalkowego chłopaka wcale nie schowała się do kąta, a zaczęła co wieczór wychodzić na sam środek pokoju, w którym aktualnie siedziałam, i wyć: „Kup!, Kup! Kup!”

 

Wśród lalek „od zawsze” interesują mnie dorosłe osobniki, nie będące kobietami (czyli mężczyźni i obojnaki :P). W przypadku BJD nic się w tej kwestii nie zmieniło. Niestety liczebność „dużych” chłopców jest przeogromna, a to wcale nie pomaga przy wyborze. Mogąc zdecydować się na pięknego blondyna, ognistego bruneta, eterycznego elfa i setki innych lalek, można się pogubić jak ten osiołek, któremu dano mu w dwa żłoby i który marnie skończył.


Ale jak wiadomo – dla chcącego nic trudnego! Po wielu przemyśleniach wybór się dokonał. Postawiłam na instynkt. Jeśli po raz pięćdziesiąty wracasz na stronę tego samego producenta i po raz pięćdziesiąty oglądasz zdjęcia tej samej lalki, która nie chce dać ci spokoju, to znaczy, że twoje serce przestało cię słuchać i samo wybrało to, co jest mu potrzebne do szczęścia. I nie ma znaczenia, że inne dostępne modele są atrakcyjniejsze wizualnie lub mają w sobie więcej delikatności.

 

Nie pozostało nic innego niż zebrać środki, złożyć zamówienie i czekać. Z niecierpliwością i poddenerwowaniem, bo może już jutro, albo pojutrze lalka zostanie wysłana? Albo chociaż za tydzień?

 

Ale w świecie BJD cudów nie ma – trzeba odczekać swoje. Co oznacza okres około 90 dni. Długo. Nieznośnie długo. Można się przez ten czas nieźle nakręcić. Codzienne sprawdzanie statusu zamówienia na stronie producenta niestety niczego nie przyśpiesza.

 

No wiec czekamy. Czekamy, czekamy, czekamy. Mija miesiąc, dwa, trzy i w końcu, gdy nadzieja już trochę przygasła, pojawia się informacja o nadaniu przesyłki. Następuje szał, kolorowe baloniki lecą do nieba, grzmią trąby, piękne dziewczęta tańczą kankana, a spod ziemi wychodzą krasnoludki i z radości sikają do mleka, które się zsiada. Cały świat wariuje. Jest cudnie!

 

A później nadchodzi mega obciachowy moment, który nazywa się „box opening”. To taka niezrozumiała tradycja, żeby wyjmowanie lalki z pudełka dokumentować krok po kroku, ochając i achając nad każdym jej szczegółem anatomicznym. Straszna nuda, naprawdę. Dlatego Wam jej oszczędzę! Ha! Koniec z tradycją, Niech runą posady świata!

 

Ale żeby wszystko nie odbyło zupełnie od czapy coś tam pokażę. Już za chwileczkę, już za momencik. Jak to się mówi – odliczanie czas zacząć:

 

 

 

 

Jeden …

 


 

 

Dwa …

 


 

 

Trzy …

 

 


 

Tu chciałabym zaznaczyć, że liczymy do setki, korzystając przy tym z pomocy światowej sławy eksperta:

hrabia

 

 

 

 

Cztery …

 

 

 

 

Pięć …

 

 

 

Ach, zapomniałam, że umiem liczyć tylko do pięciu. No trudno, policzymy sobie razem kiedy indziej. A dzisiaj – tu i teraz – zapraszam do oglądania zdjęć. Jak oryginalnie 😛

 

01

 

02

 

03

 

04

 

05

 

06

 

To nie jest klasyczna uroda, a właściwie nawet więcej tu brzydoty niż urody. Ale to jest właśnie to, co spowodowało, że lalek mi się tak bardzo spodobał. Teraz jest mój i właśnie ze względu na to jest najpiękniejszy 🙂

 

Żywiczny chłopak, którego w końcu mam u siebie, to Hansel od Granado. Ale Hansel to nazywał się, gdy jeszcze mieszkał w Chinach. U mnie został przemianowany na Larwę.

 


Larwa nie miał łatwego życia. Po śmierci rodziców, gdy miał zaledwie kilkanaście lat, trafił na ulicę. Aby przeżyć, musiał się sprzedawać różnym zboczeńcom. Obecnie realizuje się w roli alfonsa. W młodości marzył o karierze naukowej, ale ze względu na trudny start w dorosłość wyspecjalizował się właściwie tylko w języku francuskim i greckim (ale nie chodzi tu o sukcesy lingwistyczne – if you know what I mean).


Larwa lubi łatwo zarobione pieniądze i raczej beztrosko podchodzi do problemów życiowych. Dla własnej przyjemności i korzyści nie cofa się przed nieetycznym zachowaniem. Uważa, że skoro sam wiele przeszedł, to nie musi żałować innych i ma prawo, by ich wykorzystywać. W kwestiach sercowych jest niestały – skacze z kwiatka na kwiatek i niespecjalnie przejmuje się tym, że komuś złamie serce (ale to do czasu).


Przy swojej nie najprzyjemniejszej naturze pan L. zachował choć trochę z porządnego człowieka (lalka) i umie wykrzesać z siebie prawdziwe uczucie. Troskliwie opiekuje się młodszym bratem, którego jak może broni przed wszystkim, co mogłoby go zranić. A kiedy się zakochuje – no cóż, to na zabój i bardzo poważnie. W kim zaś lokuje uczucie? W kimś, kto jest poza jego zasięgiem i należy do innej sfery. I być może, nigdy się nie zainteresuje lalkiem z nizin społecznych. Jak to będzie – pokaże czas 🙂

Z mieszanymi uczuciami

To, że kocham „męskie” plastiki wiadomo nie od dziś. Szczególnym uczuciem pałam do wytworów jednej takiej podrzędnej firmy, której nazwy nie chcę tu wymieniać, bo mam wrażenie, iż robię to zbyt często, zbyt chętnie i zbyt namolnie. Rzeczona firma specjalizuje się w zabawkowych facetach, ale czasem, od wielkiego dzwonu wypuszcza też na rynek „damskie” plastiki. W większości – bardzo atrakcyjne wizualnie.

 


Rok temu straszliwie sparło mnie, aby dołączyć do swojej małej, figurkowej gromadki jeszcze jednego członka, tym razem z damskiej obsady. Wybierałam, przebierałam i jakoś nie mogłam się zdecydować. Akurat w tym czasie „firma której nazwy nie śmiem po raz kolejny wymówić” wydała bohaterkę „Batmana” – Selinę Kyle, więc w ostatecznym rozrachunku wybrałam właśnie ją. Selina miała bardzo ważną cechę, która dystansowała ją od innych rywalek – była tańsza!



Na odbiór figurki czekałam baaaardzo długo, właściwie tak długo, że zapomniałam o zamówieniu. A tu – kilka dni temu na maila przychodzi przypominajka od dystrybutora: „Chciałaś kobito lalkę, to potwierdź finalnie kupno (znaczy – wyskakuj z kasy), a my ci ją nadamy pocztą”. Co było robić? – jeśli się powiedziało „A” to trzeba było wydukać i „B”.


 

No więc Selina jest już u mnie. Wyjęłam ją z pudła, obejrzałam od góry do dołu, pobawiłam się w pozowanie i zaczęłam zastanawiać – cieszę się, czy nie cieszę z jej obecności? Po raz pierwszy mam problem z oceną własnych uczuć w stosunku do wyczekiwanej figurki. Jeśli chodzi o chłopaków to takich wątpliwości nie miałam – radował mnie i zachwycał z miejsca każdy nowo przybyły. Zakochiwałam się w nich od pierwszego wejrzenia. Z Seliną będzie trudniej i trochę na przełaj. Raz – bo to baba, dwa, bo mam w stosunku do niej kilka zastrzeżeń. Zasugerowałam się bardzo silnie fotografiami promocyjnymi i wyobrażałam ją sobie trochę inaczej. Moje oczekiwania się nie sprawdziły. Składa się na to wiele czynników. Większość z nich to drobnostki, ale jak wiadomo, nawet nieistotne szczegóły są w stanie skutecznie ostudzić zapał i zgasić zachwyt.


 

Dziś jednak nie zamierzam rozwodzić się nad tym, co mi się w Selinie nie podoba. Pozwolę sobie zepchnąć negatywne odczucia na bok i spróbować cieszyć się, że dziewczyna w końcu zawitała do mnie. Choć strzała Amora nie uderzyła mnie w serce zaraz po wyjęciu kobiety – kot z pudełka, to i tak daję jej szansę. Najgłębsze zakochania zawsze przeżywałam powoli, bez fajerwerków na wstępie, więc może początkowy brak szalonego bicia serca to dobry znak?


 

Bardzo przyjemnie jest po raz pierwszy dotknąć dziewczyny, wyprodukowanej przez moją ulubioną zabawkową firmę, postawić ją obok chłopaków i obserwować ich reakcje. Bo w plastikowe chłopstwo jakby piorun strzelił – każdy poczuł w sobie Don Juana i próbuje zwrócić uwagę atrakcyjnej koteczki. Czy warto zaprzątać nią sobie głowę? – tę ocenę pozostawiam Wam. Być może poniższe zdjęcia pomogą odpowiedzieć na to pytanie.


 

01

Dopiero wyszła z pudełka, a już rozrabia! Odłóż tę pukawkę dziewczyno, jeszcze kogoś postrzelisz!


 

02

Moje sugestie nie na wiele się zdały. Nie pozwoliła sobie wydrzeć „gnata” z dłoni. Podobno bez broni czuje się nieswojo.


 

3

Anne Hathaway? Hmmm, nie jestem pewna. Bo trochę podobna i do Liv Tyler …


4

Jej włosy są bardzo niesforne. Beż żelu się nie obędzie!


05

Zgred? Chcesz mi nałożyć żel na włosy? Chyba żartujesz! Czy ja wyglądam jak Barbie?!


06

No dobrze, zgodzę się na ten żel, jeśli umieścisz mnie na półce obok NIEGO. (Tajemniczy on stoi poza kadrem. Całą reszta chłopaków zgrzyta zębami z zazdrości)

 

 

W kolejnej notce, już tradycyjnie, nieco bardziej szczegółowy opis pudła, akcesoriów i samej kocilli, to jest Seliny.

Rumpelstiltskin

Tytuł jest dla zmyły, bo dzisiaj będzie o lalce przechodzonej oraz problemach czytelniczych. Ale najpierw o problemach.


 

Sprawa ma się tak: w sieci co i rusz pojawia się jakiś nowy lalkowy blog. Od ilości ciekawych miejsc może pomieszać się w głowie. Praktycznie co dzień publikowane są w nich godne przeczytania wpisy. I jeśli ktoś chce śledzić i komentować wszystko na bieżąco, to dostaje kociokwiku. Po prostu za dużo jest wszystkiego do ogarnięcia! Czytanie kolejnych notek zajmuje sporo czasu i po takim maratonie można zapomnieć co kto napisał. A kiedy dochodzi do komentowania to – o rety! – czasami robi się boleśnie. Bo wiadomo, że gdy się czyjś blog lubi, to chciałoby się napisać coś przyjemnego, niebanalnego, z jajem i na temat. Ale kiedy jednego dnia przychodzi zamieścić dwadzieścia komentarzy u różnych osób, to mózg odmawia współpracy. I wtedy albo się u ludzi na blogach zaczyna wypisywać straszliwe bzdury (oczywiście pod przykrywką niezmiernie mądrych słów), albo nie komentuje się wcale.


 

Najgorzej jest w weekendy albo dłuższe przerwy świąteczne – bo wiadomo że w wolne dni nasza działalność zdjęciowo-pisarska sięga apogeum. Kilka swobodnych godzin aż prosi się o to, by wykorzystać je dla rozwoju ukochanego hobby lub podzielenia się z całym światem nowinami, co też się u nas dzieje. Ufff, ależ się wtedy trzeba nagimnastykować, żeby choć okiem rzucić na wszystkie ciekawostki, które się u blogowiczów pojawiają! Zajęcie, które w założeniu ma cieszyć, staje się dodatkową PRACĄ. Czasami nużącą. Normalnie nienormalne!


 

Zaczynam w końcu rozumieć osoby, które wolą nie zostawić komentarza niż korzystać z uniwersalnego lecz nudnego tekstu: „Ależ śliczną lalkę kupiłaś/kupiłeś”. Bo ileż można klepać to samo? I czy takie komentarze w ogóle jeszcze kogoś cieszą?


 

No, może trochę przesadzam. Przyjemnie jest wiedzieć, że znajomym podobają się nowe nabytki, co widać po entuzjastycznych opiniach pod notkami. A kiedy ktoś da się skusić na kupno takiego samego egzemplarza, bo zakochał się w tym z naszej notki, to można dumnie wypiąć pierś do przodu, zadrzeć nos do góry i udawać wielkiego, światowego trendsettera.


 

trendsetter

Według wujka Gugla światowy trendsetter wygląda jak ten nieco zarośnięty na licu pan, schowany za ciemnymi szkłami.


 

Reasumując – jeśli będziecie mieli ochotę zostawić komentarz pod dzisiejszą notką, to będzie mi miło. Hehehe! – no i wyszło szydło z worka – ten wstęp był tylko po to, by nabić sobie komcie

gdak gdak

 

 

A teraz do boju – znaczy – do Lalki Przechodzonej!


 

Lalka przechodzona rozpoczęła swój żywot jako zwykła Monsterzyca, czyli patykowate, wielkogłowe i zginaczkowate stworzenie, znane szerszym masom jako Ghoulia. Los przeznaczył jej życie pełne traumatycznych przeżyć i bolesnych upadków – Ghoulia straciła w strasznym wypadku twarz, odzienie i pudełko. Niewiele osób podniosłoby się po takiej tragedii – ale nie ona! Obdarzona wyjątkowym hartem ducha monsterzyca wskoczyła w kopertę i ruszyła w Polskę po prośbie. U tego wyprosiła nową fryzurę, u tamtego – elegancką kieckę. No czegóż to ona nie otrzymała! Rozum nie ogarnia! Ale najbardziej, tak naprawdę najbardziej to zależało dziewczynie na nowej twarzy. I wiecie co – trafiła w końcu do znanej w lalkowym świecie pani chirurg – Mobe, która podarowała jej nowe liczko:


 

01

Mam twarz! O Boże! Nareszcie!


2

Maluśki, zgrabny noseczek, zielone ślepiszcza i całuśne usta! Ha! Piękna jestem! Proszę chwalić i podziwiać!


3

 

 

No a na koniec smutna informacja – teraz za przeróbki biorę się ja. Nawet już zaczęłam działalność. Od pozbawienia biedaczki dłoni. Co będzie dalej, pokażą najbliższe dni. Na Waszym miejscu byłabym pełna obaw.


 

A na koniec notki zrobię to, na co zawsze miałam ochotę, ale jakoś się nie decydowałam, bo podobny patent widziałam u Was i myślałam sobie – eeeee, nie będę kopiować. Ale jednak będę i zakończę wpis piosenką! Nie byle jaką, bo smutną i dołującą. Żeby wprowadzić czytaczy w smętny, listopadowy nastrój. Jak depresja, to depresja pełną gębą!

 

 


Nic nowego!

Posucha lalkowa. Smutno, bo żadna nowa lalka do mnie nie przyszła i w najbliższym czasie nie przyjdzie. A chciałabym co najmniej ze 20! Żeby móc je obmacać, obwąchać i nacieszyć się ich nowością. A po jakimś czasie, wstyd się przyznać, wypuścić na wolność, czyli wystawić na eBayu lub Allegro facepalm
Ktoś powinien zdefiniować nową jednostkę chorobową o nazwie „potrzeba zdobywania coraz to nowych lalek i ich ciągłej cyrkulacji, bo trzymanie ich na półkach, w charakterze kurzołapów jest zbyt nudne”. Dzięki Bogu ta zasada (a może jednak choroba?) nie ma zastosowania do moich „chłopaków”, których nadal wielbię i nie zamierzam się rozstawać z żadnym z nich. Można powiedzieć, że utrzymuję męski harem 😉


 

Lalki-dziewczyny przychodzą i odchodzą. Od czasu do czasu u mnie goszczą, bo nie pozwalam im zagrzać miejsca. Nie jestem w stanie dłużej znieść ich obecności i w drastyczny sposób ograniczam liczebność babskiego stada. Kiedy z półek i pudeł znikają tabuny plastikowych bab, to w domu robi się:

 

a) przestronniej

b) ciszej

c) wygodniej.

 

W dodatku można na nowo zająć się dopieszczaniem plastikowego tatałajstwa, które ma zostać u mojego boku „po wsze czasy”. Takiego lalkowego dobrodziejstwa jest niewiele, więc można śmiało przesadzać z jego hołubieniem.

 

Na przykład taki Jake – bidul, który przybył do mnie goły i bosy i przez długi czas musiał posiłkować się ciuchami zastępczymi od Action Mana. A że ciuchy były marne, więc i przystojniak czuł się w nich niepewnie. W workowatych gaciach i spranej koszulce, tudzież świecąc gołymi piętami nie bardzo da się błyszczeć na salonach. Taki ubiór ma oczywiście jedną dobrą stronę – można go szybko ściągnąć w różnych pikantnych sytuacjach, ale bądźmy szczerzy, Jake nie doświadczył ich zbyt wiele.

 

Jake marnował mi się na półce, a ja, za każdym razem, kiedy na niego patrzyłam, czułam kłucie w sercu (ale mogę mylić to uczucie ze ssaniem w żołądku), że siedzi taki bidny, obdarty i nieszczęśliwy. No ale w końcu spięłam się do działania i przyodziałam chłopa tak, aby mógł chełpić się eleganckim wyglądem i przestać czuć jak ostatni dziad 🙂

 

Ubiór zmienia człowieka. Dodaje pewności siebie, odwagi i szyku. Nie tuszuje w pełni nieśmiałości, ale trochę ją spycha na drugi plan. Dzięki nowemu ubraniu Jake zebrał się w sobie i zaczął brylować w towarzystwie, flirtując i podrywając inne plastiki. Nawet Sweeney przygląda mu się ostatnio z zaciekawieniem, co w przyszłości wróży dość ciekawe zapętlenie wydarzeń.

 

01

 

Porządna sukienkę dostała też Lilli. Oryginalny ciuszek, który udało się jako-tako odratować i pozszywać wygląda bardziej jak wymemłana przez psa ścierka niż jak sukienka, więc trafił z honorami do pudełka, a Lilli zaopatrzyła się w nową kieckę u miłej pani, szyjącej stroje dla Monsterek. Lila jest malutka i świetnie czuje się w potworzastych ubrankach. Tak samo jej siostra-bliźniaczka z Australii, którą również udało się poratować w potrzebie. Obecnie siostry krążą po domu w poszukiwaniu jakiegoś atrakcyjnego i równego im wzrostem młodzieńca, który mógłby zachwycać się ich urodą i adorować.  Na razie nie znalazły jeszcze żadnego odpowiedniego kurdupla, ale kto wie co zdarzy się w przyszłości?

 

zdjęcie od Dollbyego

Zdjęcie zajumałam z blogu Dollbyego. Skoro i tak zawiesza działalność, to szkoda, żeby się zmarnowało. Ale tak na serio, to mam nadzieję, że nasza szalona i chaotyczna diva wróci. I zrobi to szybko.

 

Z ciekawostek – próbowałam nieco rozerwać Lokiego. Na początek – zebrałam mu armię 🙂 Nie bardzo groźną, ale jednak armię!

 

02

Armia miśków! Drżyjcie ludzie!

 

Niedoszłe siły zbrojne zostały niestety pożarte. Miałam potem przez jakiś czas poczucie winy, bo Loki przywiązał się do żelkowych kolegów. Na pocieszenie dostał foremkę jajek do wysiedzenia. 

 

03

Jakże nisko upadłem… Siedzę na jajach …

 

Udręki biedaka nie poszły na marne – Loki wysiedział sobie kompana. Nie spodziewał się takiego rezultatu, no ale skoro nieoczekiwanie został tatusiem, to stwierdził, że zajmie się potomkiem i wychowa go na arcyłotra. Nie wiem czy mu się to uda, no ale niech próbuje. Zawsze to lepsze niż samotne nudzenie się na półce.

 

03

Tyle czasu siedziałem na tych kurzych pomiotach i wykluł mi się Tony Stark? Chyba czas przejść na emeryturę …

 

 04

 

Aha, no i jeszcze bawię się w repaint! Ależ to wciągające zajęcie! No coś pięknego! Na forum puszyłam się już pierwszą udaną próba przemalowania lalki i chlapię farbami kolejne. Na razie zaprezentuję tę pierwszą, ale już niedługo wrzucę na bloga zdjęcia kolejnych paskud! I będę oczekiwać głasków, pochwał i hymnów 🙂
 
Oto pierwsza ofiara mojego tfu-rczego szału (a będzie ich więcej, hyhyhyhyhyhhyhy!)


05
Edit: W związku z tym, że oryginalne zdjęcie gdzieś mi się zapodziało, wstawiam inny, późniejszy repaint.

No – i tak to wygląda. Niby żadnej nowej lalki nie ma, ale i tak coś się dzieje. Co oznacza, że nowości są ważne, ale wcale nie najważniejsze. I tym niezwykle odkrywczym i światłym stwierdzeniem zakończę niniejszą notkę.

 

Co to jest? Łyse i zielonopalce. Pewnie potwór!

W związku z tym, że nowych lalek u mnie brak, pokażę Wam bidę, która zimuje u mnie już kilka miesięcy, ale jakoś nie mogła doczekać się swojej kolejki. To dość nietypowy okaz w zbiorze. Raz – to „szesnastka”, czyli ponadprzeciętnie duża baba. Dwa – dziewczynę wyprodukowała firma, która niespecjalnie mnie porywa swoimi lalkami, czyli Integrity Toys. O ile płaczę za większością samców, która została przez IT wydana, o tyle lalki-dziewczęta nie są dla mnie towarem typu „must have”. Uwielbiam oglądać je na ekranie komputera, ale presji na posiadanie nie mam praktycznie żadnej. Stąd włączenie jednej z nich do (pożal się Boże) kolekcji jest czymś na kształt wybryku lub zbaczającego na manowce widzimisię. Przypuszczam, że za jakieś pół roku lalka mi się znudzi i wyląduje jak to zazwyczaj bywa – w wątku sprzedażowym na forum „Dolls forum” lub na Allegro. Tymczasem jednak, póki żywię do niej cieplejsze uczucia, pobryluje przez chwilę na blogu.

 

Jak większość FR’ek lalka jest „wredna z twarzy”. Mówiąc wprost – modliszka. Pożera samców na śniadanie, obiad i kolację. Bez kija – strach podchodzić!


 01

Przekąsiłabym sobie jakieś dorodne udko, nom, nom, nom …

 

Lalka trafiła do mnie łysa i goła. Ubranie i buty pożyczyła na potrzeby fotosesji od zaprzyjaźnionego kena, zaś perukę – tu fanfary – uszyłam jej sama! Można podziwiać i chwalić 😛

 

2

Mogłabym nadkąsić Jasia, ale trochę mi go szkoda. W końcu oboje zeszliśmy z tej samej taśmy produkcyjnej. To byłoby jak kanibalizm w rodzinie.

 

Brakujące włosy to naprawdę mały pikuś. Perukę można jakoś udziubać. Ale co zrobić z dłońmi i stopami, które utraciły kolor w wyniku działania słońca? Pomalować farbami akrylowymi i utrwalić lakierem? Pojęcia nie mam! Blaknięcie kończyn to problem z którym spotkał się niejeden wielbiciel ciemnoskórych FR. Jak widać nawet ta firma puszcza niezłą fuszerkę.

 

Kolor dłoni i stóp wcale gustowny. Na moje oko przypomina zepsute mięso. Bardzo ładna, funeralna barwa 😛

 

03

04

Odcienie stóp i dłoni jak u nieboszczki. Ale czemu ja się dziwię? W końcu święto zmarłych już blisko 😛

 

W związku z tym, że podziwianie zdekolorowanych kończyn średnio mnie bawi, przerzucam się na zdjęcia buziaka. Ten prezentuje się o niebo lepiej.

 

06

 

No dobra, twarz jest fajna. Ale ta peruka – no genialna, GE-NIAL-NA! Od razu widać rękę mistrza! Co za precyzja przeszycia! Świetne dopasowanie do kształtu twarzy. No cudo, cudo!

 

7

 

Wredna, zimna baba. Z twarzy podobna trochę do Marleny Dietrich, choć oczywiście nie tak wyrazista. Jeśli uda mi się wymyślić dla niej jakąś stylizację, to może nabierze pazura 😉 Ale na początek – zmiana koloru dłoni i stóp. Przecież musi być na to jakiś sposób!

Facet o dwóch twarzach

Dzięki opublikowaniu poprzedniej notki udało mi się ułożyć w głowie to, co chciałam napisać o Jacku Sparrowie. I oto jest – krótki, bo krótki, ale jednak choć trochę przemyślany opis figurki pirata. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca.

 

– – –


Firma Hot Toys przyzwyczaiła mnie do tego, że jej produkty pakowane są w duże, ciężkie pudła, zaś figurki pieczołowicie zabezpieczane plastikowymi warstwami ochronnymi. Aż tu – listonosz przyniósł Jacka i okazało się, że pudła mogą być jeszcze większe i cięższe, a zabezpieczenia – dużo lepsze. Wszystko to ma wpływ na nieporęczność „trumienki” – ani się jej nie da do szafy upchnąć, ani swobodnie na półkę wcisnąć. Pudliszcze jest niewymiarowe i naprawdę straszy swoją objętością. Wyrzucać go jednak nie zamierzam. Raz – że mi się najzwyczajniej w świecie podoba, dwa – gdyby Jack chciał sobie trochę odpocząć, to w oryginalnym opakowaniu będzie mu najwygodniej.

 

00

 

Z frontowej ściany pudła śmieje się do nas trupia czacha. Aż chce się cichutko wybąkać pod nosem: „Memento mori”


00


Wewnątrz opakowania znajdziemy pochwalny pean na cześć Jacka i niebrzydką grafikę.


00


Wnętrze wysłane jest gąbką. To idealny sposób na zabezpieczenie figurki – nic nie ma prawa się obtłuc czy połamać. Z drugiej strony taka ilość gąbki znacząco wpływa na wagę całego zestawu.


Jack został szczodrze wyekwipowany w różniste akcesoria. Najfajniejszym z nich jest chyba ster, który wygląda jak prawdziwy, choć wykonany jest z plastiku.


00

 

Producenci zaszaleli z ilością dodatków i napchali ich do pudła naprawdę dużo. Just watch this:


00

 

Trupia łapka na szczęście, albo do podrapania się po plecach.

 

00

 

Szabla wraz z pochwą. Jak to mówi stare przysłowie – kto mieczem wojuje ten od pochwy ginie 😛

 

00

 

Pif, paf, bez pistoletów ani rusz!

 

04

Droga na Tortugę wiedzie przez wiele mórz i oceanów. Dobrze mieć ze sobą kompas, aby nie pobłądzić.

 

00

By słońce nie spaliło główki – jest coś do zakrycia makówki 😀

 

00

Bez flagi też się żaden porządny pirat nie obejdzie. Na maszcie musi powiewać wizerunek Wesołego Rogera.

 

00

Butelczyna z rumem – dla skrzepienia nadwątlonych sił witalnych.

 

00

Z braku prawdziwej Czarnej Perły – jej namiastka w butelce. Strasznie mnie ten malutki stateczek ucieszył. To zdecydowanie mój faworyt wśród akcesoriów.

 

00

Jako akcesoria potraktowano również wymienne dłonie. Nie wiem dlaczego ich liczba nigdy nie jest parzysta. To jakaś hot-tojsowa, pilnie strzeżona tajemnica.


Najważniejszy w zestawie jest oczywiście Jack. Oto i on, w całej swej chwale i blasku „urody”:


00

 

00

 

Jak pisałam w poprzedniej notce, Jack jest dość nietypową figurką – bo dostał od producenta dwie wymienne twarze – jedną poważną i druga – szelmowską.

 

00

Człowiek o dwóch twarzach był bohaterem filmu o Batmanie. Jack, czy ja czegoś o tobie nie wiem?

 

Mnie bardziej podoba się uśmiechnięta facjata, ale większość osób zbierających figurki uważa, że pirat lepiej wygląda w wersji „smutas”.

 

 

Z tyłu każdej główki jest umiejscowiona wajcha, za pomocą której można regulować ustawienie oczu. Podobne ustrojstwo mają Pullipy i inne dyniogłówki.

 

00

 

A to już efekt zabawy wajchą:

 

00

Jack patrzy ze zgrozą dookoła – O rety! gdzie ja jestem?

 

Z główki wyrasta kuleczka, którą zakotwicza się w części szyjnej figurki. Całą operacja zdejmowania i nasadzania łebka jest o wiele prostsza niż usuwanie i nakładanie główki u Barbie. 

 

00

00

 

 

A kiedy głowa trafia na swoje miejsce, można zacząć myśleć o czymś przyjemnym. Na przykład o sesji zdjęciowej z krewniakiem, dzielącym ten sam „facemold”.


00

Niby i jeden – to Depp i drugi – też Depp. Ale ni hu-hu do siebie niepodobni!

 

 

00

Jak się na nich popatrzy z bliska to od razu widać, że pochodzą z różnych światów.

 

00

Panowie się nie polubili i od razu doszło między nimi do zwady. Chcieli się nawet bić, ale Sweeney chyba nie miał dużych szans. Jakby to powiedzieć: rozmiar u chłopa MA ZNACZENIE!

 

Pomimo utarczki ze Sweeney’em Jack okazał się całkiem towarzyski Od razu znalazł sobie kompana do obalenia flaszki.

00

 

Kumplem do kielicha okazał się Loki (który jako bad-boy programowo uwielbia popijawy, a przynajmniej zgrywa kogucika)

 

00

Loki: – Słuchaj, trunek już jest, ale przydałoby się coś na ząb. Mamy jakieś ogóreczki?

Jack: – Ogórków nie ma, ale znalazłem słone paluszki!

 

00

Loki: – Kapitanie! Kurs na Tortugę!

 

Biedny Loki, ma niestety słabą głowę. Po obaleniu trzech flaszek padł jak nieżywy, Jak musiał zatroszczyć się o jakieś inne towarzystwo. Nie wypatrywał go długo.

 

00

Jack: – Hej, śliczna panienko, podwieźć cię na Tortugę? Lepszego stopa w tej okolicy nie złapiesz. Jeśli tylko będziesz chciała, to pozwolę ci dotknąć mojego steru 😛

 

Dziewczę było chętne do momentu, w którym nie zobaczyło ozdoby wiszącej u pasa Jacka.

00

Ususzona główka. Fuj, paskudztwo!

 

No i Jack został sam! Nie popsuło mu to wszakże humoru. Bo takich damulek jest na świecie dużo, a zmumifikowanych, maleńkich główek, znacznie mniej, tak więc jeśli wybierać – to chyba lepiej coś rzadszego.


00

 

Ahoj marynarze! Do następnego spotkania w internetowym oceanie!

Miało być o piracie, ale …

Podczas rozmowy na „Dolls forum” Dollby poddał mi myśl, aby zrobić fotografię wszystkich figurek od Hot Toys, które mam „na stanie”. W związku z tym, że jest ich niedużo, zmieściły się w jednym kadrze:


During the discussion at the „Dolls forum”, my friend, Dollby, made a suggestion, that I should take a photo of all figurines by Hot Toys that I own. As there are not so many of them I managed to present the whole collection in a single frame:




 

01

 

Panowie „w kupie” wyglądają dość abstrakcyjnie, bo każdy pochodzi z innej „parafii”. Jedyną cechą wspólną jest atrakcyjność wizualna 😛


Although the gentleman vary a lot, as each of them comes from a different movie, they share a common feature – hunky attractiveness. 😛


 

Wśród chłopaków widać jedną postać, o której jeszcze nie wspominałam na blogu. Jest to stojący w samym środku grupy Wolverine. Ponieważ listonosz przyniósł mi go tylko dwa dni później niż Jacka Sparrowa, obecnie obydwu traktuję jako „świeżynki” i kompletnie nie umiem powiedzieć, który podoba mi się bardziej. Można powiedzieć, że cieszę się na dwa fronty 🙂 To dla mnie dość ciężkie, bo nie wiem której z figurek udzielić więcej uwagi. Dotychczas docierały do mnie pojedyncze laleczki, tak więc mogłam się na nich bezproblemowo skupić. Dwójka na raz trochę mnie przerasta – chciałabym obydwu pokazać jednocześnie i mam problem z ustawieniem „priorytetów”.

 

One of the figurines presented in the photo hasn’t been introduced to you yet. I mean Wolverine who’s hiding in the middle of the group. He arrived to me only 2 days later then Jack Sparrow, so I treat them both as total novelties and find it hard to tell which one I like more. You might say that I feel “double joy”. Interestingly this situation is quite hard for me as I’m not used to buying 2 figurines at the same time. I’m torn between my new hotties and I don’t know which figurine shall I pay more attention to. I usually buy one doll at a time, in order to avoid such problems.


 

Z winy Wolverine’a nie udało mi się skupić na przygotowaniu recenzji Jacka, tak więc postanowiłam, że przed baczniejszym przyjrzeniem się piratowi poświęcę krótką notkę nowo przybyłemu mutantowi. To trochę mnie uspokoi i pozwoli poukładać pomysły na kolejne wpisy. Obiecuję, że „piracka” recenzja pojawi się już niedługo.

 

Because of Wolverine’s arrival  I haven’t managed to prepare Jack’s review. I’ve decided to post a short note on the mutant prior to taking a closer look at the pirate. I hope that you shall not mind my change of plans. I promise to make up for you soon.


– – – –


Wolverine to dla mnie szczególna postać – jako dzieciak uwielbiałam komiksy w których się pojawiał, bardzo podobały mi się pełnometrażowe filmy z jego udziałem, no i w dodatku podkochiwałam się w aktorze, który  się w niego wcielił wcielał (Hugh Jackman). Zresztą, w kim to się ja nie podkochiwałam! Lista muzyczno-filmowych idoli jest bardzo długa i gdyby tak zebrać ich razem w jednym pomieszczeniu, to można byłoby utworzyć niezły harem.

 

Wolverine is a very special character for me – as a child I loved comic books he appeared in, I really enjoyed films about X-Men and additionally I had a crush on Hugh Jackman, who starred in the main role.


 

O tym, że istnieje figurka Wolverine’a wiedziałam od dość dawna, jednak nie decydowałam się na zakup, bo firma Hot Toys w 2013 roku zaplanowała wypuszczenie na rynek drugiej edycji zabawki. Kiedy jednak zobaczyłam, jak wygląda prototyp nowego Wolverine’a natychmiast przeszła mi na niego ochota. Owszem, był świetny, ale bardzo przeszkadzał mi wściekły grymas na jego twarzy. Mnie marzyła się figurka o spokojniejszym wejrzeniu, nie maszyna bojowa z wyszczerzonymi zębami, taka jak na zdjęciu poniżej:

 

I’ve known that figures of Wolverine had been available on the market for quite a long time, yet I have not decided to buy one, as Hot Toys announced to release a new edition of their product in 2013. But when I saw the prototype my heart dropped. The new Wolvie was incredible, no doubt about it, but I couldn’t bare the angry grimace on his face. What I needed was a figure with more calm reflection in the eyes, not a war machine with a grin like this:



01

 

Zdjęcie promocyjne Wolverina z 2013 r. pobrane ze strony Flickr, gdzie zostało zamieszczone przez użytkownika marvelousRoland. Jak widać mutant dba o zęby i regularnie chadza do dentysty.

 

The promotional photo of Wolverine 2013 was taken from Flickr, where it had been posted by marvelousRoland. As you can see the mutant takes care of his teeth and understands the importance of regular dental visits.


 

Sytuacja na rynku zabawek zmusiła mnie do odkurzenia pomysłu o zakupie starszego modelu. I tu znów pojawiły się problemy. O nabyciu nowego egzemplarza nie było co marzyć – ceny tej figurki w stanie NRFB są zabójcze. Niestety, nawet zdobycie używanego egzemplarza mogło sprawić spore problemy – dzięki kolegom z forum figurkowego dowiedziałam się, że to, co można odszukać w zasobach serwisu eBay, to w większości chińskie podróbki, sprzedawane po słonych cenach jako oryginały! Na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie jak produkty od Hot Toys, ale po bliższym przyjrzeniu się widać wyraźne różnice – inny odcień plastiku, niestaranną malaturę, gorzej zszyte stroje. Problem podróbek był na tyle poważny, że firma Hot Toys wypuściła formalne ostrzeżenie przed kupnem klonów i wskazała w jaki sposób je rozpoznawać. Kierując się jej wskazówkami musiałam odrzucić zakup u kilku sprzedawców z Azji, którzy ewidentnie nie proponowali oryginałów.

 

The situation in the toy market forced me to re-think the idea of getting the older model of Wolverine. But, as you surely know, this figure is quite costly, especially when never removed from box. Unfortunately, even “played with” toys are very hard to find – as eBay is literally flooded with numerous counterfeit products sold as originals, especially by Sellers from China. At first glance these knock-offs look exactly like Hot Toys figurines, but upon a closer inspection they reveal their true nature: low quality of plastic and horrible painting technique (not to mention details and packing). In order to protect their customers from putting money down the drain Hot Toys have spread the formal counterfeit product alert, warning the collectors how to identify fake products. Thanks to this alert I was able to turn down a few sellers from Asia who offered knock-offs.



 

Swojego Wolviego namierzyłam u sprzedawcy ze Stanów, który okazał się na tyle uprzejmy, że zgodził się na zakup w ratach. Dzięki jego pomocy moja wymarzona figurka w końcu do mnie dotarła i u mnie pozostanie.

 

I found my Wolverine at an auction ran by an american seller. He turned out to be a very kind man and agreed to receive payment in 2 installments. Had it not been for his good will I could have hunted for this figure for long time and actually be very far from getting it!.



Wiem, że Wolverine nie należy do klasycznych przystojniaków, nie ma urody typowego amanta i jest dość toporny jeśli chodzi o ubiór i styl, ale pomimo to myślę, że to jeden z najseksowniejszych filmowych „potworów” 🙂

 

I know that Wolverine is not a classic „hottie”, hasn’t got the looks of a catwalk model and his style is rather raw, but despite all of that I find him very sexy 🙂


 

01

 

02

 

03

 

Dla mnie jest wspaniały z jednym małym wyjątkiem. Otóż ten twardziel boi się psów i mdleje na ich widok!

 

I find him magnificent and very manly in every aspect, with only one exception – you need to know that this man’s man is afraid of dogs and faints at the sight of them!


 

04

 

Mam cichą nadzieję, że Wolvie pokona tę słabość, bo z psiulą spotka się jeszcze niejeden raz. To ona jest „panią domu” i musi się do niej przyzwyczaić. Zresztą, psina nie miała względem plastika żadnych złych zamiarów. Chciała go tylko spokojnie obwąchać.

 

I secretly hope that he will overcome the weakness as he shall meet the doggie again. Funia is the mistress of the house and he needs to get accustomed to her. I’m sure that she didn’t mean to bully Wolvie, she only wanted to take a closer look at him and maybe to take a quick sniff.


 

06

 

Tak wygląda bardzo nierasowy lecz bardzo kochający buldożek francuski, którego zląkł się Wolverine.

 

That’s Funia’s portrait. She might be a mongrel but she has a big heart and I totally don’t mind that she hasn’t taken much after her mother (who is a lovely french bulldog).


 

Oj, po napisaniu tej notki ulżyło mi! Teraz wiecie już o obydwu przystojniakach, którzy równocześnie się u mnie pojawili, więc jestem fair w stosunku do każdego z nich. I mogę spokojnie powrócić do Jacka. Nie będzie mi już ciążyło to, że pokazałam tylko jednego chłopaka 🙂

 

Wooo – hooo! I feel so relieved once I’ve finished this note. Now you know of both hotties who arrived to me lately, and I feel free to continue to Jack Sparrow’s review 🙂

Nie wysyłam do Polski

Znacie serwis eBay? Wiem, że znacie! I na pewno zetknęliście się z sytuacją, kiedy na jakiejś aukcji udało się wam namierzyć lalkę, która od długiego czasu wręcz się napraszała, by ją kupić, ale kiedy dochodziło do kontaktu ze sprzedawcą, to sen o zdobyciu „tej wymarzonej” pryskał niczym mydlana baniuszka, bowiem eBay’owicz „NIE WYSYŁA DO POLSKI” (ani w żadne inne miejsce, poza swoim krajem).


 

Z moich obserwacji wynika, że w numerach tego typu przodują Amerykanie. Dajmy na to, że na eBayu pojawia się aukcja, którą nie interesuje się pies z kulawą nogą, oprócz mnie. Pytam więc sprzedawcę, czy wyraziłby zgodę na wysyłkę do Polski, oczywiście, za odpowiednią dopłatą. Odpowiedź zazwyczaj brzmi: „Nie ma takiej opcji!”. Jak nie ma, to nie ma. Trudno. Zapominam o aukcji na jakiś miesiąc i po tym czasie próbuję sprawdzić, czy przedmiot się sprzedał. I co odkrywam? Że aukcja nadal sobie wisi w sieci i że nadal się nią nikt nie interesuje. Podejmuję zatem drugą próbę kontaktu. Powołuję się na poprzedni mail i pytam, czy w związku z tym, że przedmiot nadal jest dostępny, sprzedawca łaskawie rozważyłby możliwość zmiany ustawień wysyłkowych. Wystawca lalki zazwyczaj zgadza się przemyśleć sprawę, kiwa dobrotliwie głową, ale na tym jego działanie się kończy, zaś kontakt – urywa. Aż chciałoby się niecenzuralnie rzec: WTF? Skoro nie zależy ci człowieku na sprzedaży, to po co robisz mi nadzieję? Dla jaj? Dla pognębienia „polaczka”? Nie ogarniam tego swoim małym móżdżkiem, tym bardziej, że po kolejnym miesiącu okazuje się, że lali znów nikt nie kupił.

 

 

No piknie. Sprawa wydaje się przegrana. Można iść i zakopać głowę w piasek, albo wyżalić się komuś znajomemu. I, jak się okazuje, ta ostatnia opcja jest bardzo mądra, bo drugi człowiek i rozwiązanie poda i jeszcze zaoferuje pomoc w ściągnięciu laluchy do miejsca zamieszkania osoby jej pożądającej. Stąd wniosek, że wśród całej masy spotworniałych potworów istnieją tzw. „dobrzy ludzie” i dzięki za nich Bogu, bo bez nich świat kręciłby się wolniej. A tak w ogóle, to ja to wszystko piszę, bo bez pomocnej dłoni pewnej pięknej i uroczej niewiasty ukrywającej się pod nickiem „Marshalka” o przedstawieniu Wam bohatera dzisiejszego wpisu, mogłabym sobie tylko pomarzyć.

 

 

Lalek pojawiał się już u mnie w odsłonie „matellowskiej”, ale że nie wystarczała mi ona do szczęścia, więc tajemniczy „on”, który już za chwilę odsłoni lica, doznał rozdwojenia i tym razem zaprezentuje się jako „czarny kuń” ze stajni Hot Toys. Wiem, że moje uwielbienie dla tej firmy zaczyna już powoli przekształcać się w fiksum dyrdum, ale liczę na Wasz łagodny osąd – wszak wszyscy jesteśmy nieco szurnięci.

 


A teraz, jak na dobrego gospodarza przystało, pozwolę sobie przedstawić Szanownym Czytelnikom Jacka nad Jackami, czyli monsieura Sparrowa. Jacuś, ukłoń się Państwu!

 

01

Jack: – No jak mam się ukłonić, skoro trzymam ster? Jak go puszczę to zaraz mi statek wpadnie na skały albo cuś! Kobity to mają głupie pomysły …

 

 

Recenzja „produktu” pojawi się, oczywiście, w którymś z kolejnych wpisów, a na razie, jako leń patentowany, rzucę Wam na żer kilka artystycznych fotografii (artystycznych, czyli: niedoświetlonych, nieostrych, z jakimś badziewiem w tle itp., itd. – w sumie to się tym nie bardzo przejmuję, bo nie mam ani dobrego oka, ani rozwiniętego zmysłu smaku, więc cudów się po swojej działalności fotograficznej nie spodziewam).

 

02

 

03

 

 04

 

W związku z tym, że Jack został przesłany do biura gdzie pracuję, jego odpakowanie wzbudziło pewne zainteresowanie wśród kolegów. Piracik został gruntownie obmacany i – konstatuję to z przyjemnością – spodobał się towarzystwu. W domu zresztą też, choć bliscy ubolewają trochę nad moim szaleństwem zakupowym. „Buty byś sobie, dziecko, jakieś eleganckie kupiła, a nie te lalki wiecznie do domu ściągasz!”. Buty butami, a ja i tak wolę lalki. Zresztą, większość eleganckich człapaków jest na obcasie, a ja ni hu hu w takich chodzić nie umiem, więc nie czuję żadnych pokus. Na widok butów nigdy mi gula do gardła nie podeszła, a na widok lalki – owszem, tak więc priorytety są dość jasne 🙂

 

Przyjazd Jacka do domu spowodował pewną konsternację wśród starszych mieszkańców, a szczególnie u jednego rodzynka, który uważa się za mistera wszechświata. Przez chwilę bałam się, że zrobi krzywdę nowemu nabytkowi, bo jest skory do bitki, ale o dziwo, zachowywał się spokojnie, choć ukradł Jackowi piracki kapelusz.

 

05

Ja: – Loki, jesteś piękny, ale w tym kapeluszu ci kompletnie nie do twarzy!

Loki: – A mnie się podoba! Od dziś jestem piratem!

 

Ponieważ opracowanie dzisiejszego wpisu wyczerpało moje siły fizyczne i duchowe, pozwolę sobie na jakiś czas się oddalić. Wrócę niebawem, z obszerniejszą recenzją Jacka!