Piękno, rzecz względna

Piękno to rzecz względna. Jednemu podoba się matka, drugiemu córka, a trzeciemu, jak uczą seriale z Ameryki Południowej, teść z teściową. Mnie natomiast nie podoba się barbiowy mold GG. Czuję się z tym ciut wrednie, bo obiektywnie patrząc mold ten jest:


a) ładny na sposób „klasyczny”


b) bardziej uniwersalny niż jakikolwiek inny typ twarzy, obmyślony przez Mattel


Ja nawet wiem skąd mi się to bierze – kilka lat temu, nie wiedząc jeszcze, że wkręcę się w nałogowe zbieranie plastiku, chciałam odkupić, powodowana sentymentem, lalkę z dzieciństwa. Byłam święcie przekonana, że nie będzie z tym problemu, nie mając pojęcia, że facemold Superstar odszedł sobie po ciuchu do lamusa i zastąpiło go coś kompletnie innego.


Otwieranie paczki z Allegro skończyło się smutkiem i bólem, (acz bez łkania i rzucania się na podłogę) bo lalka, która do mnie dotarła była co prawda uśmiechniętą blondynką w różowej kiecce, ale na tym podobieństwa do oryginału się kończyły. Na początku wydawało mi się, że wyobraźnia płata mi figla i że moja pamięć przekoloryzowała wspomnienia, ale później poszłam po rozum do głowy, zajrzałam do internetu (traf chciał, że prosto na blog Mieszka) i lampka w końcu się zapaliła. Wyszły z tego równania na miarę dokonań Einsteina. Brzmiały one tak:


Barbie z moldem Superstar nie równa się Barbie z moldem GG. Mold GG równa się rozczarowanie.


I jeszcze imperatyw kategoryczny: Doucz się, w oparciu o dane z sieci, kto jest kim w świecie Barbie, a za odkupowanie swojej lalki z dzieciństwa weź się, kiedy już będziesz coś wiedzieć!


Rad mądrego człowieka warto słuchać, a że uważam się za szczura, który pozjadał wszelkie rozumy, więc rezultat był oczywisty – poszłam za własnym światłym napomnieniem. Nie uchroniło mnie to wszakże przed otoczeniem się całą kupą lalek z twarzami GG, bo jakimś cudem takie primadonny znajdowały się w każdej paczce z trupkami, która do mnie trafiała. One po prostu prowadziły zorganizowany desant na mój dom – jeśli pozbyłam się jednej, zaraz zastępowała ją druga, trzecia, czwarta … Okropieństwo!


W końcu, przytłoczona ilością napływających agresorów, postanowiłam wejść na ścieżkę wojenną. Na pomoc przyszły narzędzia tortur – zmywacz do paznokci, farby akrylowe i lakier Mr Super Clear, którego magicznym sposobem zawsze było za mało i zawsze był za drogi.


Ile lalek GG zniszczyłam swoją inwencją twórczą – nie wiem. Sądząc po ilości ciał w typie belly button, które szwendają mi się po pudle z plastikowymi pierdołkami, było ich nie mniej niż 10, ale nie więcej niż 30. Nie wiem czy to dużo, co gorsza, nie mam żadnych wyrzutów sumienia w związku z celowym i zaplanowanym lalkobójstwem. Od małego miałam w sobie duszę niszczyciela.


Po tym krótkim wstępie przejdę w końcu do tego, co chciałam zrobić od razu, ale doszłam do wniosku, że bez rzucenia na żer czytających odrobiny tekstu nie bardzo mi wypada, bo któż wali od razu po oczach fotkami, kiedy można sobie w międzyczasie postękać na różne tematy.


Jeśli ktoś był już na moim koncie Flickr to wie, że znowu puszę się kolejnym przemalunkiem, którym zaraz uczęstuję i Was. Biedni moi – teraz będziecie mieli zgryz jaki komentarz napisać pod tą notką, bo w przypadkach czyjejś twórczości przyjęło się chwalić i wysławiać (to jak mówienie o zmarłym – można tylko dobrze, bo w innym przypadku ludzie posądzą o zawiść, chamstwo i Bóg wie co jeszcze).


01

 

To jest właśnie to lico, nad którym spędziłam w twórczym szale wczorajsze popołudnie, przygryzając przy pracy koniuszek języka i posmarkując z rozczulenia, że zaprezentuję Wam efekt końcowy i nazbieram komciów a komciów. Całe wory komciów zaczynających się od słów: „Ależ śliczności!” 😀


2

 

Jakie ja przeżyłam w trakcie malowania chwile grozy, to aż strach opowiadać. Uchylę jednak rąbka tajemnicy – ofiarą czarnej farby akrylowej padł biały obrus. Nie wiem czy się dopierze. Z drżeniem łydek czekam wieczora, kiedy wyjmę go z miski z odplamiaczem i wrzucę do pralki. Moczył się całą noc, więc jakaś tam szansa na cudowne ocalenie istnieje. Moje obawy wzbudza jedynie fakt, ze farba, która go splamiła, jest podobno dobrej jakości. Zobaczymy co okaże się silniejsze – odplamiacz czy środek malarski.


3

 

Oprócz obrusa ucierpiała i sama lalka, ale to oczywiście było wliczone w ryzyko. Co ciekawe, jeszcze wczoraj wieczorem wydawała mi się ona szczytem piękności (w ciemności wszystkie kobiety i lalki są najpiękniejsze), a dzisiaj już mi entuzjazm trochę opadł, ale nadal utrzymuję, że wspięłam się na szczyty własnych umiejętności. Co prawda nie wytłumaczę Wam co robią te białe mazy na brwiach, ale zaręczam, że stał za tym jakiś głębszy zamysł artystyczny. Brak połysku na części ssąco-całującej jest zamierzony. Z moich dotychczasowych doświadczeń wynika, że przy nakładaniu glossu (bardzo lubię to słowo, choć niepolskie) zawsze spieprzę sprawę, więc tym razem sobie odpuściłam. Co prawda widać inne niedoróby (bardzo liczę na to, że mi je wypunktujecie, bo zależy mi na tym, żeby z czasem się ich pozbyć!), no ale i sam Rembrandt też czasami odstawiał chały (to moje przypuszczenie, żadnej chały „made by Rembrandt” nie widziałam).


Aby zaś skończyć wpis mocnym punktem dziabnę jeszcze jedną fotografię łołołaka (jakby wszystkie nie były takie same :P). No ale tu tło jest inne – zielono rustykalne (bo z tyłu widać kawałek drewnianego płotu, który sama malowałam na brązowo – ma się to zamiłowanie do farb i pędzla!)


4

 

Na koniec apel: Nie bójcie się wytykać błędów! Jeśli chcecie napisać coś miłego – go for it!, jeśli skrytykować – go for it too! Słowa krytyki mają wielką moc – pomagają zmazywać niedociągnięcia i dążyć do lepszych rezultatów (no, może za wyjątkiem sytuacji, kiedy krytyka ma ciężar cegły, którą bije się kogoś po głowie)

Muminki

Nigdy nie lubiłam Muminków. Tych z książek. Wszystkie postacie drugoplanowe wydawały mi się świetne, ale samej rodziny jakoś nie trawiłam. Muminek był zbyt dziecinny, Mamusia za słodka, Tatuś nijaki. Pewnie dlatego najbardziej podobał mi się tomik o przygodach Muminków, w której nie wystąpił żaden z członków hipopotamopodobnej rodziny – „Dolina Muminków w listopadzie”.


Lubiłam za to, i do dzisiaj lubię, całą armię innych trolli, które kryły się w zakamarkach muminkowej (muminiej?) Doliny – Mimblę i Małą Mi, Paszczaka, Filifionkę, Ryjka, Hattifnatów no i Włóczykija, który to pojawiał się, to znikał i nikt nie wiedział gdzie podziewał się w czasie, gdy Dolina Muminków spała pod śniegiem.


Taaaak, Włóczykij był zdecydowanie moim ulubieńcem. Właściwie to kładł wszystkie inne postacie na łopatki już w przedbiegach (nawet Małą Mi i Bukę, które w rankingu ukochanych bohaterów zajmują honorowe drugie i trzecie miejsce) i nigdy nie znalazł się dla niego żaden godny przeciwnik. Mógłby nim być jakiś Paszczak, ale znowóż Paszczaki występowały tak rzadko, że nawet zebrane do kupy nie stworzyłyby odpowiedniej przeciwwagi.


„Od zawsze” wydawało mi się, że Włóczykija w książeczkach o Muminkach jest  zdecydowanie za mało. Brakowało mi tomu o jego przygodach poza doliną, więc w myślach układałam sobie historie jego nieznanych wędrówek. Gdzież on w nich nie zaszedł – zwiedził królestwo syren w morzu, żeglował w latającym statku po niebie i zapuścił się nawet do wnętrza kwiatu, gdzie przeżywał dziwne przygody w towarzystwie roślinnych duszków, podejrzanie podobnych do postaci z serialu „Było sobie życie”. Sprawiało mi przyjemność wymyślanie coraz to nowych miejsc, które mógłby odwiedzić, bo jak wiadomo, w każdym nowym miejscu czeka nieznane, które aż prosi się, żeby je odkryć i oswoić.


W końcu ułożyła mi się w głowie historia, w której Włóczykij zawędrował tak daleko, że przekroczył niepostrzeżenie granicę między światami i zgubił drogę do Doliny Muminków. Trochę jak w serialu „Zagubiony w czasie” i z równie przykrym (acz otwartym na możliwość zmiany) zakończeniem.


Nie mając możliwości powrotu „Pan W.” został w świecie, który go uwięził i nauczył się w nim żyć. Tu się postarzał i pewnego dnia doszedł do wniosku, że czas pogrzebać przeszłość, bo gdyby nawet wrócił do Doliny Muminków, to już by się w niej dobrze nie czuł i by do niej po prostu nie pasował. Wyrósł z niej jak wąż z wylinki. Nie zagubił jednak w sobie miłości do wędrówek i postanowił znaleźć nowe miejsce, do którego mógłby wracać na wiosnę i uciekać z niego zimą. I wyszło jakoś tak, że zadomowił się na Śląsku, zapuścił na gębie zarost, złożył na łeb kask i poszedł fedrować węgiel do kopalni, a po pracy chlibać wodziankę i zagryzać krupniokiem. Don’t ask me why. Tak wyszło 😛

 

A teraz wyjaśnienie po co ten dziwaczny wstęp. Otóż nie mogłam się powstrzymać, aby nie nazwać jednego ze swoich chłopaków Włóczykij. Nie mam pojęcia, skąd mi się przyplątało to imię, bo lalek nijak do Włóczykija „właściwego” nie jest podobny. Można by pomyśleć, że nadało się samo, albo przyczepiło jak rzep do psiego ogona. No cóż, niech będzie Włóczykij 🙂

 

01

 Makijaż od Kamarzy.

02

 

03

 

Włóczykij zaprezentował się w formie głowy, bo nie ma jeszcze reszty ciała. Ciało dziwnym trafem siedzi sobie w Chinach. Mam nadzieję, że za jakiś czas trafi do Polski, bo jeśli nie trafi, to przyszłość Włóczykija będzie smutna. Bez nóg trudno się przemieszczać 😛

 

Pomysł z połączeniem blogów jest głupi, wracam na stare śmieci!


I jeszcze na koniec przeprosiny. W ostatnich tygodniach byłam wredna i nieprzyjemna w kontaktach mailowych. Trochę mi się kłopotów nad głową zebrało i wyrosły mi kolce. A teraz się wstydzę. I przepraszam. Dla niewinnych ofiar złego humoru – kwiatek na przebłaganie:


04

 

I jeszcze mały dodatek. Myślę, że przyjemny. Dla „staruchów” do powspominania, a dla „młodych” – jako przyjemne zakończenie wieczoru:



 

Kolejne części nietrudno znaleźć 🙂 A słucha się tego starego, starego słuchowiska z płyty winylowej (o chwała ci, jutubie!) jak melodii z dzieciństwa.

Time to move on

Lipiec to dobra pora dla zmian, a mnie od jakiegoś czasu niezmiernie ciągnie do tego, by ciut odświeżyć swoją działalność w sieci. Jak kilka osób wie, zanim założyłam „Doll land”, wyżywałam się w blogu pod nazwą „Bajki Starego Zgreda”. Z nastaniem ery lalkowania „Bajki” zarosły mchem i paprocią i jest mi z tym niedobrze, smutno i przykro.

Zaangażowanie w sprawy lalkowe to jedno, a ciągoty do odnowienia starej działalności – drugie, ale kto powiedział, że obydwu typów aktywności nie można połączyć? No właśnie – nikt! Stąd postanowienie, by dokonać symbiotycznego złączenia „Doll landu” i „Bajek”.

W związku z powyższym od dziś wszelkie nowe notki lalkowe będą publikowane pod nowym adresem, zaś w miejscu, gdzie obecnie jesteśmy wywieszam kartkę informacyjną: The blog has moved! You will automatically be redirected to the “Bajki Starego Zgreda” website within 20 seconds. Please update any bookmarks you may have in place.

No dobra, ten zapis powyżej to ściema 😛 Nie ma żadnego przekierowania automatycznego. Żeby dostać się na nową platformę trzeba wykonać pracę i kliknąć na link poniżej, albo też skopiować go do przeglądarki:

http://staryzgred1979.blox.pl/html

Tu muszę ostrzec – „Bajki” nie są blogiem przeznaczonym dla czytelników poniżej 18 roku życia! Będą się w nim pojawiać wpisy związane z erotyką, teksty traktujące o rzeczach mogących wzbudzać niesmak i obrzydzenie. Wpisy lalkowe będę wyraźnie oznaczać w tytule literką „L”. Wszystkie pozostałe będą jej pozbawione.

Mam nadzieję, że będziecie zaglądać od czasu do czasu na moje nowe (staro-nowe) siedliszcze. „Dolland” oczywiście pozostaje w sieci, jako miła pamiątka i miejsce, gdzie się lalkowe wariactwo zaczęło, ale od dziś (fanfary!) rolę mojego miejsca sieciowego zamieszkania pełnią „Bajki” .

Majestic CROW & RAVEN supporters event

Ludzie kochane, nie dziwcie się, że poniżej widać same obrazki – to wpis na lalkowy konkurs, więc nie należy go traktować jako pełnoprawną działalność blogową 😛

Pip01

Pip02

Pip03

Pip04

Pip05

Pip06

Pip07

Pip08

Please note, that none of the above pictures belongs to me. All of them are the property of PIPOS BJD company.

 

Oh yeah, I want to win! Please, consider this blog note as my entry 🙂

Link to the PIPOS webpage: http://piposland.com

Congratulations on the 10th anniversary DollShe Craft!

Dear DollShe Craft,

Had it not been for your hard work and excellent craftsmanship, I would have not been able to write this review. I owe you so much! You really deliver upon your promisses, and I hope that one day you’ll be crowned the best BJD company in the world. This is my wish for you for your 10th anniversary. It’s an honour to have you with us for so long and I hope that you’ll stay with your fans for at least 100 years more!

Below you’ll find my review of my favourite doll by you. Hope that it will bring smile to your faces. Here it is:

Some people say that dolls are nothing more than inanimate objects, produced and designed to be played with, but many doll collectors, including myself, consider their BJDs as something beyond toys, more like remarkable works of art, towards which they grow a strong emotional attachment.

The BJD doll that I want to write about is very special to me. It constitutes an irreplaceable element of my doll collection and home décor. It travels with me to doll meetings and takes my breath away every time I look at it. Its name is Saint.

When I look at Saint, I always recall the image of Mona Lisa, painted by Leonardo da Vinci. It’s incredible that a modern doll, created 500 years after Gioconda, has so much in common with this noble lady from the past. Just take a short glance at Saint’s face. No matter what make-up he wears, or what colour his eyes are, you will find him full of enigma, as if he was holding some kind of a mystery inside. Despite that Saint was given harmonic, angelic features he’s not peaceful. Underneath his skin there hides an ocean of wild, untamed emotions, which overflow you, when you look him directly in the eyes. Once you fix your gaze on Saint’s face you’ll have the impression that you are being observed. He literally stares back at you, as if he was trying to hypnotize you. This unique feature distinguishes Saint from most of other BJD dolls. He appears alive to an unusual extent, which makes him exceptional. I believe, that the intensity of Saint’s stare is his main asset – it adds the depth to the doll and can be beautifully depicted in photos.

The face and its enigmatic look is not the only strong point of Saint. Let’s proceed to the body. Saint was equipped with a tall, slender yet strong frame, which is perfect for displaying fashionable outfits as well as more extravagant attires. His cat-like elegance combined with intriguing facial features make him a universal model. I believe, that if we had a possibility to turn Saint into a human being he would probably make a career in fashion modeling, and “conquer” the catwalks in New York, Milan and other capitals of the world fashion.

Speaking of modeling – it’s impossible not to mention the impressive flexibility of the doll. Over 15 points of articulation allow to pose it almost any way one wants to – the only limit is the imagination. Although it takes some time to learn how to work with the doll’s joints, the final results are truly worth all the efforts. Saint really knows how to use his body to impress – if he could speak he would probably tell us with a cheeky smile on his face, that he was born to be a star and that he is burdened with a glorious purpose, which is to receive nothing but praise.

Saint is incredibly photogenic and camera lenses literally love him. It’s not only because of his high cheekbones and distinct features, that change so easily in different types of lighing, but also due to the material Saint was made of. Fine resin is very much like marble – when it bathes in light, it reveals its soul to the viewer.

As you would expect each part of the doll is sculpted to the highest of standards and I can’t praise it up enough. My only complaint about Saint refers to his selling price. The doll is not cheap, it’s obvious. However, he is a thing of extremely rare beauty, and the things that we really crave for are seldom cheep, so I believe that those, who really love this doll are able to overlook the price somehow. Once you have him in your hands you really forget about money issues.

As far as I remember I have never been able to refer to Saint as to “a product”. The point is that for me he goes far beyond just being “a product”. It’s all about the variety of emotions he brings – my impatient desire for him to arrive, the joy of opening the package, love at first sight of him after he had been deboxed and many, many more feelings. The real value of this doll can not be measured with something so trivial as money.

Saint is EPIC. And let it be the last word of my review.

 

PS. Epic stands for: Enchanting, Perfect, Irresistible and Cute 😛 

 

This review is my contest entry to the event organized by Dollshe Craft – see the link below:

 

http://dollshecraft.com/board/view.php?board_name=DREAMBOARD4&ID=59

 

Tak, tak. Mam u siebie kilka lalek, o których nikt nic nie wie. Ale o tym  napiszę już po Nowym Roku. Głupio się przyznać, ale lalkowanie tak mnie wyprało, że ostatnio staram się trzymać z daleka od wszelkich tematów z nim związanych. W to, że pasja na nowo rozkwitnie w okolicach wiosny, nie wątpię. Z tego powodu pozwalam sobie na błogi urlop bez lalek. Zatem do wiosny, Szanowni! 🙂

 

Edit: Drugie miejsce i 50% zniżki. Ha!

22.09.2013 – no dupa zimna!

Człowiek się całe życie uczy. Najwięcej przy okazji spotkań z fajnymi ludźmi. No i ja też, bo żaden ze mnie wyjątek. Wczoraj, to jest 22 września, widziałam się ze swojakami w Krakowie. Założenie bylo proste – pojechać i pogadać do wieczora, bo pociąg miałam dopiero po 20-tej. Sęk w tym, że po dojechaniu na miejsce złapał mnie drobny atak paniki i nie dość, że prawie do nikogo gęby nie otworzyłam to i zwiałam przy najbliższej sposobności. Za co bardzo wszystkich obecnych przepraszam, bo ostatnio takie akcje zdarzają mi się dość rzadko. Oczywiście można było „normalnie i po ludzku” wyjaśnić co się dzieje, ale ze mnie taka dupa wołowa, która się po prostu tego diabelnie wstydzi. No bo jak tu nie odczuwać skrepowania w sytuacji, gdy się człowiek cały w środku trzęsie w otoczeniu znajomych, do których sam, z własnej, nieprzymuszonej woli przyjechał. Głupio? No jeszcze jak! Bo po zebraniu wszystkiego do kupy robi się dość absurdalnie.

 

Mimo wszystko taka sytuacja ma jeden wielki plus – w końcu do głowy aspołecznego pacana dociera zrozumienie, że pewnych sytuacji nie przeskoczy i że wypada uprzedzić ludzi, z których gościnności się korzysta, że jest jakiś problem i że niska komunikatywność nie wynika z niechęci do interlokutorów lubo też ze znudzenia rozmową, tylko z wewnętrznej trzęsawki. Tak to bywa, kiedy ulubioną formą uczestnictwa w spotkaniach jest siedzenie po cichu i przysłuchiwaniu się dialogowi pozstałych, bez konieczności udzielania się. W praktyce oznacza to model typu „cicho-ciemny” (nie widać go, nie słychać, a jest) 😛

 

No, zrzuciłam z wątroby i ciut mi ulżyło. Mam nadzieję, że sie na mnie nie obraziliście (za bardzo). Następnym razem postaram się wyartykułować co i jak, a nie uciekać jak jakiś głupek. 

 

Zdjęć chwilowo nie mogę zaprezentować bo wcięło mi przedłużkę do komputera, ale jak się zawezmę to znajdę zarazę i wetknę gdzie trzeba, tak więc fotki powinny się jednak pojawić.

Włochaty miś vs oskubany kurczak

Gdy nadchodzi lato, na damskich forach zaczyna się roić od tematów typu „Jakich mężczyzn wolicie: owłosionych misiów czy wydepilowane koguciki?” Głosy „za” i „przeciw” rozkładają się mniej więcej po równo i tak naprawdę, to żadna z dyskutujących kobiecych frakcji nie wygrywa, ale co się człowiek w takich dyskusjach naczyta, to się naczyta. A to, że naturalni, nie usuwający owłosienia panowie wyglądają jak „zarośnięte małpy”, że urwali się z epoki kamienia łupanego i że „busz” dawno wyszedł już z mody, albo znowóż, że ci wydepilowani to kompletna degrengolada, na pewno są gejami, zmanierowanymi metroseksualistami którzy zatracili w sobie pierwiastek męskości. Kiedy sobie czytam takie życiowe dyskusje, to aż się za głowę łapię. W końcu chłop – to chłop. Czy będzie obrośnięty, czy wygolony, czy też zachowa złoty środek, który pozwoli mu podobać się zarówno entuzjastkom „kłaków na klacie” jak i wielbicielkom „gładkich połaci” – to już przecież wszystko jedno.

 

Dzisiejszy wpis będzie, co prawda, skierowany w stronę tych bardziej owłosionych panów, ale nie wynika to z jakiejś mojej szczególnej ku nim admiracji, a wyłącznie z tego, że swojego opisu doczekał się Wolverine, który, jak wskazuje jego przezwisko, nosi na sobie trochę futra.

 

01

 

 

 

Wilczysko nieco różni się od innych mieszkających u mnie figurek. Był wyprodukowany znacznie wcześniej niż cała reszta, co przekłada się na niższą jakość opakowania, inny typ ciała (Wolvie jest wyższy od pozostałych kolegów i stojąc u boku Barbie nie musi się wstydzić wzrostu) i – niestety – mniejszą ilość akcesoriów w zestawie.

 

Aby usystematyzować informacje o nim, pozwolę sobie, po raz kolejny, przedstawić notkę w kształcie punktowanego konspektu. Trochę to zalatuje szkolną poprawnością, ale pozwala o niczym istotnym nie zapomnieć (a przy mojej sklerozie jest to rzecz wielkiej wagi) 🙂

 

1. Pudło.

W dawnych czasach (czyli w 2009 roku, kiedy Wolvie trafił na rynek, a ja nie miałam jeszcze pojęcia, że na starość będę bawić się lalkami), firma Hot Toys robiła pudła w wersji „wypas to nie jest, oj nie!”. Mówiąc po ludzku – producent leciał po kosztach i pakował figurki w możliwie najtańsze trumienki. Wierzchnia warstwa opakowania bardzo łatwo się rysuje, a wewnętrzna wygląda na moje oko dość siermiężnie. Nie przekłada się to na zabezpieczenie figurki (tu HT nigdy nie dało plamy), ale wrażenia estetyczne są średnie. Pewnie kręcę nosem jak jakaś zblazowana primadonna, ale HT przyzwyczaiło mnie już do tego, że obecnie wszystko robi na tip-top. No cóż, wysoką jakość wypracowuje się latami i kiedyś po prostu mogło być skromniej niż obecnie.

 

02

 

Napisy na pudle i grafiki – jakieś takie rozmyte, mało wyraźne. A wewnątrz – ciemna masa (plastikowa) …

 

03

Nie przepadam za czarnymi wkładkami w lalczanych pudełkach. Jakoś mi się tak ponuro kojarzą.

 

2. Podobieństwo do prawdziwej postaci.

 

Kiedy patrzę na chmurny ryjek Wolverina, to od razu widzę przed sobą ucharakteryzowanego Hugha Jackmana, który za chwilę wskoczy mi do łóżka pojawi się na planie filmowym. Chylę czoło przed artystą, który tak dobrze uchwycił charakterystyczne rysy aktora i przeniósł je na plastik. Jego imię i nazwisko podam na końcu notki.

 

04

 

Wolverine dzieli z innymi figurkami od HT dość wyraźnie zarysowaną cechę – otóż jego twarz jest neutralna w wyrazie. Ja czytam w niej smutek i skupienie, ale osoba, której wilczek się nie podoba może spokojnie powiedzieć, że jest ona ciut … bezrefleksyjna. Bardzo chciałabym móc się nie zgodzić z takim stwierdzeniem, ale jest ono, co konstatuję z przykrością, wyjątkowo trafne. Na podobną przypadłość cierpią też pozostali koledzy Wolverine’a – ich twarze wyglądają bardzo dobrze, gdy patrzy się na nie pod odpowiednim kątem, en face – już nieco gorzej. To chyba kwestia ustawienia oczu (podobny problem można zaobserwować u Barbie) – figurki patrzą na wprost i nieco do góry, co u żywych osób jest dość rzadkie (u ludzi oczy mają tendencję do żywego rozglądania się wokół, a gdy zafiksują się na jednym punkcie, wyglądają nienaturalnie). No cóż, plastikowa figurka nie uzyska nigdy doskonałości żywego człowieka, ale można dodać jej nieco dynamizmu, wprowadzając system ruchomych oczu (jak choćby u Jacka Sparrowa!). Może HT odświeżą kiedyś postać Wolverine’a i zaserwują produkt z przesuwnymi ślepkami?

 

 

3. Ciało.

Zdecydowanie muskularne. Tors pokryty „skóropodobnym” plastikiem, z wyraźnie zaznaczonymi KŁAKAMI! Odwróćcie oczy, miłośnicy i miłośniczki gładkiej skóry!

 

 

05

 

Dla potrzeb naukowych Wolvie został rozebrany. Ale w związku z tym, że wśród czytających mogą być nieletni – nie do rosołu!

 

06

 

Pararam, pararam, kłaki mam tu i tam. Lecz modelem mógłbym być, gdyż mam bardzo zgrabną rzyć!

 

Kłaki są wszechobecne – są na klacie, są na przedramionach i nawet na zewnętrznej części dłoni, ale, co ciekawe – no nogach ich nie ma! W miejscu „strategicznym” też ich nie zaobserwowałam. Producent nie pomyślał o owłosieniu innych partii figurki ze względów praktycznych. Mało który właściciel Wolverine’a byłby zainteresowany prezentacją jego oddolnej golizny. Jeśli już, to ograniczyłby się do wyeksponowania gołego torsu (goły tors jest podobno męski). A że ze mnie taki kolekcjoner jak z koziej dupy trąba, to pokazałam całość 😛

 

Ciało, jak u wszystkich hot-tojsów jest składaczkowe, co oznacza, że można je swobodnie rozłożyć na części pierwsze. I tak – głowa trzyma się na kulce:

 

7

 

A ręce i nogi – na łatwo demontowalnych zawiasach:

 

8

Łatwość, z jaką można usunąć każdy element ciała trochę mnie przeraża. A co będzie, jeśli jakiś kawałek mi się zgubi? Płacz i zgrzytanie zębów!

 

4. Akcesoria.

Hmmm, no cóż, nie ma za bardzo się czym pochwalić. W zestawie kryje się:

 – sześć wymiennych łapek (a to ci niespodzianka! – zazwyczaj figurki dostają nieparzystą liczbę rączek),

8

 

– stojak,

 

8,5

 

– łańcuszek z nieśmiertelnikami.

 

9

 

No i to by było na tyle. Jak mawiał mój guru, świniak Porky z kreskówek Looney tunes: „That’s all, folks!”.

 

Poza tym Wolverine ma jeszcze oczywiście ubranie, które nosi na grzbiecie. Wniosek z tego taki – że w porównaniu z innymi figurkami jest bidny jak mysz kościelna.

 

Mimo to, chłopak nie narzeka na brak dobrego humoru. W wolnych chwilach z przyjemnością się opala.

 

10

Wolvie: – „Słuchaj Aga! Nie uszyłabyś mi jakichś kąpielówek? Te spodenki a’la cyklista nie bardzo nadają się do siedzenia na słońcu. Stopy mógłbym pożyczyć od Jake’a, bo ma wymienną parę, no ale gatki to już raczej wolałbym mieć własne, bo wiesz, ja brzydliwy jestem i pożyczanie takich części garderoby nie wchodzi w grę.”

 

A na koniec – nazwiska osób, dzięki pomocy których powstał Wolvie. Zdolne z nich bestie!

11

Może trójkącik? Nie, dziękuję, wolę kwadracik!

Czy widzieliście już wpis Mangalargi: http://mangalarga-dolls.blogspot.com/2013/05/lalkowe-spotkanie-28042013.html#comment-form ? Ja właśnie go przeczytałam i odświeżyły mi się wspomnienia ze spotkania, które miało miejsce, ho-ho!, cały miesiąc temu. Do jego opisania zabierałam się równie aktywnie, co sójka za morze i gdyby Mangalarga nie pobudziła mnie (jak to brzmi!), swoim wpisem do działania, to relacja pojawiłaby się na święty nigdy.


 

Spotkać się w Warszawie jest dość przyjemnie, szczególnie, jeśli umówić się pod kolumną Zygmunta. Oczywiście, wokół pomnika kręci się dużo ludzi, ale nie rozpoznać swojej grupy się po prostu nie da, bo jak wiadomo osoby zbierające lalki to ludzie wyjątkowo urodziwi, inteligentni i jaśniejący wewnętrznym pięknem, które promieniuje na wszystkich wokoło. Dlatego bez problemu namierzyłam „swojaków”, a to, że KiciaKocia trzymała w ręku monsterkę Howleen i miała na sobie umówioną, pomarańczową bluzę, nie miało tu nic do rzeczy 😛


 

Pogoda postanowiła nas nie rozpieszczać – niebo siusiało z góry, wiaterek podwiewał z dołu, nosy marzły i kapały, no po prostu wszystko sprzysięgło się, żeby zagonić nas do pieczary diabła, czyli fast-foodowni (Pizza Hut)! W tym przybytku wszetecznej rozkoszy (kalorie!, kalorie!, kalorie!) mogłam porządnie przyjrzeć się nowym znajomym (tym bardziej, że nieskromnie pościągały kurtki, szaliki i inne ocieplające akcesuary). Na spotkanie stawił się kwiat lalkowego środowiska, czyli: Mangalarga, KiciaKocia i Lacrima, no i ja, co daje seksowny kwadracik (w odróżnieniu od przereklamowanego trójkącika).


 

Cztery baby przy jednym stole to nie w kij dmuchał i wiadomo, że po pierwszym obwąchaniu nastąpi kanonada chichotów, gdakania i wyciągania z torem ukrytych skarbów, czyli lalek. A tych było dużo i w dodatku, różnego rodzaju. Jak się okazuje każda z babeczek specjalizuje się w zbieractwie innych plastików.


 

Lacrima lubi „duże gabaryty” i przyniosła na spotkanie swoje ulubienice od Tonnera – dwie Ellowynki. Te lalki to prawdziwe damy, nie dość, że ubrane w eleganckie ciuchy (kto zgadnie, kto je uszył?) to jeszcze porażające głębią spojrzenia. Gdybym ich nie zobaczyła „w realu” to do dziś żyłabym w nieświadomości jak są piękne. Zdjęcia zazwyczaj nie oddają sprawiedliwości ich urodzie i są po prostu mylące (mam wrażenie, ze obiektyw spłaszcza ich rysy). Lalki Tonnera TRZEBA oglądać na żywo. Dopiero wtedy można je prawidłowo ocenić.


01

Ellowynka nr 1 – „Romantyczna”. W tle chowa się KiciaKocia. Maskowanie – moje. Zdjęcie (to i wszystkie pozostałe – autorstwa Mangalargi!)


02 

Ellowynka nr 2 – „gotycka”. W tle znów chowa się KiciaKocia 🙂

 

Wśród lalkowych dam od Lacrimy zaczaiła się także mileńka „składaczkówna”, która wzbudziła żywe uczucia w sercu mojego Sweeneya. Zakochał się biedny i teraz do niej żałośnie wzdycha. A ona – cóż, pewnie już go nie pamięta …


03

 

Na spotkaniu były lalki duże, ale były też laleczki małe, tycie, tyciutkie – Laloopsiki! Mam wobec nich zbrodnicze plany. Jeśli KiciaKocia przyniesie je raz jeszcze, to je ukradnę (ale o tym cicho-sza, niech ten szatański plan spokojnie sobie dojrzewa)


04

Słodziny wcielone, ale charakterne!

 

Ponieważ moje chłopaki czują w sobie ojcowskie zapędy od razu przejęli maluchy. Dla każdego starczyło po jednej kruszynce.


05

 

 

Spotkanie byłoby niepełne, gdyby nie uczestniczyły w nim przedstawicielki świata Mattel. Jak to się mówi – nie ma Barbie, nie ma imprezy!



06

 Achhhhh, brunetki! Najpiękniejszy kolor włosów lalkowego świata! Mangalarga ma gust, albo, „ma gusta”, co ostatecznie układa się we frazę – me gusta 😛


 

07

A tutaj laleczka, od której wszystko się zaczęło – ona była naszym znakiem rozpoznawczym przy spotkaniu. Świetnie się nadawała do swojej roli – z powodu ognistoróżowej fryzury było ją widać z daleka.

 

Monsterki zjawiły się we dwie, dopuszczając do swojej grupy laleczkę nieco do nich podobną, ale przecież inną – Sashabellę herbu Bratzillaz. Sasha trzymała się blisko Spektry, co mnie bardzo zdziwiło, bo dziewczęta sa jak ogień i woda – jedna białoskóra, wyniosła, trochę melancholijna, druga – bywalczyni solarium, trzpiotka i urwis w jednym.


08

Przeciwieństwa się przyciągają. Jak się okazuje prawda ta jest aktualna również w lalkowym świecie.

 

A na koniec notki – prawdziwa bomba. Oto objawię wam jak wyglądały uczestniczki spotkania. Przygotujcie się na wzniosłe przeżycia duchowe.

 

 

Adin

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Dwa

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Tri

.

.

.

.

.

i

.

.

.

.

.

Voila – oto my!:

MY

Cała czwórka fajnych lachonów. Gdybyście nas rozpoznali na mieście, to można zaczepiać.

Bild Lilli

Na Bild Lilli „zachorowałam” ponad dwa lata temu, w momencie, gdy zaczęłam interesować się historią Barbie. Odkrycie, że wczesne lalki Mattel powstały na wzór i podobieństwo Lilli było z jednej strony wstrząsające (one są klonami!), a z drugiej – wywołało nieugaszoną chęć zdobycia Lilli na własność. Podczas wypadów na targowiska staroci starałam się przeglądać wszystkie poukrywane w kątach placów stoiska, wiedząc, że u sprzedawców handlujących „resztkami na ceratce” nierzadko można za grosze kupić prawdziwe skarby. Znam takie przypadki z autopsji. Kilka lat temu, podczas wypadu na nieistniejący już dziś bazar Różyckiego w Warszawie, kupiłam za bezcen książkę – białego kruka: „Alrauna”, autorstwa Hannsa Heinza Ewersa, przekład polski z 1917 roku, dziś dostępny wyłącznie w bibliotekach i prywatnych kolekcjach.

 

W zdobycie Lilli za pomocą tej metody nie bardzo wierzyłam, ale starań nie zaprzestałam. Bo nie ma nic gorszego niż zwiesić ręce i dać sobie spokój. Tak postępują przegrani w sytuacjach patowych, a jak głosi optymistyczne polskie przysłowie: „Póki życia, poty nadziei”. Tego się też trzymałam.

 

Oczywiście wizytacje targowisk nie były jedynym sposobem poszukiwań. O informacje w naszych czasach najłatwiej w internecie, tak więc grzebałam w sieci i … wyszukiwałam możliwości sprzedaży, które znacznie przekraczały moje możliwości finansowe. Bo Lilli w internecie można kupić bez problemu. Trzeba się tylko liczyć z wydatkiem rzędu 3 000,00 złotych. NETTO. Jest to więc opcja dla osób majętnych, które nie boją się dużych kosztów, bo ich po prostu nie odczuwają. Ja takiej kwoty na „duperel” przepuścić bym nie umiała. Choć ten duperel marzył mi się bardzo długo.

 

Dzięki poszukiwaniom w sieci nawiązałam kontakty z kilkoma sympatycznymi kolekcjonerami spoza Polski. Jeden z nich dał mi cynk na osobę, która sprzedawała „pewniaka”, to jest oryginalną Lilli, w cenie, która mogła wykrwawić mi kieszeń, ale była do przełknięcia. Na wieść o otwierającej się możliwości dostałam głupawki – wpłaciłam zaliczkę, a kiedy na konto wpłynęła pensja, to równie szybko z niego wypłynęła. Po 12 dniach lalka była u mnie. Pochwaliłam się nią na „Dolls forum”, siusiałam ze szczęścia po nogach, a później – okazało się, że to Lilli z Hong Kongu, produkowana co prawda na niemieckiej licencji, ale wcale nie ta, o którą mi chodziło. Zaczął się płacz i zgrzytanie zębów. Na szczęście sprzedawca okazał się uczciwą osobą. Zwrócił mi część kosztów i PRZEPROSIŁ za swoją pomyłkę w identyfikacji lalki. Jego gest wywołał u mnie opad szczęki i powrót wiary w ludzką uczciwość. Lilli z Hong Kongu została u mnie jako substytut „tej właściwej”. Oto jej zdjęcie, przed restauracją. Niedługo zaprezentuję  ślicznotkę, po skręceniu jej do kupki:

 

01

 

Lalka została kupiona, a apetyt na oryginał się nie zmniejszył. I tu w sprawę włączyła się opatrzność. Wypad do znajomego antykwariatu zaowocował odnalezieniem Lilli, używanej w charakterze … podstawki do kwiatka. Właścicielka sklepu, zdziwiona moim zainteresowaniem laleczką, dała mi ją za darmo. Do tej pory nie wierzyłam w „interwencję z góry”, ale to się w tamtym momencie zmieniło. Można powiedzieć, że nastąpiło „nawrócenie”. emotemotemot

 

I oto jest! Moje lalkowe zwieńczenie 2012 roku i jednocześnie – rozpoczęcie 2013. Najbardziej wyjątkowa podstawka do kwiatka jaką mam w domu. Zniszczona przez czas, wyblakła, prosząca o zakrycie nagości, ale – moja i oryginalna!

 

Pierwszą rzeczą, którą sprawdziłam, była śrubka w głowie, mocująca „kopułkę” do części twarzowej i pozwalająca na bezbolesną wymianę włosów. Wszystko było na miejscu! Znaczy – Lilli jest prawdziwa 🙂

 

01

 

Włosy laleczki pozostawiają wiele do życzenia – zostały znacznie skrócone i strasznie się mechacą, ale za to nad czołem zachował się charakterystyczny, zawadiacki loczek.


02

 

Najbardziej ciekawił mnie pyszczek Lilli. W końcu to na nim Mattel wzorował swoje pierwsze kloniki lalki. Z chęcią postawiłabym obok siebie Lilkę i Barbie numer 1, aby prześledzić podobieństwa i różnice. Może kiedyś uda mi się poznać kolekcjonera, który pozwoliłby mi na sporządzenie sesji porównawczej?

 

01

 

Na twarzy mojej Lilli brakuje rumieńców. Musiałam je usunąć, ponieważ policzki lali były bardzo porysowane i farba skawaliła się w obrębie zadrapań. Twarz Lilli wykonana jest z twardego plastiku – stąd dość łatwo usunąć z niej makijaż i bardzo trudno ponownie go nanieść, szczególnie jeśli konieczne jest cieniowanie farby. W przyszłości lalka zostanie poddana odnowieniu i mam nadzieję, że urocze rumieńce wrócą na jej policzki. Na razie opanowuję technikę nakładania farby na klonikach.


01

 

W obrębie twarzy najciekawszym elementem są „rzęsy” lalki. Widok z góry pozwala zbadać ich nadnaturalną grubość. Lilli stylizowana była na kobietę-wampa, tak więc ciężki, podkreślający seksapil makijaż był koniecznością.

 

Dzisiejsze laleczki często mają w uszach eleganckie kolczyki. Lilli też je nosiła, tyle że były one namalowane. Kształt i kolor biżuterii pozostawał niezmienny – każda lalka miała w uszach czarne kwiatki.

 

01

 

Pierwsze Barbie odziedziczyły po Lilli kształty ciała, lecz z wyjątkami. Podczas gdy lalki Mattel mogły poruszać rękami tylko w tył i w przód ich poprzedniczka mogła rozkładać ramiona na boki, w geście Chrystusa ze Świebodzina. Nie przyczyniało się to do uzyskania jakiejś nadprzyrodzonej możliwości pozowania, ale cóż to był za fajny patent! owned

 

01

 

„Babcię” i „wnuczkę” różniły również pantofelki na stópkach tej pierwszej.

 

01

 

W odróżnieniu od Barbie Lilli nie była sygnowana. Stąd w przypadku lalek, które dotrwały do naszych czasów bez ubranek, bardzo trudno określić do jakiej serii należały. Moja ma oryginalny ciuszek – sukienkę tenisistki i, co ciekawe – majteczki! Ubranka są w praniu, mam nadzieję zaprezentować je w kolejnym wpisie. Niestety wymagają dużych napraw, co oznacza cerowanie, na którym się nie znam. Czegóż się jednak nie robi dla ulubienicy?

 

01

 

Poza wymienionymi różnicami, między Lilli i Barbie nie było wiele więcej  cech odmiennych. Obie panie były ponętne i miały fumy w nosie, o czym świadczyły ich wiecznie obrażone i nieco nadęte buziaki.

 

01

 

01 

Kończąc wpis pozwolę sobie podziękować za piękne świąteczne i noworoczne życzenia, które składaliście na blogach. Oby dla nas wszystkich Nowy Rok był szczęśliwy, lalkowy i pełen zdrowia!

Krwawe zapędy mściwego golibrody

Sweeney Todd cast

Zdjęcie pobrano z serwisu BBC news

 

Zaczęło się od filmu, który niespecjalnie mi się podobał – „Sweeney Todd, demoniczny golibroda z Fleet Street”. Do kina poszłam skuszona nazwiskiem reżysera (Tim Burton) i obsadą (Johnny Depp, Helena Bohnam-Carter, Alan Rickaman). Z seansu wychodziłam znudzona. Film rozczarował mnie pomimo pięknej oprawy wizualnej i dość sprawnie poprowadzonej fabuły, która, nawiasem mówiąc, bardzo różni się od prawdziwej historii mordercy znanego jako Sweeney Todd.

 


O filmie byłabym szybko zapomniała, gdyby nie przypadkowy zakup w second handzie. Do sklepów z używaną odzieżą chodzę zasadniczo w dwóch celach: w poszukiwaniu lalek i płyt DVD. Te drugie, sprowadzane zza granicy, można kupić za bezcen (w granicach 3 zł za sztukę). Klienci ciucholandów zazwyczaj się nimi nie interesują, z powodu braku polskiego lektora i napisów. Dla mnie taki brak jest bardzo pożądany, bo lubię oglądać filmy w oryginale. W ten sposób można się nauczyć wielu nowych słów i osłuchać z ich brzmieniem.

 

 

Kupiony w tanim Armanim film obejrzałam w domu z rodziną. Uznaliśmy wspólnie, że raczej do niego ponownie nie wrócimy, ale że fajnie byłoby mieć podobiznę głównego bohatera, granego przez Johnny’ego Deppa. O tym, że jest ona dostępna na rynku dobrze wiedziałam – od jakiegoś czasu namiętnie przeglądałam stronę słynnego producenta figurek, firmy „Hot Toys”. Sweeney Todd „był na składzie”. Cena, niestety, była dość słona. Od czego jednak są dodatkowe prace zlecone? Jak się chce zdobyć wymarzoną lalkę lub figurkę, to jest to silna motywacja do dodatkowego wysiłku, mierzonego w złotych polskich. No i stało się – Sweeney od jakiegoś czasu mieszka u mnie.

 

 

Nadejście figurki było momentem bardzo radosnym, ale i kłopotliwym. Sweeney został przesłany do mojego biura, zapakowany w OGROMNE pudło, które jakoś trzeba było przetransportować do domu. Biorąc pod uwagę fakt, że do pracy samochodem jeżdżę bardzo rzadko, to dowiezienie upragnionej zabawki do własnego mieszkania, w godzinach szczytu, w zapchanym autobusie, było wyjątkowo niewygodne i nieprzyjemne.

 

 

Za to powitanie nowego lokatora „w domowych pieleszach” odbyło się w tempie ekspresowym. Ciach! – otworzyło się pudełko, ciach! – na podłogę poleciały chroniące Sweeneya plastikowe okrywacze i mój wymarzony lalek (figurek?) był w końcu wolny! 🙂

 

 

Chęć obejrzenia go z bliska była zbyt silna, by dokumentować poszczególne etapy wyjmowania z pudła, dlatego w dzisiejszej notce zaprezentuję zdjęcia, które zrobiłam „na szybko”, dla zaspokojenia wewnętrznej potrzeby uwiecznienia demonicznego golibrody na fotografiach. Regularna recenzja figurki, w której postaram się zaprezentować wszystkie plusy i minusy produktu, pojawi się w kolejnym wpisie. Chwilowo nie umiem za bardzo skupić się na szczegółach i dodatkach do Sweeneya – chyba za bardzo cieszę się z niego samego 🙂

 

01

W tle Sweeneya – płyta DVD która popchnęła mnie do zakupu. Filmu już więcej nie obejrzę, ale chyba zostanie na półce ze względu na zaawansowane instynkty chomikowania.

 

02

 

03

 

Nic na to nie poradzę, szaleję za tą twarzą. Johnny Depp w każdej wersji jest piękny. Także tej „demonicznej”.

 

04

 

05

 

„Ja jestem brzytwiarz, a to jest moja brzytwa!” – kojarzycie cytat? Na pewno kojarzycie 😀

 

06

 

Szkoda, że współcześni panowie nie noszą na co dzień tak fajnych, klimatycznych ubrań i … fryzur 🙂

 

07


Sweeney znalazł dość szybko kolegę, który zechciał wysłuchać jego opowieści o utraconej rodzinie. I jakoś tak wyszło, że panowie się zakumplowali. O ile znam swojego wewnętrznego zboczeńca, to w przyszłości będzie między nimi gorąco, o czym zawczasu przestrzegam 😀

 

Analizując swoją reakcję na przybycie Sweeneya muszę stwierdzić, że dość mocno zaraziłam się hot-toysowym wirusem. Planuję w przyszłości zdobyć jeszcze kilka figurek, które mnie uwiodły. Bardzo szybko się to nie stanie, bo najpierw trzeba złapać jakieś prace zlecone, żeby zarobić na kolejne wariactwa i szaleństwa, a ja jednak jestem leń 😛