Piękno to rzecz względna. Jednemu podoba się matka, drugiemu córka, a trzeciemu, jak uczą seriale z Ameryki Południowej, teść z teściową. Mnie natomiast nie podoba się barbiowy mold GG. Czuję się z tym ciut wrednie, bo obiektywnie patrząc mold ten jest:
a) ładny na sposób „klasyczny”
b) bardziej uniwersalny niż jakikolwiek inny typ twarzy, obmyślony przez Mattel
Ja nawet wiem skąd mi się to bierze – kilka lat temu, nie wiedząc jeszcze, że wkręcę się w nałogowe zbieranie plastiku, chciałam odkupić, powodowana sentymentem, lalkę z dzieciństwa. Byłam święcie przekonana, że nie będzie z tym problemu, nie mając pojęcia, że facemold Superstar odszedł sobie po ciuchu do lamusa i zastąpiło go coś kompletnie innego.
Otwieranie paczki z Allegro skończyło się smutkiem i bólem, (acz bez łkania i rzucania się na podłogę) bo lalka, która do mnie dotarła była co prawda uśmiechniętą blondynką w różowej kiecce, ale na tym podobieństwa do oryginału się kończyły. Na początku wydawało mi się, że wyobraźnia płata mi figla i że moja pamięć przekoloryzowała wspomnienia, ale później poszłam po rozum do głowy, zajrzałam do internetu (traf chciał, że prosto na blog Mieszka) i lampka w końcu się zapaliła. Wyszły z tego równania na miarę dokonań Einsteina. Brzmiały one tak:
Barbie z moldem Superstar nie równa się Barbie z moldem GG. Mold GG równa się rozczarowanie.
I jeszcze imperatyw kategoryczny: Doucz się, w oparciu o dane z sieci, kto jest kim w świecie Barbie, a za odkupowanie swojej lalki z dzieciństwa weź się, kiedy już będziesz coś wiedzieć!
Rad mądrego człowieka warto słuchać, a że uważam się za szczura, który pozjadał wszelkie rozumy, więc rezultat był oczywisty – poszłam za własnym światłym napomnieniem. Nie uchroniło mnie to wszakże przed otoczeniem się całą kupą lalek z twarzami GG, bo jakimś cudem takie primadonny znajdowały się w każdej paczce z trupkami, która do mnie trafiała. One po prostu prowadziły zorganizowany desant na mój dom – jeśli pozbyłam się jednej, zaraz zastępowała ją druga, trzecia, czwarta … Okropieństwo!
W końcu, przytłoczona ilością napływających agresorów, postanowiłam wejść na ścieżkę wojenną. Na pomoc przyszły narzędzia tortur – zmywacz do paznokci, farby akrylowe i lakier Mr Super Clear, którego magicznym sposobem zawsze było za mało i zawsze był za drogi.
Ile lalek GG zniszczyłam swoją inwencją twórczą – nie wiem. Sądząc po ilości ciał w typie belly button, które szwendają mi się po pudle z plastikowymi pierdołkami, było ich nie mniej niż 10, ale nie więcej niż 30. Nie wiem czy to dużo, co gorsza, nie mam żadnych wyrzutów sumienia w związku z celowym i zaplanowanym lalkobójstwem. Od małego miałam w sobie duszę niszczyciela.
Po tym krótkim wstępie przejdę w końcu do tego, co chciałam zrobić od razu, ale doszłam do wniosku, że bez rzucenia na żer czytających odrobiny tekstu nie bardzo mi wypada, bo któż wali od razu po oczach fotkami, kiedy można sobie w międzyczasie postękać na różne tematy.
Jeśli ktoś był już na moim koncie Flickr to wie, że znowu puszę się kolejnym przemalunkiem, którym zaraz uczęstuję i Was. Biedni moi – teraz będziecie mieli zgryz jaki komentarz napisać pod tą notką, bo w przypadkach czyjejś twórczości przyjęło się chwalić i wysławiać (to jak mówienie o zmarłym – można tylko dobrze, bo w innym przypadku ludzie posądzą o zawiść, chamstwo i Bóg wie co jeszcze).

To jest właśnie to lico, nad którym spędziłam w twórczym szale wczorajsze popołudnie, przygryzając przy pracy koniuszek języka i posmarkując z rozczulenia, że zaprezentuję Wam efekt końcowy i nazbieram komciów a komciów. Całe wory komciów zaczynających się od słów: „Ależ śliczności!” 😀

Jakie ja przeżyłam w trakcie malowania chwile grozy, to aż strach opowiadać. Uchylę jednak rąbka tajemnicy – ofiarą czarnej farby akrylowej padł biały obrus. Nie wiem czy się dopierze. Z drżeniem łydek czekam wieczora, kiedy wyjmę go z miski z odplamiaczem i wrzucę do pralki. Moczył się całą noc, więc jakaś tam szansa na cudowne ocalenie istnieje. Moje obawy wzbudza jedynie fakt, ze farba, która go splamiła, jest podobno dobrej jakości. Zobaczymy co okaże się silniejsze – odplamiacz czy środek malarski.

Oprócz obrusa ucierpiała i sama lalka, ale to oczywiście było wliczone w ryzyko. Co ciekawe, jeszcze wczoraj wieczorem wydawała mi się ona szczytem piękności (w ciemności wszystkie kobiety i lalki są najpiękniejsze), a dzisiaj już mi entuzjazm trochę opadł, ale nadal utrzymuję, że wspięłam się na szczyty własnych umiejętności. Co prawda nie wytłumaczę Wam co robią te białe mazy na brwiach, ale zaręczam, że stał za tym jakiś głębszy zamysł artystyczny. Brak połysku na części ssąco-całującej jest zamierzony. Z moich dotychczasowych doświadczeń wynika, że przy nakładaniu glossu (bardzo lubię to słowo, choć niepolskie) zawsze spieprzę sprawę, więc tym razem sobie odpuściłam. Co prawda widać inne niedoróby (bardzo liczę na to, że mi je wypunktujecie, bo zależy mi na tym, żeby z czasem się ich pozbyć!), no ale i sam Rembrandt też czasami odstawiał chały (to moje przypuszczenie, żadnej chały „made by Rembrandt” nie widziałam).
Aby zaś skończyć wpis mocnym punktem dziabnę jeszcze jedną fotografię łołołaka (jakby wszystkie nie były takie same :P). No ale tu tło jest inne – zielono rustykalne (bo z tyłu widać kawałek drewnianego płotu, który sama malowałam na brązowo – ma się to zamiłowanie do farb i pędzla!)

Na koniec apel: Nie bójcie się wytykać błędów! Jeśli chcecie napisać coś miłego – go for it!, jeśli skrytykować – go for it too! Słowa krytyki mają wielką moc – pomagają zmazywać niedociągnięcia i dążyć do lepszych rezultatów (no, może za wyjątkiem sytuacji, kiedy krytyka ma ciężar cegły, którą bije się kogoś po głowie)

















