Facet o urodzie wychudzonego szczura

Chciałabym jakoś mądrze rozpocząć recenzję figurki Lokiego, ale jedyne w miarę rozsądne zdanie, które mi się kołacze po głowie po jego obejrzeniu brzmi tak: „Loki to facet, który ma urodę wychudzonego szczura i ogromny nos”. Ponieważ tak krótkie podsumowanie nie oddaje mu sprawiedliwości, będę pisać „naokoło”, posiłkując się zdjęciami. Pod koniec zobaczymy, czy wyjdzie pean pochwalny, czy tekst obierze inny kierunek.


No to „jadymy”!


1. Pudło

Duże, zielone, z wizerunkiem przyjemniaczka. Łatwo otwieralne, dobrze prezentuje się na półce, choć zabiera niepokojąco dużo miejsca – równowartość dziesięciu dużych książek. Ponieważ w serii „Avengers” wydano wszystkie postaci z filmu, skompletowanie całej załogi „mścicieli” oznacza zawalenie domu kupą tekturowych boxów.


8581

Wizerunek na pudle nieprzyjemnie łypie na właściciela.


851

Gdyby właściciel zapomniał jak nazywa się jego figurka, to może spojrzeć na górną krawędź opakowania i od razu sobie przypomni.

 

2. Akcesoria.

Firma Hot Toys jest znana z tego, że zabezpiecza swoje plastikowe „dzieci” w kupę różnistych dupereli i artefaktów. Na przykład – w siedem dodatkowych, wymiennych dłoni (trzy prawe i cztery lewe). Są, oczywiście, jeszcze dwie podstawowe. Normalnie Loki to chyba jakaś ośmiornica jest 😛


dłonie

Te złotawe „narośle” na łapkach to nie przerośnięte kurzajki, tylko zamocowane na stałe ochraniacze. Są wtopione w skórę dłoni, przez co – nie do zdjęcia.


łapki

 

Ręce nie powinny pozostawać bezczynne – tak więc jest i coś do złapania. Gustowna, „śmiercionośna” włócznia z niebieskim oczkiem, to jest chciałam powiedzieć – z Tesseractem.

 

włócznia

Włócznie są w zestawie dwie. Krótszą pokażę na kolejnych zdjęciach, „w użyciu”

 

ostrze włóczni

Ostrze broni jest wykonane z plastiku, ale oko by się nim dało wykłuć. Taka zabawka zupełnie nie nadaje się dla dzieci.

 

Kolejnym elementem zestawu jest stojaczek. Przyjemnie solidny, teleskopowy.


stojak

 

Stojak jest bardzo stabilny i wygodny w użyciu. Sęk w tym, że gdy jego fragment załapie się na zdjęciu, to robi się wesoło i w głowie pojawiają się kosmate skojarzenia. No perwersja po prostu 🙂


stojak

Pisanki? Czarne? O rety!

 

W przepaścistych otchłaniach pudła znalazło się również miejsce dla małych, skrytobójczych sztylecików, kajdanek i knebla.


sztyleciki

 

kajdanki

 

knebel

 

Czym jednak byłyby te wszystkie akcesoria, gdyby nie Loki? No właśnie – niczym. Zatem przeskakuję do postaci „tego złego”.

 

3. Przyjemniaczek.

Loki hipnotyzuje mnie swoją twarzą. Lubię takich brzydali z wyrazistymi oczami i zapadniętymi policzkami.


en face


O tym, jak duży jest jego nos można się przekonać spoglądając niżej:


nosisko

Ten wzrok sugeruje zamyślenie. Loki duma oczywiście o tym, jak podbić naszą planetę.

 

z góry

 

Twarz figurki podoba mi się bez żadnych zastrzeżeń. Jest wyrazista, pięknie wyrzeźbiona i pomalowana. Ciut gorzej prezentują się włosy postaci.

 

włosy

Fryzura a’la piłkarz: z przodu żel, z tyłu wijące się kędziory

 

Wiem, że Loki to nie lalka, ale chyba wolałabym go z „prawdziwymi” włosami. Z drugiej strony, po założeniu na głowę przystojniaka hełmu plastikowa zaczeska znika.

 

całość

 

Nakrycie głowy pięknie komponuje się z resztą stroju, który choć bogaty, wydaje mi się gustowny. Lubię takie zestawienia kolorów!

 

Wiem, że obiecałam rozebrać Lokiego i zaprezentować go „bliżej”, ale w związku z tym, że nie umiem jeszcze wyłuskać go ze stroju (część odzieży można usunąć wyłącznie po uprzednim zdjęciu głowy i rozłączeniu stawów ramion, co chwilowo stanowi dla mnie czarną magię) ograniczę się do pokazania jak wygląda na zewnątrz.


elementy stroju

 

Ilość materiałów, użyta do sporządzenia stroju jest imponująca. Producent zagrał fakturami poszczególnych elementów, aby wywołać wrażenie bogactwa. I całkowicie mu się to udało 🙂

 

rękaw

Elementy rękawa. Umiejętność rozmieszczenia tak dużej ilości elementów na tak małej powierzchni wprawia mnie w podziw.

 

całość

Jestem piękny i uroczy. Kochajcie mnie ludzie, a ja podbiję waszą planetę i obrócę was w niewolników.


Na tle innych przedstawicieli mojego małego hottojsowego stadka Lokiś wygląda jak barwny kogucik na tle szarych kurek.

 

grupa

Loki: – Nie obraźcie się chłopaki, ale „król może być tylko jeden!”

Sweeney (mruczy pod nosem): – A przyjdź no kiedy na golenie do mojego zakładu, koguciku …

Jake: (myśli) – Pewnie te ciuchy w second-handzie kupił …

 

Reasumując: Jest w moim typie, gustownie się ubiera, należy do elity bóstw i jest „bad boysem”, więc moje lalki i ja na niego lecimy 😛

 

 

Edit! Znalazłam w sieci zdjęcie Lokiego w „zwykłym” stroju. Wygląda – jak tysiąc dolarów 🙂

casual

Loki

Baba to taka stwora, co zawsze chce „inaczej”. Jeśli jest blondynką, to marzą jej się ciemne włosy, kiedy jest śniada, to wzdycha zazdrośnie na widok bladej skóry, a gdy Panbuczek podaruje jej szczuplutką, drobną figurę, to jak w banku można obstawiać, że chciałaby być wyższa i bardziej cycata.



Jako że przyszłam na świat jako baba, to wzorem innych babów też marzę o zmianach. Z chęcią zmalałabym kilka centymetrów, wymieniła kolor oczu na brązowy i wyhodowała na głowie burzę loków. Kobity z kręconymi włosami to mają dobrze! Chłopy się za nimi oglądają, mogą zarzucać lokowane grzywy na ramię i fantazyjnie je upinać. Gładkowłose oczywiście też mogą wykonywać wszystkie te czynności, no ale to co gładkie nie może równać się z ponętnym skrętem. Loki to jest to!


 

Ponieważ nie mam szans na upragnioną fryzurę, bo włosięta na łepetynie cieniutkie, słabiutkie i przyklapnięte i trwałej się nie poddadzą, zdecydowałam się na „loki zastępcze”. Nadeszły w dość dużym pudełku i dziś triumfalnie przyniosłam je do domu.


 

Loki są, a właściwie JEST piękny, plastikowy i bardzo przypomina oryginał z filmów „Thor” i „Avengers”, czyli aktora Toma Hiddlestone’a.


 

01

Takim wzrokiem można mrozić piwo przed imprezą 😛


02

Szykowny płaszczyk obszyty jest na brzegach złotymi kuleczkami. Lansik bansik!


03

Hełm sugeruje, że posiadacz jest rogaczem


04

 

Z takim zaciętym i wrednym ryjem Loki od razu uplasował się na pierwszym miejscu moich ulubionych plastikowych chłopaków 🙂 Nie wiem jeszcze jak wygląda pod toną ciuchów, ale długo w tych szmatkach nie posiedzi – muszę obejrzeć go na golasa i spróbować przebrać w casualowe szmatki – widziałam w sieci, że kilku właścicieli figurki zastosowało ten trick i doszło do bardzo fajnych rezultatów.

 

W kolejnym wpisie – recenzja rogatego paskuda. Myślę, że na nią zasługuje!

 

 

Mały bonus: zdjęcia oryginału i „plastika” pobrane z sieci:

01

02

03

 

Gdybym miała wybór, to wzięłabym do domu tego prawdziwego 😀 Tylko czy by mi się na półkę zmieścił?

Odgapione

Lubię buszować po lalkowych blogach. Tu coś zobaczę, tam coś przeczytam i od razu gęba mi się cieszy, krzywi lub wykręca na lewo. Czasami też pojawia się pomysł na notkę, która jest nawiązaniem do czyjegoś wpisu.


 

Impuls do opracowania dzisiejszego wpisu narodził się w trakcie czytania bloga Aidy Idalii – „W wolnym czasie”, na którym pojawiła się promienna Golden Dream Barbie. Traf chciał, że u mnie mieszka jej kuzynka z serii, Christie, nieopisywana jeszcze i niepokazywana (poza kontem na Flickr’ze). Dlatego niniejszy wpis proszę traktować jako „odgapiony”, bo nie pojawiłby się, gdyby Aida nie napisała o swojej lalce.

 

01

 

Christie jest trzecią lalką o ciemnej karnacji, która wzbogaciła moje zbiory. Z pojawieniem się każdej kolejnej upewniam się, że w przypadku lalek – dziewcząt znacząco wolę te o afrykańskich korzeniach. Reguła ta nie przekłada się wszelakoż na lalkowych mężczyzn.


 

02

 

Buziak i ciało – typowe, nie kryjące żadnych sekretów. Ciekawostką są włosy z miedzianymi drucikami, które teoretycznie mają ułatwiać układanie fryzury, a w praktyce, po kilkukrotnym przeczesaniu lalki, przyczyniają się do powstania na jej głowie malowniczej szopy.

 

05


 

Muszę się przyznać, że do moldu Steffie bardzo długo nie umiałam się przyzwyczaić. Na początku był dla mnie kompletnie obojętny i nie bardzo rozumiałam, dlaczego tak wielu kolekcjonerów wyraża się o nim pochlebnie. Oglądałam różne Stefki na zdjęciach w internecie, lecz zdania nie zmieniałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Bo, widzicie, im więcej czytałam o pozytywnych cechach Steffie, tym bardziej utrwalało mi się w głowie przekonanie, że one rzeczywiście są wspaniałe, tyle że ja jestem ślepa i ich wyjątkowości nie widzę. W międzyczasie wbiło mi się do głowy motto, powtarzane przez WSZYSTKICH posiadaczy lalek z twarzą Steffie: „Te lalki są piękne”. I wtedy „zaskoczyło” – grupowa fascynacja zaraziła i mnie. To pewnie jakiś znany z psychologii fenomen, kiedy jednostka, pod wpływem jakiejś większej społeczności, nabiera określonych upodobań.

 

06

 

 

W związku z tym, że większość moich lalek dostaje partnerów, Christie też trafiła w objęcia spragnionego towarzystwa kenika. Pasuje do niego bardziej, niż oryginalna partnerka, bo tak jak on, robi wrażenie młodziutkiej istoty. Dwójka młodych, ładnych i zadurzonych w sobie zasiedliła oddzielną półkę, gdzie bez obecności ciekawskich można szeptać sobie czułe słówka.


 

07

 

Złotka (a może bardziej „miedzianka”?) jest zadowolona z doboru chłopaka i nie zamierza zwracać go lalce, z którą był zapakowany do pudełka. Ta zresztą znalazła sobie inny obiekt westchnień, który, być może, przedstawi się w kolejnym wpisie.

Bo chłopa mi było trzeba!

Lalki-dziewczyny są wspaniałe, urocze i kochane, ale kiedy robi się ich za dużo, to automatycznie włącza mi się myślenie o plastikowych samcach. Bez nich mój lalkowy świat zastyga w bezruchu i wyzbywa się sensu. Bez chłopów „Dolland” nie istnieje. Więc dziś – będzie chłop! Z babą u boku.


 

W świecie Mattel często jest tak, że sympatyczni panowie są do kupienia wyłącznie w zestawach z towarzyszkami. Dla mnie te zestawy są średnio atrakcyjne, bo w większości przypadków Barbie z giftsetów nie są mi do niczego potrzebne. Są trudne do sprzedania, zajmują miejsce w pudełkach i w ogóle nie wiadomo po co istnieją. W dodatku podbijają cenę zestawów do góry, co powoduje u mnie płacz i zgrzytanie zębów, bo to takie niechciane „gratisy”, za które trzeba zapłacić swoją krwawicą.

 

 

Jak widać żywot zbieracza Kenów jest ciężki, niewdzięczny i męczący jak droga pod górę w klapkach kąpielowych. Promienny uśmiech zakwita na stroskanych licach kolekcjonera nadzwyczaj rzadko, ale kiedy już się pojawia, to oślepia swoją mocą.

 

kuń

 

Dzieje się to, gdy do rąk spragnionej „kenizmu” osoby wpada jakiś atrakcyjny, plastikowy młodzieniec, którego bez żadnych konsekwencji można rozebrać, wymacać, obfotografować i obwąchać, co, nawiasem mówiąc, właśnie czynię, bo dotarł do mnie dość długo wyczekiwany zestaw „Barbie tango”. Wyprodukowano go jako „eks-klusiw” (w tłumaczeniu: ex-klusek) dla popularnego sklepu zabawkarskiego „FAO Schwarz”.

 

 

Taneczna tematyka zestawu jest mi kompletnie obojętna, stroje obydwu lalek zbywam wzruszeniem ramion. Jedynym elementem, dla którego zdecydowałam się na kupno pudła z zawartością jest buziak Kena. Swojego czasu, w rankingu najprzystojniejszych lalkowych mężczyzn od Mattel, uplasowałam go na siódmym miejscu. Teraz, po obejrzeniu lalusia z bliska, stwierdzam, że mogłabym dać mu wyższą notę, bo udał mi się chłopak nad podziw.

 

Chciałabym to samo napisać o towarzyszce pana ładnego, ale jakoś nie mogę, bo to nie moja bajka. Zresztą, zaraz zobaczycie, co i jak, bo sparło mnie na dłuższy opis zestawu (Hahahahaha – tu włącza się złowieszczy śmiech – będziecie cierpieć męki, podczas jego czytania):

 

Pudełko – typowe, duże, z szybką. Na tylnej ściance widnieje fotografia obydwu lalek, nieco przekłamująca rzeczywistość, bo prezentująca prototypy oraz kilka bełkotliwych zdań o genezie tańca „tango”. Jak dla mnie, to Mattel mógłby sobie odpuścić te pseudonaukowe notki na pudłach. Osoba dorosła niewiele się z nich dowie, a dziecko – no cóż – dzieciom raczej nie daje się takich lalek do zabawy, bo „zaraz zepsują”. 

 


7371 

7345

Bla, bla, bla, bla, bla ….

 

Lalki w środku pudła – przyspawane, jak to u Mattel bywa. Okropna okropność. Ponieważ nie cierpię „uwięzionych” lalek, to czym prędzej uwolniłam je z pudła i objawiła mi się (czego się spodziewałam), pierwszorzędna fuszerka. Łocz dis:

 

7414

 

Na zdjęciu widać druciki, które utrzymywały lalki w opakowaniu. Ich fragmenty są pokryte czerwoną farbą. To miejsca styku z garderobą lalek. A teraz – pytanie za sto punktów: skoro ubranka pofarbowały druciki, to czy pofarbowały też ciało Barbie i jej towarzysza? Z przykrością stwierdzam, że tak. Niech to gęś kopnie!  W końcu doszły do mnie wymarzone lale, a jeszcze przed otwarciem pudła były felerne!

 

7325

 

Jęków i stęków ciąg dalszy: boli mnie róża, wetknięta na siłę w usta Barbie i dziurawiąca jej twarz. Lubię piercing, ale to przecież piercing nie jest. Wrrrr, osobie, która wymyśliła patent z kwiatem w ustach z chęcią wetknęłabym tę różyczkę w zadek

Kwiat daje się usunąć z buziaka, ale dziurki jednak zostają! Szkoda mi lalki. Rozumiem, że w zamyśle twórców jej wizerunek tworzy spójną całość, ale na ich miejscu wymyśliłabym jakiś mniej inwazyjny sposób dołączania  akcesoriów.

 

7452

Dziura, dziura, dziura!

 

Barbie została w mojej opinii potraktowana strasznie po macoszemu – ubrano ją w okropną kieckę i rajstopy – antygwałty, które tak mają się do zwiększenia seksapilu lalki jak Jarosław Kaczyński do atrakcyjności Brada Pitta.

 

7445

Rajstopy miały w zamyśle twórców udawać kabaretki. Niestety wyglądają jak pozszywane na kształt rajstop sieci rybackie. Zero subtelności.

 

7406

 

A tutaj mamy dół kiecki. Kompletny chaos. Frędzle, pióra i bóg wie co jeszcze. Można byłoby to nazwać artystycznym nieładem lub klęską urodzaju, ale, szczerze mówiąc, wolę określenie SNAFU. Situation normal, all fucked up

 

W tej kupie nieszczęścia jest jednak mały promyczek – wszystkich tych piórkofrędzli można się bezboleśnie pozbyć, bo są elementami schowanej pod suknią halki. Uffff!

7503 

W ostatecznym rozrachunku nie jest tragicznie, ale przyznacie, że mogło by być lepiej. Na plus zaliczam fakt, że Barbie jest całkowicie zginalna, ma miłą, choć nie olśniewającą urodą twarz i ciekawą fryzurę a’la „kopiec kreta”.


7441

 

7440

 

7443

 

„Średniość” zestawu ratuje uroda Kena. Gdyby nie ona, to po wyjęciu lalek z pudła, chyba kompletnie bym się załamała i wytoczyła Mattelowi proces.


No ale! Ale on JEST ŁADNIUTKI i ze względu na przyjemność, czerpaną z gapienia się na jego buziaka, litościwie wybaczam. Mattelu, znaj Zgreda!

 

ouuouououuo

A ti ti ti, cukiereczku słodziutki, choć tu, to cię ciocia poczochra.

 

Kenik bardzo kojarzy mi się z bohaterem cyklu „detektywistycznego” Borisa Akunina – Erastem Pietrowiczem Fandorinem, który nie dość, że był bardzo przystojny i rwał niewieście serca jak zawodowy żigolak, ale i porażał elegancją. W lalku jest coś z wyrafinowanego dandysa, co pozwala mi mieć nadzieję na to, że po zmianie ubranek Ken zmieni się w super eleganckiego gentlemana w stylu angielskim.

 

7482

 

7420

7422

 

Możliwości ruchowe obu lalek oceniam na poziomie popularnych Fashionistek, choć brakuje mi brdzo zginalnych nadgarstków. Mimo to parę można ustawiać w dość frywolne pozy, przypominające nieco układy taneczne.

 

7466

 

W przyszłości planuję rozdzielić tancerzy i połączyć ich w pary z innymi lalkami. Chwilowo pozostają jeszcze razem, w tym samym pudle, ciesząc się ostatnimi chwilami wspólnego życia, ale to nie potrwa już długo. Cóż, mam w sobie psuja, który cieszy się, gdy może wprowadzać zmiany w oryginalne stylizacje. Choć w przypadku lalkowych kolekcjonerów nie jest to pożądana cecha, to za bardzo ją cenię, by się jej pozbyć. Dlatego w przyszłości postaram się wam jeszcze pokazać parę „Tango” w nieco innym wcieleniu.

Smutek papierowych kart

Wierzę w słuszność powiedzenia:  „Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś”. Nie zaprzyjaźnię się z osobą, która książkę taką, jak „Imię róży” określa mianem chłamu, napisanego przez nawiedzonego idiotę, a cykl „Pan lodowego ogrodu” Jarosława Grzędowicza zbywa wzruszeniem ramion.


Odkąd pamiętam, w moim domu nigdy nie brakowało książek. Zbierali je dziadkowie, zbierają rodzice, zbieram ja. Na półkach męczą się w ogromnym ścisku powieści historyczne, fantastyka, literatura o zabarwieniu religijnym, panoszą się powieści i zbiory opowiadań Stephena Kinga oraz innych autorów grozy, a gdzieś pod zwałami papieru giną zaczytane prawie na strzępy komiksy: „Thorgal”, „Tytus, Romek i a’Tomek”, „Kapitan Żbik”, uchowały się, wysępione od starszego kolegi, numery czasopisma „Relax”. W sypialni, w bliżej nieokreślonej przestrzeni szafy poukrywały się książki kucharskie, podręczniki z lat szkolnych, książki z bajkami. Są jeszcze pudła na strychu i w piwnicy, gdzie upchnęłam niechlubne wspomnienia dziecięcych fascynacji („Sagę o ludziach lodu”)

 

Czasami znajomi, odwiedzający mnie w celach rozrywkowo-rozmownych pytają: „Czemu nie oddasz części książek do biblioteki? Przecież wszystkie chyba nie są ci potrzebne?”


A właśnie, że są! Instynkt czytelniczy nie pozwala mi się ich pozbyć. Kto wie, w czyje ręce trafiłyby lubiane przeze mnie egzemplarze. Może skazano by je na powolną dewastację w trzewiach jakiejś biblioteki-molocha, albo, co gorsza, zostałyby wrzucone do makulatury, potraktowane jak zwykłe śmieci. Widziałam kilka razy, jak ludzie wynoszą do śmietnika wielotomowe wydania prac Dostojewskiego, Bratnego,  Byrona. Tylko dlatego, że zajmują za dużo miejsca w mieszkaniu lub nieco się podniszczyły i nie wyglądają już atrakcyjnie na półkach, strasząc swoich właścicieli podniszczonymi obwolutami lub przytartymi okładkami.


Szkoda mi książek. Szkoda tym bardziej, że słowo drukowane powoli odchodzi do lamusa. Być może jesteśmy ostatnim pokoleniem, które znajduje radość z trzymania w dłoniach zadrukowanych kart? Dziś modne są czytniki elektroniczne, na których można skompletować kilka tysięcy wspaniałych, różnorodnych pozycji i mieć je zawsze przy sobie, niczym przenośną bibliotekę. Rozumiem miłośników elektronicznych gadżetów, bo sama nie wyobrażam sobie życia bez czytnika e-booków, laptopa i tableta. To powszechne „zboczenie cywilizacyjne”, które dotykać będzie coraz młodszych „obywateli świata”.  Ważność tradycyjnych, papierowych książek zminimalizuje się na rzecz ich cyfrowych odpowiedników.


Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko cyfryzacji życia, stanowiącej znak XXI wieku. Dzięki niej (to paradoks) zdobyłam dostęp do zasobów sprzed wieków. Utworzenie Federacji Bibliotek Cyfrowych (http://fbc.pionier.net.pl) było dla mnie wydarzeniem o doniosłości równej wynalezieniu koła. Nie zmienia to faktu, że po prostu czasami mi żal odchodzącej w dal przeszłości.


– – –

 

By przerwać ten smętny nastrój zapraszam do zmiany tematu i obejrzenia zdjęć miłej, ciemnoskórej lali. Choć niedawno zarzekałam się, że nie chcę już zbierać „superstarów”, to jak zwykle nie byłam w stanie się powstrzymać.

 

01

W czekoladowym wydaniu Barbie „superstar” wygląda bardzo miło, choć oczywiście rysy jej buziaka nijak się mają do typowych twarzy ciemnoskórych ludzi. 

 

2

Chyba będę musiała odwołać swoje wcześniejsze stwierdzenie, że Barbie „superstar” są najnudniejsze wśród lalek od Mattel. One wcale nie są nudne, tylko wyprodukowano ich strasznie dużo, stąd wrażenie przesytu.

 

3

Jedynym elementem który mnie odrzuca od lalki jest jej suknia. Po pierwsze – wygląda jak koszula nocna (spójrzcie tylko na rozwiązanie w okolicach stanika – toż to typowa babska, nocna koszula!), ozdobiona nędzną imitacją etoli, a po drugie – nie pasuje kolorystycznie do ogólnego wyglądu lalki. W przyszłości pójdzie do wymiany.

 

4

Ładna dziewczyna nawet w paskudnej kiecce wygląda miło, tak więc pomimo usilnych starań stylistów Mattela, którzy wybrali jej tę ohydną sukienkę, laleczka prezentuje się dobrze.

Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze spodoba mi się superstar. Jak to człowiek słabo zna sam siebie 😛

Piękno obrusa

W związku ze zbliżającymi się świętami postanowiłam poświęcić wpis obrusowi na wigilijny stół. Przygotujcie się na dużo spamu zdjęciowego:

 

 

01

Oto obrus w wersji niewyprasowanej. Za chwilę przekonacie się, jak wypięknieje po użyciu żelazka! Stanie się gładki niczym jedwabna chusta, promienieć będzie śnieżną bielą i onieśmielać swoim prostokątnym kształtem. Po uprasowaniu godny będzie pieśni minstreli, prezentacji na królewskim dworze i tytułu „Mistera obrusów 2012”.


 

Wybaczcie głupi żart. Na zdjęciu powyżej widać wcale nie obrus, a fragment sukni lalki, której jeszcze nie miałam okazji zaprezentować. To smutna panna młoda. Smutna jest dlatego, bo tkwi samotnie w pudełku, oczekując na narzeczonego, który nigdy nie nadejdzie, bo nie został przez Mattel wyprodukowany. Stąd na twarzy lalki brak uśmiechu i zrezygnowane spojrzenie.


01

 

02


 

W dziejach firmy Mattel ślubnych lalek było na pęczki. Część z nich sprzedawano z bogatym „wyposażeniem”, w skład którego wchodzili panowie młodzi, a czasami nawet i druhny. Takie podejście w pełni rozumiem. W końcu panna młoda powinna mieć u boku ukochanego. Bez niego jej istnienie nie ma sensu. Przecież przed ołtarz nie idzie się samotnie, a z mężczyzną u boku.


 

03

 

03

 

 

Moja samotnica nie ma zbyt dużych szans na spotkanie kena, który założyłby jej na paluszek obrączkę. W serii, w której ją wydano – „Sophisticated Wedding Barbie”, pojawiały się wyłącznie lalki-dziewczęta. Z braku odpowiedniego lalkowego mężczyzny mogłabym oczywiście stworzyć parę damsko-damską, ale sęk w tym, że pozostałe laleczki z tej ślubnej serii niespecjalnie mnie porwały. Są piękne, bo każda panna młoda promienieje urodą i wewnętrznym szczęściem, ale „z twarzy” i „z charakteru” nijak do mojej nie pasują.


 

04

 

 

Brak pana młodego trochę mi w przypadku mojej Baśki przeszkadza. Gdyby u jej boku stał jakiś przystojny chłopiec, to jej uroda uwidoczniłaby się na jego tle jeszcze bardziej.

 

– – –

 

Aby nieco pomóc ślicznotce wysłałam do niej z romantycznym posłannictwem pana wyprodukowanego przez inną firmę niż Mattel. Niestety „Romeo” jest nieśmiały i bardzo się wstydzi, że nie posiada eleganckiego garnituru i butów. Dlatego nie zdecydował się jeszcze przedstawić dziewczynie, czekając na czasy, gdy będzie prezentował się bardziej wytwornie.



05

 

 

Nie da się ukryć, że chłopakowi świecą się do dziewczęcia oczy. Trzymam za niego kciuki, aby szybko wystarał się o stosowny strój i z powodzeniem uderzył do smutnej panny w konkury 🙂

Seksapil to nasza broń kobieca

Dzięki bardzo ciekawej stronie internetowej, (http://dollreference.com/bild_lilli_clones_competitors.html), udało mi się zidentyfikować sympatycznego klonika, który mieszka u mnie od ponad roku lat, a do tej pory nie doczekał się prezentacji. Lalunia jest maleńka (7,5 cala), zabawna i – Dzięki Ci Panie! – sygnowana na plecach napisem: „British Patent #804566 and U.S. patent #2925684”, co pozwala szybko namierzyć kraj jej produkcji, czyli Australię.


01

 

Dziewczątko jest świadectwem mojego fisia na punkcie Bild Lilli, rozwijającego się od początku zainteresowania lalkami. Kiedy nadarzyła się okazja zdobycia australijskiej krewniaczki Lilli, to niespecjalnie długo zastanawiałam się nad tym, czy w istocie chcę ją mieć. Wiedziałam, że „tak”. Od tamtej pory moje zdanie się nie zmieniło, więc decyzja o jej przygarnięciu była słuszna.


Paskuda została  nadkąszona nielitościwym zębem czasu, co specjalnie nie dziwi, bo nie była przechowywana „za szybką”, a eksploatowane w celach zabawowych. Ma trochę przebarwień na ciele, starł się jej makijaż i wykruszyła część włosów, ale za to jej nogi są pierwsza klasa. To, że ledwie trzymają się na gumkach, to już inna sprawa 😛


02

Według różnorakich badań psychologicznych nóżki tej lalki stanowią ziszczony fetysz męski. Podobno panowie bardzo często fantazjują o gorącym seksie z piękną kobietą, ubraną tylko w szpilki. A Lila ma szpileczki na stałe i nogi zgrabne, niczym modelka 🙂


Buziak lalki wygląda jakby pracował nad nim malarz-kubista: ślepki są nierównej wielkości, a usta – krzywe. Taki to już urok ręcznej roboty. Najlepiej i najbardziej symetrycznie prezentują się chyba dziurki w nosie 😛

 

03

Twarz trochę się świeci. Została wykonana z twardego plastiku. Jeśli w niego mocniej stuknąć, to się pokruszy. Dlatego nie planuję stukania.

 

Pomimo niedoskonałości i tak lubię ten pyszczek. Nie mam najmniejszej chęci by go przemalowywać lub poprawiać. Jedyne, co w najbliższym czasie zostanie zmienione – to włosy, które po dotknięciu kruszą się w palcach.


04

 

W porównaniu z lalkami Barbie kloniczka jest mikruskiem. Zdecydowanie bliżej jej do laleczki Dawn, niż do „wielkiej” kuzynki od Mattel.


06

Dawn czuje się trochę nieswojo w towarzystwie Lilki. Ta dziwna lalka, której stopy są przyrośnięte do pantofelków, patrzy jakoś tak niepokojąco, jak modliszka. Może chce zjeść blondynkę na kolację?

07

 

U boku pełnowymiarowej laleczki Lilutka wydaje się wyjątkowo małym potworakiem. W dodatku łysym i pozbawionym górnej części czaszki. Przed wykonaniem zdjęcia musiałam jej usunąć „kopułkę”, bo samoczynnie wypadła jej część włosów i nad czołem zrobiła się łysina. W związku z tym dorosłam do decyzji, że koniecznie potrzebna jest zmiana całej fryzury. No i zdobycie ubranek w odpowiedniej skali, co nieco mnie przeraża, bo gdzie się szuka szmatek dla takiej ociupinki? Na szczęscie z butami nie będzie problemu 😛

 

Mam nadzieję, że w jednym z kolejnych wpisów będę miała okazję zaprezentować malucha po tuningu. Czekam na sobotę i niedzielę i dość dobre, poranne światło. Strasznie denerwuje mnie, że mój aparat „śnieży” przy robieniu zdjęć wieczorem.

 

Chciałabym kiedyś pokazać Lilkę u boku prawdziwej Bild Lilli. Jeśli „Bóg da”, to się wydarzy. Na pewno nie dziś, ani nie jutro, ale myślę, że w jakimś skończonym czasie. Strasznie ciekawie byłoby mieć kolekcję składającą się z różnych Lilek, które powstały w odległych zakątkach świata. Nie wiem, czy to mój lalkowy cel na przyszłość, bo miłość do Hot Toys wcale we mnie nie osłabła, ale biorę go pod uwagę.

To se ne vrati?

Dzięki snajperskiemu oku kolegi udało mi się namierzyć na eBayu Barbie, która wydawała mi się idealną kopią mojej pierwszej lalki od Mattel z dzieciństwa (swoją drogą, pierwszej i jedynej, którą miałam jako dzieciak, a w dodatku jako współwłaściciel, bo połowa rzeczonej lalki należała do młodszej siostry :P).


Decyzja była szybka – kupuję! Chcę poczuć jeszcze raz zachwyt, który towarzyszył mi przy odpakowywaniu tego lalkowego cudu z pudła!


 

Lalka dotarła szybko. Wpatrywałam się w nią jak w tęczę i już, już miałam wyciągnąć ją z trumienki … – gdy nagle w sercu zrobiło się zimno. Dlaczego na sukni lalki nie ma naszytego centralnie brylancika? Dlaczego z tyłu tekturki, do której przymocowana jest Barbie nie widać charakterystycznego, podobnego do różowego parasola, stojaka? Nie ma! Kupiłam nie tę lalkę, o którą mi chodziło! O rety …

 

Z rozgoryczenia nie wyciągnęłam nawet lalki z pudła. Bidula pozostała NRFB. Choć jest ona na pewno „Super style” Barbie z 1988 roku, to niestety nie jest identyczna z moim wspomnieniem sprzed lat. I dlatego – szukam dalej, a duszę mam zwichniętą i zalaną czernią.

 

Śliczna skądinąd Basia siedzi nadal w swoim pudle, nierozpakowana i czeka na lepsze czasy. Ja zaś głowię się nad nierozwiązywalnym pytaniem: puścić ją dalej w świat, czy zostawić? Bo może już więcej nie trafi mi się okazja zdobycia takiej lalki? Ale znowóż w głowie zaczyna dźwięczeć dzwonek alarmu, który krwawymi zgłoskami krzyczy: TE RÓŻNICE SĄ NIE  DO PRZYJĘCIA! Drobne różnice, ale jednak – znaczące. Rzutujące na odbiór lalki. Wywołujące mętlik w głowie. Bo Baśka w zasadzie jest ta sama, ALE …

 

A Wy co byście poradzili?

 

01

 

02


No i co ja mam z tobą zrobić, paskudo?

Barbie czy nie Barbie?

Gdyby spytać przeciętnego rodzica, jak nazywa się producent Barbie, odpowiedź brzmiałaby: Mattel. To samo pytanie, zadane zadeklarowanemu miłośnikowi lalek, wyzwoliłoby dłuższy potok wymowy, bo oprócz Mattel na pewno zostałyby wymienione firmy takie jak CIPSA (Meksyk), Aurimat (Meksyk), Basa (Peru), Leo Toys (Indie), Estrela (Brazylia), Richwell (Filipiny), Rotoplast (Wenezuela) i Congost (Hiszpania). Bo tak się składa, że Mattel, będący firmą-matką lalki Barbie, kilkukrotnie udzielał legalnej koncesji na produkcję legendarnej, plastikowej damy innym wytwórcom zabawek. Stąd lalki, pochodzące z tych firm, należy uznać za pełnoprawne wytwory rynku zabawkarskiego, które w żadnym wypadku nie mogą być uważane za klony.

 

Wśród międzynarodowych kolekcjonerów największą popularnością cieszą się Barbie wyprodukowane przez meksykańską firmę CIPSA. Na eBayu można oglądać zapudełkowane okazy, których cena zapiera dech w piersiach i powoduje, że od razu nabiera się ochoty, by sprzedać część swego mienia i wzbogacić kolekcję o śliczny, meksykański, lalkowy rodzyneczek.

 

01

Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagicog.jpg

02

Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagico.jpg

03

Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagicob.jpg

04

Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagicoc.jpg

 

Lalki z CIPSy początkowo korzystały z typu twarzy Steffie. Po pewnym czasie firma zdecydowała się dodać jeszcze jeden facemold i opracowała postać przyjaciółki Barbie o imieniu Valerie, korzystającej z buziaka „Stacey”. Piękną wersję Valerci można obejrzeć w galerii użytkownika serwisu Flicr – Nicolenicole, pod adresem:

http://www.flickr.com/photos/14049636@N00/with/3181699457/#photo_3181699457


Facemold „Superstar” zawędrował do CIPSy stosunkowo późno i był mniej popularny od moldu „Steffie”. Widocznie meksykańskie dzieciaki wiązały ze Steffie swoje najwcześniejsze wspomnienia i dlatego Superstarom nie udało się odbić pierwszego miejsca w ich sercach. W naszym kraju było, zdaje się, odwrotnie, ale to całkowicie zrozumiałe – przecież dovierały do nas głównie uśmiechnięte blondynki.

 

Świetnie byłoby mieć w zbiorach lalkę Barbie, która została wydana poza firmą-matką. Byłaby ona białym krukiem i fajnym przykładem na to, że Barbie nie zawsze musi pochodzić od Mattel, a mimo to w pełni należy się jej firmowe miano.

 

A na koniec notki nakabluję – Baśkę od CIPSy ma w swoich zbiorach Jewel Snake: http://playscaledolls.blogspot.com/ Szukajcie na jej blogu fotek, a znajdziecie tę perełkę – „Cipsia” ukryła się na tle „Stefiów” od Mattel.

—————————————————————————–

Dzięki Valhalli biorę udział w zabawia blogowej „Liebster blog” 🙂 Dzięki paskudo za miłe wyróżnienie.

liebster

Zasady uczestnictwa:

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

 

Valhalla zadała mi następujące pytania:

 

1.      Gdybyś miała żyć w dowolnie wybranej epoce, jaka by to była?
W epoce romantyzmu, ale wyłącznie pod warunkiem, że urodziłabym się w rodzinie szlacheckiej lub jakiejś zamożnej rodzinie mieszczańskiej. We wcześniejszych stuleciach ludzie nie mieli w domach pryszniców i ubikacji z bieżącą wodą. Naukowcy udowodnili, że nasi przodkowie dość rzadko się myli i w rezultacie – nie najlepiej pachnieli. Dodatkowym czynnikiem kuszącym byłaby możliwość spotkania na żywo Adama Mickiewicza, którego próbowałabym uwieść (Ach panie Adamie! Pan jest boski!)
 
2.      Jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa?
Noc pod namiotem w Bieszczadach na wycieczce z rodzicami. Miałam strasznego boja, bo tata wmówił mi, że przyjdzie do nas niedźwiedź, a kiedy rano okazało się, że żaden niedźwiedź nas nie nawiedził, to przez chwilę byłam najszczęśliwszym dzieciakiem na ziemi.
 
3.      Gdybyś resztę życia miała spędzić w jednym miejscu na Ziemi, to co to by było za miejsce?
 
Ciepłe łóżko. O tak!
 
4.      Czy wierzysz w życie pozagrobowe?
Rozum podpowiada, że czegoś takiego nie ma, ale nadzieja każe wierzyć, że po śmierci istnieje „tamten świat”. Wychowanie w wierzącej rodzinie też robi swoje.
 
5.      Na wymarzone śniadanie zjadłabym…
Jakiś leciutki tort czekoladowy (nom, nom, nom, nom).
 
6.      Jaki jest Twój ulubiony strój?
Zdecydowanie – pidżama.
 
7.      Jaki byłby scenariusz Twojej wymarzonej randki?
Jakby to ująć – ja i odmłodzony o 20 lat Johnny Depp w jakimś odosobnionym miejscu, gdzie można byłoby go niecnie wykorzystać (Ach jaka szkoda, że nigdy się nie zdarzy, chlip).
 
8.      Czy boisz się dentysty?
Boję się i drżę na samą myśl. Oj, już mi słabo, po udzieleniu odpowiedzi na to pytanie.
 
9.      Jesteś rannym ptaszkiem czy sową?
Z wyglądu to bardziej przypominam sowę – duże uszy, duże ślepia i upierzenie w ciemnej tonacji.
 
10.  Ulubiony drink?
Plebejski – piwo. Na drinkach ni hu-hu się nie znam.
 

11.  Jakiego utworu muzycznego mogłabyś słuchać na okrągło przez co najmniej tydzień?

Obawiam się, że nie istnieje. Tydzień to za długo na jeden utwór. Mogłaby być ewentualnie płyta długogrająca, dajmy na to – Tool’a.

 

Swoje pytania do kolejnej osoby muszę przemyśleć, tak więc pojawią się dopiero za jakiś czas.

Ivanhoe

Jedyną książką Waltera Scotta, którą obecnie mam w domu, jest „Ivanhoe”. Jak na osobę, która połyka powieści historyczne w ilościach hurtowych, to niewiele, bo Scott spłodził przecież ogromną ilość dzieł poświęconych rycerskim dziejom Szkocji. Sęk w tym, że twórczość klasyka nieszczególnie mnie porywa. O ile przed naszym Mickiewiczem gotowa jestem paść plackiem i bić mu pokłony (jestem głęboko przekonana, że był geniuszem, jego utwory czytam z wypiekami na gębie i drżeniem w sercu i generalnie mam daleko posunięte fiksum dyrdum na jego punkcie), to szkocki pisarz mnie „nie rusza”.

 

01

Nasz wieszcz wyglądał w młodości jak przyćpany muzyk zespołu rockowego, który wszystko ma w nosie i pewnie dlatego kobity tak za nim szalały. Wedle przekazów historycznych, pan Adam korzystał ze sławy ile wlezie i zaliczał fanki na pęczki. W szkołach wszelako nie uczą dzieci, że straszny był z niego jebaka i świntuch, bo to podkopało by świetlany pomnik, który zbudowali mu potomni.

 

„Ivanhoe” lubię chyba z jednego powodu – i to najmniej istotnego, czyli wątku romansowego. Dla niewtajemniczonych – krótkie wyjaśnienie ze spoilerem. Kto spoilerów nie lubi – niech  notki absolutnie dalej nie czyta, bo zepsuje sobie apetyt na przeczytanie książki i, co gorsza, na obejrzenie nędznych filmideł, które nakręcono na jej podstawie.

 

02

Wyjątkowo okropna ekranizacja powieści. Jedynym jasnym punktem jest to, że gra w niej Sam Neill, który niestety pod koniec umiera (ojej, zaspoilerowałam). Ale można sobie na niego trochę popatrzeć jak lata w zbroi i z NAGIM mieczem. Innych, godnych zapamiętania widoków golizny, ku mojemu ubolewaniu, nie ma 😦

 

Otóż na świecie żyje sobie cnotliwy i honorowy rycerz, rzeczony Ivanhoe, który z jakiegoś niewiadomego powodu jest szczególnie pożądany przez kobiety (pewnie jest oszałamiająco przystojny, męski i ma wielką, twardą i wiecznie wzniesioną ku niebu lancę). Los pcha w jego objęcia dwie atrakcyjne damy: narzeczoną – Rowenę (piękna, miła, przepełniona uczuciami patriotycznymi arystokratka) i Rebekę (córka żydowskiego kupca, kobitka wielkiej urody i sporej dzielności). Obie panie chciałyby przygarnąć rycerza do swego łona, przy czym Rebeka zdaje sobie świetnie sprawę z tego, że różnice, nazwijmy to – kulturowe, nie pozwolą jej urzeczywistnić marzenia, więc wzdycha sobie do chrześcijańskiego ciacha po cichu.


W adoracji Ajwenhoła Rebece przeszkadza nieco porwanie przez napalonego na jej niewieście wdzięki rycerza zakonnego, który stawia kobicie ultimatum: Albo będziesz moja, albo stanie się coś strasznego! (nogi ci zaśmiardną, porazi cię wieczne zatwardzenie  albo kot narobi ci do łóżka itp. itd.).

 

Ivanhoe rusza na pomoc uwięzionej (patataj, patataj, patataj, ihaaaaa!), odbija Rebekę i … potulnie wraca do narzeczonej. Uratowana ślicznotka płacze w rękaw i romanca się kończy. Zresztą inaczej nie może być, bo chrześcijański rycerz nie hajtnie się raczej z Żydówką, ani ona z nim, a bez ślubu raczej się nie połączą, choć oboje zapewne mają ochotę i myślą intensywnie o liczbie 69.

 

Aha! – w tle opowieści szwenda się Robin Hood, Ryszard Lwie Serce, cała kupa nienasyconych seksualnie Templariuszy, jak również błazen, chłopstwo i szlachta w ilościach niepoliczalnych.

 

A teraz „clue” tego całego wpisu, żeby nie było zupełnie od czapy. Gdyby bohaterki powieści były lalkami, to w mojej inscenizacji, wyglądałyby następująco:

 

Rowena

Blondyniasta Rowena (w tej roli plażowa P.J.)


Rowena 2

Mówię wam, średniowieczne damy na bank chodziły w bikini 😉


Rebeka

Czarrrrrrrnowłosa Rebeka (w postać Izraelitki wcieliła się Barbie-Hawajka)


Rebeka 2

Niebrzydka jest skubana 😛

panie razem

Brygada „RR” – Rowena i Rebeka

Ja się w zasadzie nie dziwię, czemu Ivanhoe miał rozterki sercowe. Obie dziewuchy były przyjemne dla oka i miały fajne nogi 😛

 

 

Aha, ten wpis to właściwie jest pożegnanie z P.J., która na dniach pojedzie do nowej właścicielki. Zachciało mi się uwiecznić ją na zdjęciach (ku pamięci), a że w porównaniu z ciemnowłosa koleżanką tchnie słodyczą i miękkością charakteru, więc idealnie nadała się do roli Roweny.