Potwory, duchy i demony

Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, to strasznie fascynowały mnie horrory. Filmy grozy były tym bardziej pociągające, że zakazane przez rodziców. W domu oglądać ich nie mogłam, bo dostęp do telewizora był w godzinach wieczornych bardzo ograniczony (szklane okienko okupował tata), a że nie mieliśmy magnetowidu, więc odpadało oglądanie „strasznych kaset” z wypożyczalni wideo. Seanse mogłam nadrabiać wyłącznie na wieczorkach u koleżanek i kolegów, którzy (o szczęśliwcy!) mieli bardziej wyrozumiałych rodziców i odpowiedni sprzęt 🙂


 

sprzęcior

 

Tak wyglądał wypasiony sprzęcior z czasów mojej młodości (zdjęcie z sieci)


Do dziś pamiętam potężne wrażenie, jakie zrobiły na mnie filmy „Egzorcysta” i „Omen”. Oba wprowadzały tematykę opętania diabelskiego, które tak silnie zawładnęło moją wyobraźnią, że blisko przez miesiąc po obejrzeniu tych produkcji miałam problemy z zasypianiem. Bałam się, że w nocy zaatakuje mnie demon i przejmie kontrolę nad moim ciałem. Rodzice zaobserwowali w tym czasie dość dziwne u mnie zainteresowanie sprawami religii i wzrost pobożności. Nie wiedzieli, biedni, że ich strachliwa córka każdego wieczora drży przed wizytą okropnego pana z rogami i ogonem, który został powołany na świat po to, by szerzyć na nim zło.


Na szczęście trauma po obejrzeniu „diabelskich” filmów minęła w miarę bezboleśnie. Niestety, przykre doświadczenie nie odstraszyło mnie od oglądania kolejnych arcydzieł grozy, w których aż roiło się od krwiożerczych potworów i straszydeł. Przewinęli się wśród nich Freddy Kruger, okropny klaun z filmu „To”, Candyman i Leatherface.


Wszystkie te potwory, wyjątkowo paskudne z wyglądu i charakteru, już od dawna czekają, bym wyciągnęła z szafy stare kasety wideo i odpaliła je na jakimś prehistorycznym odtwarzaczu, a ja – zamiast się nimi zająć, cieszę się z obecności zupełnie niefilmowego monstrum, które należy do świata Mattel.

 

Potwór, oglądany na golasa, wygląda tak:

1

 

Choć jego kształty są po kobiecemu opływowe, to bez dwóch zdań, brzydactwo do zwyczajnych plastikowych ślicznotek nie należy. „Buziak”, odhumanizowany i pozbawiony oczu  wydaje się przejawiać krwiożercze skłonności 😀


2

 

3

 

Paskudztwo, prawda? Na szczęście to okropieństwo można zakryć naciąganą „skórką”, której nie powstydziłby się sam Hannibal Lecter:

 

4

 

Choć przedstawione wyżej zdjęcia nie wyglądają szczególnie zachęcająco, to po złożeniu korpusu i „skórki” do kupki powstaje całkiem ciekawe dziewczątko – czyli Kissing Barbie.


 5

Na moje oko buziak wygląda jak połączenie superstara z laleczką typu „Steffi”

 

Dziś jeszcze nie pokażę jej Wam w całej okazałości, bo panienka wymaga intensywnej regeneracji i napraw. Myślę jednak, że za jakiś czas, gdy uda mi się odmalować trochę jej pyszczek i zdobyć nowe ciało, to powróci ona na bloga, by pochwalić się odzyskaną uroda. Na razie pozwolę sobie zaprezentować jedynie zdjęcie zastępcze. Tak „Kissing Barbie” powinna wyglądać po naprawach:

 

6

 

Trzymajcie, proszę, kciuki za powodzenie operacji 🙂

5 tytułów

Lalka to nośny motyw, stąd często pojawia się w utworach literackich i filmowych. Myślę, że większość z nas zna krwiożerczą laleczkę Chucky i lalkę, która stałą się przyczyną procesu sądowego w „Lalce” Prusa. Czy jednak zwracamy uwagę na motyw lalek w mniej popularnych książkach? Można to sprawdzić, próbując odgadnąć tytuły utworów, których fragmenty zamieszczam poniżej. Imiona bohaterów zostały skrócone do pierwszej litery, tak, aby zgadywać było trudniej. Wśród cytowanych autorów są zarówno sławy światowego formatu jak i pisarze z naszego podwórka.

1.

Pijacy śpiewali wciąż swoja piosenkę, a dziecko pod stołem śpiewało swoją. Nagle K. umilkła. Odwróciwszy się, spostrzegła tuż przy kuchennym stole lalkę, która małe T. porzuciły dla zabawy z kotkiem. Upuściła owiniętą w gałgany szabelkę, która połowicznie tylko mogla ja zadowolić, i wolno powiodła wzrokiem po izbie. T. szeptała coś do męża, licząc pieniądze. P. i Z. bawiły się kotkiem, podróżni jedli, pili lub śpiewali. Nikt na nią nie patrzył. Nie miała ani chwili do stracenia. Na czworakach wyczołgała się spod stołu i upewniwszy się raz jeszcze, że nikt na nią nie patrzy, szybko przysunęła się do lalki i schwyciła ja. Po chwili siedziała już nieruchomo na swoim miejscu, obrócona w ten sposób, by cień padał na lalkę, którą trzymała na reku. Szczęście bawienia się lalką było dla niej rzeczą tak rzadką, że odczuwała gwałtowną rozkosz. Sceny tej nie zauważył nikt z wyjątkiem podróżnego, który wolno spożywał swój skromny posiłek. Radość K. trwała już blisko kwadrans. Mimo zachowywanych ostrożności K. nie zauważyła jednak, że jedna noga lalki wystawała z cienia i była oświetlona jaskrawo przez ogień na kominku. Ta różowa, jasna, wyłaniająca się z cienia noga przyciągnęła spojrzenie A., która odezwała się do E.:

– Siostrzyczko, popatrz!

Obie dziewczynki ze zdumienia aż przerwały zabawę. K. ośmieliła się wziąć ich lalkę! E., nie wypuszczając z objęć kotka, podniosła się i podszedłszy do matki, zaczęła ją ciągnąć za spódnicę.

– Dajże spokój! – powiedziała matka. – Czego chcesz?

– Mamo – rzekło dziecko – spójrz no!

I wskazała palcem K., która z lalką w ramionach była pogrążona w ekstazie posiadania, głucha i ślepa na wszystko, co się wokół niej działo. Twarz T. przybrała ów szczególny wyraz wściekłości, wybuchającej z okazji drobnych codziennych błahostek, który sprawia, ze kobiety tego typu nazwano „megiery”. Tym razem urażona duma wzmagała jeszcze gniew. K. przekroczyła wszelkie granice. K. ważyła się dotknąć lalki „panienek”.

2.

Z., widząc ze smutkiem chorobliwy stan swego przyjaciela, zaniechał drwiącego tonu i przyznał, że w rzeczach miłości upodobanie jest jedynym prawem.
— Tylko dziwnym mi się wydaje — dodał — że ktokolwiek widział O., tak samo ją sądzi jak ja. Przepraszam cię, drogi N., wszyscy znajdują ją sztywną i jakby pozbawioną duszy. Ma kibić powabną, twarz nawet piękną, to prawda, ale cóż z tej piękności, kiedy jej nie ożywia spojrzenie. Czyż nie dostrzegasz, że w oczach jej nie ma iskry życia, że zdają się patrzeć nie widząc? Podobnie i ruchy jej dziwnie się wydają obrachowane; czyż nie można by myśleć, że są zależne od układu jakichś kółek, które się obracają stosownie do nakręcenia? Podobnie gra jej, śpiew nawet, ma w sobie tę osobliwszą dokładność, nieprzyjemną i bezduszną, jaka jest udziałem sztucznego tylko mechanizmu; toż samo da się powiedzieć o jej tańcu. Wierz mi, N., ta twoja O. zrobiła na nas wszystkich nieprzyjemne wrażenie i od pierwszego wejrzenia nie chcieliśmy mieć z nią nic wspólnego. Wydała nam się po prostu zręcznym podrobieniem istoty obdarzonej życiem; a co do mnie, jestem przekonany, że wcale nie jest tym, czym się być wydaje.
N. nie poddał się przykremu uczuciu, które go przy tych słowach przyjaciela opanowało; cierpliwie wysłuchawszy uwag, odpowiedział wreszcie głosem silnego przekonania: — Nie dziwię się bynajmniej, że takie, a nie inne wywiera na was wrażenie O., boście ludzie prozaiczni i niedaleko widzący. Dusza jej nadobna rozkwita tylko dla umysłów wybranych. Toteż z całego tłumu mnie tylko jednemu rozbłysnął wzrok jej, w którym kryją się tajemnicze głębie. Mnie tylko jednemu znany jest cały urok uczucia, do jakiego zdolne jest jej serce. Wam może się nie podobać, że O. nie wdaje się w zdawkową paplaninę, jak to czynią inne powierzchowne umysły. O. mówi mało, nie przeczę, ale te nieliczne słowa, które wymawia, wypowiadają cały tajemniczy świat uniesień ducha, czarownych przeczuć i zespolenia wszystkich władz umysłu w miłości, która jak w zwierciadło w wieczność spogląda. Ale na cóż mówię to wszystko, dla tych rzeczy nie macie zrozumienia.

3.

Rano K. powiedziała do matki:
– Chcę dziś urządzić piknik dla lalek. Mogłabym pożyczyć prześcieradło – stare, niepotrzebne – żeby zrobić z niego obrus?
– Wątpię, bym miała coś takiego – odparła matka. Otworzyła szufladę w kuchni, w której przechowywała serwetki i obrusy, i zaczęła w niej grzebać. – Chwileczkę. To się nada?
„To” było złożonym papierowym obrusem w kwiatki, pozostałym po pikniku, który zorganizowali kilka lat wcześniej.
– Jest idealny – oznajmiła K.
– Zdawało mi się, że nie bawisz się już lalkami – zauważyła pani Jones.
– Bo się nie bawię – przyznała K. – To tylko mimikra.
– No cóż, wróć tylko na lunch. I baw się dobrze. K. włożyła do pudełka lalki i plastikowe filiżanki dla lalek. Napełniła dzbanek wodą.
Potem wyszła na zewnątrz. Ruszyła w stronę drogi, jakby wybierała się do sklepu. Nim jednak dotarła do supermarketu, przeszła przez płot na łąkę i dalej, wzdłuż starego podjazdu. Potem przeczołgała się pod żywopłotem. Musiała pokonać tę trasę dwa razy, żeby nie wylać wody z dzbanka.
To była długa, okrężna droga, ale pod jej koniec K. miała pewność, że nikt jej nie śledził.
Znalazła się tuż za zarośniętym kortem tenisowym. Przeszła przez niego na łąkę pełną długich rozkołysanych traw. Znalazła deski na skraju łąki. Okazały się zdumiewająco ciężkie, niemal zbyt ciężkie dla dziewczynki wytężającej wszystkie siły, zdołała jednak je podnieść. Nie miała wyboru. Odciągnęła deski na bok, jedną po drugiej, spocona i zasapana, i odsłoniła głęboką, okrągłą, wyłożoną cegłami dziurę w ziemi. Studnia pachniała wilgocią i mrokiem. Cegły były zielonkawe i oślizłe.
K. wyjęła obrus i rozłożyła go starannie nad studnią. Na jej brzegach co kilkanaście centymetrów rozstawiła plastikowe filiżanki dla lalek. Każdą z nich obciążyła wodą z dzbanka.
Obok filiżanek posadziła na trawie lalki, starając się, by wszystko przypominało lalczyne przyjęcie. Potem powtórzyła całą drogę pod żywopłotem, żółtym zakurzonym podjazdem, koło sklepów, z powrotem do domu.


4

– Popatrzcie chłopcy – zwrócił się do nas pan K. – A. nie jest żywym człowiekiem, tylko lalką. Byłem zawsze przeciwny wprowadzaniu lalek do mojej akademii. Ale teraz już nic nie poradzę. A. został w nocy podstępnie przemycony. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. Muszę go nauczyć czuć, myśleć i mówić. Spróbuję, może mi się uda. A1 weź sobie do pomocy dwóch A2 i A3 i zanieście A ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie, gdyż jestem zajęty. Jeśli nie będzie deszczu, możecie pójść z M. do parku.

5.

Dzisiaj rano śpię sobie na wycieraczce od pióra i śni mi się, że scyzoryk tańczy polkę z gumą – myszką, a tu mnie ołówek w bok trąca.
– Zobacz, P., co się w klasie dzieje!
Wyglądam z piórnika – świat się do góry nogami przewraca! Na moim miejscu koło kałamarza siedzi nasza lalka P. Tylko jej tu brakowało! Rozparła się, nos zadarła do góry i siedzi.
Więc ja do niej:
– P., skądeś się tutaj wzięła?
A ona się napuszyła, przymrużyła oczy (bo ona umie oczy zamykać i jest z tego bardzo dumna) i mówi:
– Przyjechałam w teczce z książkami!
Ta P. to pani wielka: siedzi w lalczynym pokoiku z piecem na zielonej kanapie (z pudełka od papierosów), rozpiera się i nosa do góry zadziera. Słuchają jej Murzynki, słuchają jej golaski, słucha jej misio – ani nie mruknie, a P. tylko się rozpiera na zielonej kanapie z pudełka od papierosów i wszystkim rozkazuje.
– A po coś tu przyjechała?
– Bo się dla mnie nowa suknia szyje.
– A jakże, tere – fere – kuku! W klasie będą dla ciebie suknię szyli, tylko tego brakowało!
– A właśnie że będą, zaraz zobaczysz! – wrzasnęła P.
Ja patrzę, a tu T. wyjmuje z teczki to pudełko w kwiatki i całą furę gałganków…
Ale co to za gałganki! Same jedwabne, czerwone i zielone, i niebieskie, w kwiatki, w kropeczki, w paseczki i w kratki…
Myślę sobie: „Koniec świata. Jak ta P. dostanie taką piękną suknię, to nosa zadrze na sam czubek pieca! To nie mogłaby T. mnie takiego ubranka uszyć?… Te czerwone kwiatki akurat by do mojego nosa pasowały. A to wszystko dla tej napuszonej P.!”

Decapitated

„Decapitated” to jedna z moich ulubionych kapel, ale dziś będzie nie o niej, a o laleczce, która przybyła do mnie w formie dość okrojonej, czyli mówiąc prosto – jako bezcielesny łeb:

1

 

Główka należy do Steffi DDR, którą zapewne zdekapitowano za jakieś poważne przewinienie. Ponieważ łepetyna zachowała się w świetnym stanie musiałam, po prostu musiałam, zdobyć dla niej ciało zastępcze. W związku z tym, że kompletnie nie miałam pojęcia skąd wziąć oryginalny korpus, lalka została obdarzona korpusem, pobranym od artykułowanej Barbie.

 

2

 

W rezultacie powstał OOAK, który dość wdzięcznie pozuje. Jeśli zdarzy mi się okazja kupienia oryginalnego ciała, z chęcią z niej skorzystam, a do tego czasu Stefa będzie musiała zadowolić się substytutem od Mattela …

 

3

 

… który, pozwalając na dość śmiałe ustawienie lalki, dał „loli” szansę na odbycie wiosennej sesji zdjęciowej.


Aby lalka nie czuła się samotna, dobrałam dla niej towarzysza. Los padł na Kena z serii „Harley Davidson”, który bardzo ładnie wygina się na wszystkie strony i dość korzystnie wygląda w obiektywie.

 

4


Ponieważ Stefa nie mogła się nacieszyć nowo otrzymanym, zginalnym ciałem, wiła się wokół modela niczym pnący bluszcz.

 

4

 

Otrzymanie daru artykułowalności pozwala wspinać się na wysokie szczyty 🙂

 

5

 

Z których niestety można spaść i boleśnie potłuc sobie cztery litery …

 

6

 

Na szczęście Ken-gentleman nie pozwolił Stefci się rozpłakać. Jak każdy porządny chłop, postawiony w sytuacji, gdy jakaś nieszczęsna białogłowa leje ślozy, ugłaskał bidulę i utulił, tak, że lala szybko się uspokoiła i – zaczęła kleić do grzecznego chłopięcia.

 

Wszystkie moje Keny są łase na kobiece wdzięki (nawet para Alfa-Fashionistas!), tak wiec harleyowiec przyjął flirt ze strony Stefki z uśmiechem na gębie. Wcale się nie wzbraniał przed jej ciekawskimi łapkami, które jakoś tak dziwnie zawędrowały mu pod koszulkę 🙂

 

7

Józiu! Poka kaloryfer!

 

W ogóle Kenio okazał się bardzo śmiałym modelem, chętnym by eksponować swoje wdzięki. Widząc zainteresowanie Stefki „sześciopakiem” bez wstydu pozbył się górnej części odzienia i błysnął gołą klatą.

 

8

 

Chciał także zdjąć spodnie, ale to już by było zbyt śmiałe posuniecie. W końcu sesja odbywała się przed godziną 22-gą!

 

9

 

Stefci do szczęścia wystarczyła sama klata i tatuaże na rękach.

 

10

 

Lalka zaproponowała przystojniakowi wspólne oglądanie dziar  w ciszy i ciemności jego pudełka, po czym parka zwinęła się z planu zdjęciowego w celu dokonania bliższej inspekcji tatuaży. Mam nadzieję, że się nie rozmnożą. Nie cierpię barbiowych dzieci!

Klony, klony, klony

Przeglądając lalkowe zbiory zauważyłam, że po zakamarkach szuflad i gablotek chowa mi się sporo bezimiennych laleczek, które prawdziwą Barbie widziały tylko na obrazku. Ponieważ nie mam serca wyrzucić ich na śmietnik, a nie ma komu ich oddać, postanowiłam poświęcić tym niebożętom oddzielny wpis, aby poczuły, że choć wykonano je z gorszej jakości materiałów i żadna fabryka się do nich nie przyzna, to i tak sympatyczne z nich lale.

 

Na pierwszy ogień pójdzie „najbiedniejsza” ze wszystkich kloników – „Pocahontas”.

 

01

 

Imię laleczki na pewno was nie zdziwi – jej ciemna karnacja, czarne włosy, a także pseudo indiańskie ciuszki przywodzą na myśl słynną dziewczynę.

 

02


Choć Pocahontas należy do popularnych „biedo-lalek”, charakteryzujących się tym, że ich ciało w środku wypełnia powietrze, przez co nie mogą zginać ani nóg, ani rąk (a jak już siądą, to straszliwie się rozkraczają), to na szczęście nie poskąpiono jej odrobiny urody. Buziak Pocahontas, wyraźnie wzorowany na starszych Steffi, został dodatkowo pomalowany w „barwy wojenne” 🙂

 

Pamiętam, że w dzieciństwie, miałam laleczki podobne do Pocahontas – puste w środku i bardzo tandetne. Nie mam pojęcia co się dziś z nimi dzieje. Może zdarzył się cud i przeżyły gdzieś na strychu?

 

03

 

04

 

Wraz z Pocahontas trafiło do mnie niezidentyfikowane po dziś dzień maleństwo. Sądząc po kolorze okrywającej je narzutki, jest to dziewczynka.


01

 

Laleczkę wykonano dość niefrasobliwie – jak widać na poniższym obrazku, „dziecko” można posadzić, ale już rączek zgiąć się mu nie da – są zlane z korpusem na głucho. Ciekawe rozwiązanie, choć mało praktyczne.


02

 

Kruszynka jest sporo mniejsza niż standardowe „Evi” czy „Shelly” i z powodzeniem może grać ich młodsze rodzeństwo.

 

03

 

Pokrzywdzone przez los maleństwo znalazło troskliwą opiekunkę w postaci bardziej zginalnej lali, aspirującej do miana klonikowej „Marylin Monroe”. Właściwie lalka do pięknej aktorki wcale nie jest podobna, ale jej platynowe włosy i uśmiech dziewczyny z sąsiedztwa przydają jej sporo delikatności i uroku. Dodatkowym atutem są zgrabne, opalone nogi.

 

01

 

Pomimo, że blondyneczka grzeszy wszystkimi wadami, typowymi dla klonów (okropnej jakości włosy, wyjątkowo prosty, makijaż, mała ruchliwość członków ciała, co nie ułatwia pozowania) bardzo ją polubiłam. Mimo licznych słabych stron lala jest szalenie sympatyczna i ma wesołe, trochę filuterne i jednocześnie trochę nieśmiałe spojrzenie.

 

02

 

03

 

A na koniec – laleczki, które stały kiedyś (być może) w pobliżu lalek My Scene. Niedorzecznością byłoby zaprzeczać, że ich firmy-matki nie korzystały z wzorów opracowanych przez Mattel – podobieństwa widać na pierwszy rzut oka.

 

01

 

Obie panienki z pewnością wyszły z podobnych form, ale co ciekawe, wcale nie są do siebie podobne! Różni je praktycznie wszystko – kształt ust, oczu, sposób rozrysowania tęczówek, kolorystyka ciała i owłosienia. Niby są takie same, a zupełnie odmienne!

 

00

 

000

 

Z nich dwóch nieco bardziej podoba mi się szatynka, która przypomina mi trochę disneyowską Jasminę. W odróżnieniu od bajkowej księżniczki nosi na twarzy koszmarny, brokatowy makijaż, który bardzo szpeci jej niebrzydkie, migdałowe oczęta.

 

02

 

Bez tej paskudnej, przeźroczysto-brokatowej ciapy na powiekach lalka mogłaby być całkiem ładna. Nie wiem po co producent upiększał zabawkę w tak wątpliwy sposób, bo większego sensu takie zdobienie nie ma. „Brokatowy” makijaż wygląda wręcz jak  malunek jakiegoś ślepego artysty, który ma problemy z trafieniem pędzlem w sztalugi. Dobrze, że reszta ciała lali nie została wymalowana w podobny sposób, bo wtedy to byłby już prawdziwy dramat.

 

Blondynka z całą pewnością prezentuje tryumf sztuki „podkradania pomysłów”. Jej twarzyczka wydaje się żywcem przeniesiona od jakiejś Majscenki.


01

 

02

 

Makijaż niby ciekawy, ale zdecydowanie mniej dopracowany niż u lalek od Mattel (kolorystyka krzyczy o pomstę do nieba). W dodatku ciało, w które wyposażono klonika, przypomina twory od firmy Simba. Całość nie prezentuje się najlepiej.


– – –

Pomimo wielu wad i niedoskonałości urody kloniki nie są takie złe, za jakie się je uważa. Zdarzają się wśród nich egzemplarze o wyjątkowej urodzie, a nawet znacznie ładniejsze niż firmowe zabawki. Wielkim atutem takich laleczek jest cena – za stosunkowo niewysokie pieniądze można kupić namiastkę znacznie droższej lalki. Zresztą, pamiętam z dzieciństwa, że kochałam swoje kloniki równie mocno co ich firmowe koleżanki i nie robiłam między lalkami żadnej różnicy.


Moje panienki, by pokazać że całkiem fajne z nich dziewczęta postanowiły na koniec zabłysnąć i odtańczyć ognistego kankana …

 

01

 

… po którym padły na ziemie, bo się bidulom nogi porozjeżdżały 😀

 

02

 

THE END!

Zbiór zamknięty

W życiu każdego człowieka nadchodzi kiedyś moment, w którym mówi sobie: „DOŚĆ! Starczy mi już tego wszystkiego! Koniec! Nie chce mi się już ciągnąć tego dłużej.” U jednych oznaki zniechęcenia pojawiają się po wielu latach, u innych – dużo, dużo szybciej. Bardzo chciałabym móc powiedzieć, że należę do pierwszej kategorii. Niestety, życie weryfikuje zainteresowania i fascynacje, także te kolekcjonerskie.


Po wielu miesiącach brzemiennych w przemyślenia postanowiłam zakończyć kolekcjonowanie. Decyzja ta zrodziła się świadomie i jest nieodwołalna. Tylko stanowcze postępowanie pozwoli mi przestać bezrozumnie trwonić środki finansowe i pustoszyć domowy budżet, który można spożytkować na rzeczy przydatne dla całej familii (a nie tylko dla mnie). I choć serce ściska gorycz, ból i smutek, muszę w końcu to napisać:

 

Od dziś, solennie przyrzekam, nie zbierać więcej lalek marki „SIMBA”!

 

Nie będę kupować Steffi, gdyby nawet ich cena była śmiesznie niska lub trafiały mi się okazy niezwykłej wprost urody i rzadkości. Nie pozwolę sobie zbłądzić na manowce i dać się wciągnąć w szał zakupoholizmu. O nie! – nigdy więcej! … tylko ten jeden, jedyny, ostatni raz. No bo przecież to była okazja …


Ciemnowłosa okazja chodziła za mną kilka tygodni, pchając mi się przed oczy za każdym razem, kiedy wchodziłam na serwis Allegro. To, że wpadła mi w oko to jeszcze nic! Ona po prostu wdzięczyła się do mnie z ekranu, robiła rozkoszne minki, puszczała filuternie oczko – działała jak prawdziwy diabeł-kusiciel, pragnący sprowadzić cnotliwą duszyczkę na złą drogę. Broniłam się dzielnie, odwracając wzrok od tego zbereżeństwa i modląc do świętego Mamona o hart ducha by zwalczyć pokusę. A jednak nie okazałam się dość silna! Tak mi teraz wstyd. Na pocieszenie został mi tylko nowy nabytek, który, za każdym razem gdy nań spojrzę, przypomina mi o kolejnym upadku. O zgrozo! czy to uzależnienie się kiedyś skończy?

– – –

Zostawiając za sobą te żałośliwe jęki i stęki zapraszam do obejrzenia zdjęć kuśliwego stworzenia, przez które złamałam swoje postanowienie zamknięcia kolekcji Steffi. To brązowowłose dziewczę o pomarańczowych ustach, widoczne w otoczeniu sióstr (czarnowłosej i jasnowłosej) nie dało minąć się obojętnie. No cóż, silna wola – sobie, a lalkoholizm – sobie 🙂

 

00

 

01

 

02

 

03

 

04

 

05

 

06

 

Jeśli do kolekcji trafi mi się jeszcze rudzielec, to naprawdę (naprawdę!, naprawdę!) zakończę zbieranie Steffi!

I znowu blondynka. Łeeeeee.

Marudzenie w tytule to oczywiście podpucha. Pomimo tego, że większą sympatię kieruję w stronę ciemnowłosych laleczek, blondynki  także są u mnie  w łaskach. Szczególnie jeśli mają „szklane” oczy, które przypominają ślepki lalek z mojej młodości.

 

Pannicę z dzisiejszego wpisu na pewno znacie, gdyż pojawiła się w zimowej, eleganckiej i szykownej odsłonie u Świstaka. Do mnie przybyła w wersji trochę „okrojonej”, co oznacza łeb bez reszty ciała. Z tego powodu laleczka pożyczyła na czas sesji kadłubek od Steffi.  Samotna główka  bardzo szybko poczuła się na nowym ciele  wyśmienicie i zapałała chęcią jego zagarnięcia. Jak widać na poniższym zdjęciu „cera” lalki skomponowała się dobrze z kolorystyką „zdobycznego” ciała.

 

01

 

Najciekawszą częścią fizjonomii „potwora Frankensteina” (czyli lali-składaka) są bez wątpienia jej oczy. Zatonąć w nich się nie da, bo trudno doszukiwać się głębi spojrzenia i  romantyzmu w  sztucznym tworzywie, ale jak na „lalkowe” warunki to patrzałki blondasa są całkiem fajne 😉

 

02


Głowę ozdabia burza bardzo jasnych i bardzo gęsto wszytych włosów. Spróbowałam je przeczesać, żeby sprawdzić jakość tworzywa z którego je wykonano. Okazało się, że ze strasznie kiepskiego, twardego i mającego tendencję do tworzenia kołtunów.

 

Gdyby lalka trafiła w przeszłości do rąk dziecka to na jej głowie od razu wykwitłby wielki dread. Myślę, że białowłosa miała sporo szczęścia zachowując swoją fryzurę w nienaruszonym stanie. Oto widok czupryny z lotu ptaka:

 

03

 

Buzia lalki coś mi przypominała. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chodzi o pucołowate i głupiutkie z wejrzenia twarzyczki amorków, zdobiących ołtarze w barokowych kościołach (ewentualnie pyszczek chomika, który napchał w poliki pełno ziarna).

 

04

 

Niepokojącym elementem twarzy jest uśmieszek. Nie uśmiech, a właśnie uśmieszek.  Na szczery to on  mi raczej nie wygląda. Białowłoska  coś knuje w swoim małym móżdżku. Może myśli o przejęciu władzy nad światem …

 

05

 

… albo o tym, że jest już późno i spóźni się na randkę z przystojnym kenem, którego po skończeniu spotkania zaciągnie w krzaki, zgwałci, a później pokroi na kawałki i zje?

 

06

 

Tylko czy można iść na krwawą randkę kiedy ma się pożyczone ciało? To byłoby dość ryzykowne, nieprawdaż? W końcu kadłubek trzeba oddać prawowitej właścicielce, która z pewnością czeka na niego z utęsknieniem.

 

– – –

 

Zaprezentowana dziś laleczka należy do serii „Holiday Joy from Candy Candy Lane”

Łysa łysica

Prezent wcale nie musi być nowy i pachnący świeżością. W niczym nie szkodzi, jeśli ma więcej iż 10 lat i jest łysy, ciut nadgryziony zębem czasu oraz zdekoloryzowany. Co ciekawe, czasami taki zużyty staroć ma szansę być bardziej kochany niż jego nowiuteńki odpowiednik. Myślę, że tak właśnie będzie z barbioszką, która czekała na mnie pod choinką – „Spiel mit Barbie 1978” (tłum. – baw się z Barbie)


Basia „spiel mit” powstała w oparciu o bardzo popularny wzór matellowskiej lalki – to jest Malibu Barbie. Z tego powodu jest bardzo do niej podobna, choć można zaobserwować kilka istotnych różnic – w kształcie namalowanych oczu, brwi oraz kolorze ust. Różnice te mogę zaprezentować dzięki uprzejmości miłego człowieka z serwisu Flickr: Alya12


Poniżej wklejam fotografię jej autorstwa, pobraną z konta dostępnego dla zwiedzających pod adresem: http://www.flickr.com/photos/alyaalya12/4835798756/#/

photo by Alya12

Spiel mit Barbie to ta miła dama w długiej, różowej sukni. Śliczna dziewuszka, nieprawdaż? Moja nie jest tak ładna, ale za to – moja 😀

 

Basia nie byłaby Basią gdyby tuż po wyjściu z opakowania nie zrobiła sobie zdjęcia świątecznego przy choince.

 

01

 

W świetle flesza wyraźnie widać, że łepetyna panny Barbary jest co najmniej o ton ciemniejsza od reszty ciała. Cóż począć, wpływ światła i powietrza na gumę główki zrobił przez lata swoje. Warunki atmosferyczne nie miały również litości dla włosów lali. Ciemnorude kosmyki, które wymykają się spod pasiastej czapeczki to „owłosienie zastępcze”. Jak za  moment zobaczycie Basia jest łysiutka jak kolano pradziadka 😉

 

Zanim jednak przejdziemy do drastycznych fotek – spójrzmy na zdjęcie ogólnopoglądowe przedstawiające obecny stan lali (chciałam zwrócić waszą uwagę na to, że charakter fotografii jest zupełnie przyzwoity, gdyż prezentuje ona lakę ubraną. Jak nietrudno się domyślić w dalszej części notki pojawią się nieskromne, gołe portrety)

 

2

 

I jeszcze łepetyna z peruczką:

 

03

 

Ciemny kolor włosów nie jest taki zły (pasuje do brwi!), ale że w oryginale Baśka jest blondynką, będę się starać  przywrócić jej urok pierwowzoru – to jest wygląd jasnowłosej, cycatej, rozrośniętej niemieckiej „Helgi”, znanej wszystkim miłośnikom przaśnej pornografii „z krainy szkopa”. Nic nie poradzę na to, że ta konkretna Baśka właśnie tak mi się kojarzy.

 

Hahahaha! – a teraz przygotujcie się na widok łysiny i golizny!

 

04


Czasami się zastanawiam czy poprzedni właściciele lalek nie cierpią na chroniczne niedożywienie, bo lalki, które do mnie trafiają wyglądają jakby im ktoś kłaki z łepetyny wygryzł. Trochę się temu dziwię, bo takie sztuczne włosy są strasznie ciężkostrawne. Czy nie lepiej byłoby nawpychać w siebie kociego lub psiego futra? Masa zwierzęcych kłaków zalega na dywanach, kanapach i w innych łatwo dostępnych miejscach – jest czym się pożywić. Tylko brać i się częstować!

 

A teraz – przez wszystkich oczekiwana: GOŁA BABA!

 

05

 

Niby to nic wielkiego, ale przyjemnie się robi na sercu, kiedy pomyśleć, że lalka odziedziczyła typ ciała po swojej popularnej poprzedniczce – „Malibu Barbie”. Jej kształty poszły zresztą dalej w świat, co zobrazuje kolejna fotografia:

 

06

 

Czy dziewczęta nie są do siebie podobne pod względem figury? (no, może oprócz tego, że nowsza barbioszka ma nóżki „rozchodzące się” na boki i nie umie usiąść jak dama). Co drugi model superstara to prawie „spiel mit”, tyle że łepek i takie różne drobne niuanse są ciut inne.

 

07

 

Buziaki są zupełnie odmienne. A niby ta sama firma – matka 🙂 Gdyby spojrzeć na te mordki z perspektywy osoby, która nie interesuje się „barbiami”, to można byłoby dojść do wniosku, że to dwie, kompletnie różne lale.

 

Na uwagę zasługuje wielkość główki Helgi. Łepetyna panny superstar wygląda przy główce „spiel mit” jak wieeeeelki baniak. Spiel ma też wyraźnie mniejszy nosek!

 

07a

 


Najwdzięczniejszym elementem ciała „Helgi” są stópki – kanciaste, kopytkowate, ale za to – z paluszkami. Malutkimi, wyraźnymi paluszkami!

 

08

 

Sygnatura, jak to bywa u barbiowatych stworów, kryje się na pupie.

 

09

 

Ponieważ z barbioszką nie dotarły żadne butki (wydaje się, że w oryginale takowych nie posiadała), na razie lala paraduje boso. Czeka też na przeszczep włosów i ufam, że ma w sobie trochę cierpliwości, bo w kolejce do rerootu stoją już dwie panie. Poza tym trochę boję się zdejmować Heldze głowę, bo łepek siedzi na karku podejrzanie mocno. W najgorszym wypadku lala będzie ratować się peruczką od Steffi (w sprzedaży ostatnio jest sporo peruczkowych Stefek). Tak czy siak – mam nadzieję, że odzyska w którymś momencie swoją blond fryzurę i być może – oryginalne ubranko (kostium kąpielowy).

Życzenia świąteczne

Drodzy, Kochani, Szanowni!

 

Korzystając z tego, że wchodzimy w radosny, bożonarodzeniowy okres, chciałam złożyć Wam wszystkim życzenia pogodnych i uśmiechniętych od ucha do ucha świąt. Niech najbliższe dni przyniosą wszystko co najlepsze: miłość bliskich, wesołe rozmowy przy pysznie zastawionym wigilijnym stole i piękne prezenty pod choinką.

 

Dziękuję Wam za to, że przyjęliście mnie do swojego grona, pozwoliliście się poznać, zaraziliście tysiącem świetnych pomysłów, olśniliście pięknem i różnorodnością swoich kolekcji. Strasznie cieszy mi się gębula na myśl, że tyle jest w Polsce i na świecie pasjonatów, gotowych dzielić się swoją wiedzą, a także nieść pomoc i wsparcie tym mniej doświadczonym  miłośnikom lalek. Jesteście cudowni i czuję się zaszczycona, że mogę się poruszać w Waszym towarzystwie.

 

Ślę do wszystkim gorące uściski, zbereźne myśli i życzenia najpiękniejszej, najweselszej Gwiazdki oraz świąt na świecie!

 

choinka

Kenny. Handsome boys.

Zaczęło się od telefonu. W słuchawce – głos przyjaciela:


– „Zgredzina, kupić ci po okazyjnej cenie chińską podróbkę Kena?”


– „A jaka jest ta okazyjna cena?”


-„7 złotych.”


-„Bierz w ciemno! Przyda mi się klonik na OOAK”. (od pewnego czasu marzy mi się Ken-Data – bohater serii Star-Trek)


Tym sposobem mój męski harem wzbogacił się o  plastikowego przystojniaka, który według napisu na pudełku nosi wdzięczne imię „Kenny” i należy do grupy męskich lalek-playboyów, spędzających większość czasu na plaży, w towarzystwie ładnych dziewcząt i drinków „z palemką”.

 

01

 

02

 

Na tylnej ściance pudełka widnieje podobizna atrakcyjnego Kenny’ego w towarzystwie zapatrzonych w niego koleżanek.

 

03

 

Jeśli wierzyć zdjęciu, w  pudełku miał się chować sympatyczny, ciemnowłosy przystojniak o bladej, arystokratycznej cerze. Tymczasem w środku zagnieździł się jakiś dziwoląg, ani trochę nie przypominający podobizny na opakowaniu. Czary jakieś czy co?

 

04

 

Po oswobodzeniu blondasa z tekturki niespodziewany gość stanął w kącie i nadal nie chciał wyglądać jak „oryginalny” Kenny. Nie dość, że włosy nie w tym kolorze co trzeba, to jeszcze bestia opalona i nieszczerze uśmiechnięta, a do tego – w bardzo widoczny sposób należąca do starszego pokolenia lalek. Taka to perfidna kreatura!


05

 

Nie byłabym sobą, gdybym w pierwszym odruchu nie zajrzała chłopakowi w gatki, w celu ustalenia jego tożsamości (no bo przecież nie po to, aby świntuszyć – rozumie się samo przez się!). Kenik nie bardzo się buntował – widocznie lubi być macany przez baby. Pozwolił się obfotografować i choć zdjęcia do czasopisma „Playgirl” raczej nie trafią to i tak z chęcią wypinał dolną część pleców w kierunku obiektywu. Mam niejakie podejrzenia, że lalek kryje w sobie duszę bezwstydnej nimfomanki.

 

06

 

Oznaczenie na głowie wskazuje na rok 1968. Wniosek z tego jest taki, że nadal nie wiem kto do mnie trafił. Serii zabawek z  identycznym znakowaniem jest kilka i trudno  zdecydować, do której z nich należy tajemniczy jegomość. Sądząc po kolorze skóry musi to być jakaś plażowa poczwara. Mam nadzieję, że w identyfikacji pomoże serwis „Keeping ken” – prawdziwa kopalnia wiedzy o chłopakach ze „stajni” Mattel’a  😉


08

 

Ryjek w moim odczuciu – całkiem sympatyczny, choć muszę przyznać, że trochę razi mnie różowiutka „szminka” na wargach. Myślę, że chłopak  wyglądał by znacznie bardziej męsko bez takiej ozdoby, choć z drugiej strony – może należy do osób którym bardzo wysychają wargi i musi się ratować używając nawilżającej pomadki?


07

 

Kenik niejedno w życiu przeszedł i prawdopodobnie ma za sobą ciekawą przeszłość, o czym świadczy jego „sfatygowanie” i widoczne na pierwszy rzut oka ubytki w „owłosieniu”. Mam niecny plan, związany z użyciem farb akrylowych, dzięki którym, być może, uda mi się przywrócić lalce jej pierwotną formę. I choć  męczy mnie mały moralniak, bo będę ingerować w oryginalny wygląd zabawki, to ciekawość wyniku jest silniejsza.

 

09

 

Pojawienie się blondyna zelektryzowało stado „starych” mieszkańców lalkowych półek. Keny wysłały do „plażowego” delegację powitalną. Przy okazji zrobiły sobie z nowym kolegą grupowe zdjęcie, ujawniające niesamowitą i fascynującą różnorodność typów twarzy, fryzur i odcieni skóry w świecie lalek-mężczyzn.

 

EDIT: Dzięki pomocy Joachima wiem już, że mój Ken to „The Sun Set Malibu Ken”. W oryginalnym opakowaniu wyglądał następująco:

oryginał

DZIĘKUJĘ ZA POMOC JOACHIMIE!

Męska cześć serii „My generation

1999 rok odznaczył się w historii firmy Mattel ciekawą serią nastoletnich lalek, „My generation”, którą wzbogacono o całkiem nowego przedstawiciela męskiego świata Barbie – Blaine’a. W założeniu Blaine miał stać się konkurentem Kena, ale króla trudno było wysadzić z siodła i Blaine, chcąc-nie chcąc, musiał zadowolić się miejscem drugim (jak kiedyś Steven). Trochę szkoda, bo nowy chłopak w porównaniu z dostępnymi na rynku Kenami prezentował się  znacznie ciekawiej, zwłaszcza ze względu na bardziej „dorosły”, męski, pozbawiony maślanego uśmiechu headmold.

 

W dzisiejszej notce chciałabym przedstawić jedynego Blaine’a, którego posiadam w „kolekcji” (to za duże słowo na moją zbieraninę). Chłopina produkowany był w serii „Generation Girl Dance Party Blaine” i w oryginalnym pudełku wyglądał bardzo „wypaśnie”:

 

1

Fotografia podkradziona z serwisu „Keeping Ken”

 

Lalka, która dotarła do mnie jest od dawna  rozpudełkowana i pozbawiona części „hip-hopowych” akcesoriów, tak więc nie ma szans na to, by wykonywać pracę DJ’a. Nie zachował się ani srebrny płaszcz ani  dyskotekowa konsola. O słuchawkach i pudełku na płyty mogę sobie pomarzyć. Na szczęście męskie lalki od Mattel’a maja u mnie taryfę ulgowa, więc cieszę się i z „nieboszczyka”.

 

2

 

Chłopina nie wygląda na miłego gościa. Ślipia patrzą jakoś tak nieprzyjemnie, gęba skrzywiona a pod oczami widać wory! Mam wrażenie, że Blaine nie należy do osobników, którzy grzecznie przesypiają nocki i pakują się do łóżka po wieczorynce. Dodatkowo cała twarz tchnie czymś w rodzaju znudzenia czy zblazowania. O nie –  Blaine’a stanowczo nie da się nazwać sympatycznym.

 

3


Blaine nie należy także do delikatnych elegancików – tyle w nim uroku co w ruskim czołgu. Po rozebraniu delikwenta do rosołu spod ubrania ukazują się bary gladiatora, potężne bicepsy i umięśnione łydki. Chłopak pakuje pewnie w wolnych chwilach na siłowni. Do Pudziana trochę jeszcze brakuje, ale znowóż nie tak dużo.

 

5

 

5a

 

Pewną formą złagodzenia srogiego wizerunku miała być pewnie „modna” fryzura (pasemka we włosach, cięcie jak pod garnek i baczki!). Dziś takie uczesanie traci już ostro myszą, ale w czasach, gdy Blaine był na fali  pewnie ją akceptowano.


5


6

 

Pomimo, ze Blaine nie należy do typowych przystojniaków znajduję w jego twarzy coś przyciągającego. Może chodzi o niebieskie ślipia? – nie mam pojęcia.

 

7

 

Przyglądając się ubraniu lalka stwierdzam z całą pewnością, że strój  Blaine’a nie został zaprojektowany przez  Tommy’ego Hilfigera.

 

8

 

Buty pewnie przydadzą się gdy spadnie śnieg …

 

9

 

 

Mimo tego, że Blaine’owi brak delikatności i robi dość toporne wrażenie to lalek mi się podoba. Taki „prawdziwy chłop” z niego 😉

 

11